Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Potem odpocznę trochę. I wszystko powtórzy się od początku.
I od początku.
I od początku.
Chciałoby się dodać: aż do samej śmierci, ale śmierci tu nie ma. Jest tylko agonia.
Jeśli się zastanowić, to bardzo wygodne. Wydaje mi się, że dawno wymyśliła ten sposób — na długo przedtem, nim statek, którym przypłynąłem, burza wyrzuciła na jej brzeg. Zabiła wszystkich poza mną. Z jakiegoś powodu spodobałem jej się. I nigdy, ani przez jedną minutę nie myślałem, że poszczęściło mi się — nawet na samym początku. Jej życzliwość i uprzejmość nie zwiodły mnie. Uciekłem jeszcze tego samego dnia i, pamiętam, strasznie się zdziwiłem, że nie ruszył za mną pościg. Tylko te ptaki, nie próbujące atakować — po prostu spokojnie krążące nieco z boku, gdy, tracąc oddech, mknąłem po skalistym pustkowiu do morza… Wtedy przeszedłem całkiem niewiele. Nigdy nie zapomnę przerażenia, które mnie ogarnęło, gdy z mych dłoni zaczęła sączyć się krew — bez przyczyny… Zastygłem, patrząc na krwawiące dłonie, a ptaszyny-siostrzyny już były obok, uprzejmie uśmiechnięte — no jak, naspacerowałeś się? Przyprowadziły mnie z powrotem; byłem tak zszokowany, że przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym stawić opór. A krwawienie ustało zaraz po tym, jak przekroczyłem zamkową bramę. Teraz ustaje jeszcze szybciej — czasem ptaszki nawet nie zdążą wylądować. A ja już wiem. Ona znów zwyciężyła.
Rendalu, znów?
Znów.
I znów, i znów — idę przez szare pustkowie, z początku patrząc prosto przed siebie, potem nisko schyliwszy głowę pod naporem ciągnącego z gór wiatru. Tyłem głowy czuję ich żółte oczy bez źrenic, ich jadowito-prostolinijne uśmiechy. O czym rozmawiają, gdy zostają same? Nie znudziło im się to jeszcze? Czy w ogóle cokolwiek może im się znudzić? Przynajmniej one są we dwie… Może poprosić Nerinę o wykpienie z mgły brata bliźniaka? A zresztą, już to było. Ona szybko zaczyna wpadać w zazdrość, co doprowadza mnie do szału. Fantom i tak umrze straszliwie widowiskową śmiercią w sali tortur, ja napiję się ze starym Patrykiem, a ona mnie wychłoszcze. A potem będzie płakać, współczuć, mówić: mój biedny, biedny…
Stop, o czym to ja? Nie wrócę! Trzeba myśleć tak: nie wrócę. Tym razem mi się uda. Niebo jest jasne, prawda? Niebo jasne… Ptaszyny-siostrzyny na jasnym, jaśniuteńkim niebie… Tu nigdy nie pojawiają się inne ptaki. Ciekawe, czym się żywią nasze kanareczki?
Znów się zatrzymuję, znów się odwracam: ptaszyny są już bliżej, a przeszedłem nawet więcej, niż sądziłem. Co prawda góry wciąż są daleko, ale sylwetka zamkowej ściany już skryła się w półmroku. Z takiej odległości iluzja zapewne nie działa w pełni, i widzę Zimową Agonię taką, jaką jest w rzeczywistości: zapuszczony, zapleśniały grobowiec, zamieszkany przez rozkładające się trupy. Z tego miejsca nie jest to tak przerażające. Wychodzi na to, że najlepiej jest oddalić się na tyle od niej. Z pewnością nie mniej. Może powinienem wykopać tu sobie ziemiankę?
Czuję wilgoć w dłoniach. Już?! Ach, nie, to tylko pot… na razie. No tak, racja. Ziemianka — to nie to… To buda dla ulubionego pieska. To nie wolność. Wolność jest dalej. Jeszcze odrobinę dalej. Tam, gdzie prawie zaczynam wierzyć: udało mi się… tym razem mi się udało…
Tym razem zdołałem przejść tylko tyle, ile zazwyczaj przechodziłem w ciągu kilku ostatnich lat. Mniej więcej trzecią część odległości do łańcucha górskiego. Jeden raz łyknąłem przenikliwego, mroźnego górskiego powietrza. Zrobiło się zimno, rześko. Ptaszyny utrzymywały dystans, ale taka taktowność z ich strony była niepotrzebna.
Odwracam się twarzą w kierunku zamku, siadam na ziemi, wycieram dłonie o kamienie, nie spuszczając wzroku z zaciągniętej dymem sylwetki mojego odległego więzienia. Kamienie szybko robią się czerwone, dłonie — brudne. Od zakażenia także nie umrę; próbowałem. Nigdy nie umrę.
Nigdy nie umrę. Teraz już nie przeraża mnie to tak, jak kiedyś. Zapewne oswoiłem się z tą myślą. Nerina wciąż tylko się śmieje: „Jak powiadali starożytni, trudno jest tylko przez pierwszy tysiąc lat…” A ja jeszcze nawet stulecia tu nie pobyłem. Boże, ile mojej krwi wypiła ta ziemia? Co mogłoby wyrosnąć na niej, gdyby…
Nie zdążam zakończyć myśli: Mizariel i Patoel płynnie pikują do ziemi, pochylają się w wyskoku, rozprostowują smukłe plecy, idą do mnie, uśmiechają się. Spacer zakończony. Teraz, chłopczyku, umyć się i — spać…
Spać…
Być może byłoby mi lżej, gdybym zdołał zabić którąś z nich. Ale i tego nie mogę.
— Co tak pó-óźno wróciłeś, lordzie Rendalu, mój synu…
Głowa pęka. Zawsze pęka, jakby z przepicia. Ciało trzęsie się od wysuszającej, spopielającej słabości. Brak sił, by chociaż rękę unieść, a tym bardziej na to, by rzec „Zamknij się”. Ale trzeba będzie. Długo tego nie wytrzymam.
— Co tak pó-óźno wróciłeś, o mój paladynie…
Za… za-milcz-że.
— Po-olowałem, matko, pościel mi łoże, zmę-ęczyły mnie łowy i moc-no zas-nę-ę…
— Zamknij się! — krzyczę, zacisnąwszy powieki: szczelnie, najszczelniej, tak, by nawet jeden promień przeklętego martwego słońca, które nawet nie istnieje, nie przesączył się przez tę zasłonę i nie wypalił mi oczu.
Coś miękkiego dotyka mego czoła. Batyst. Już zdążył przesiąknąć na wylot. Ostrożnie przyciskając drżące ze zmęczenia palce do dłoni, odnajduję wiecznie żywe, wiecznie świeże szramy, już wiele lat zastępujące mi linie życia. Nie boli. Ale wciąż jeszcze czuję zimno. Robi mi się niedobrze…
Gdy wymiotuję, Nerina troskliwie podtrzymuje mą głowę. Potem pomaga się położyć, poprawia zadarte ubranie, podnosi z podłogi pozłacaną miednicę, przytrzymując ją przed sobą tak, jak praczki trzymają kosze z bielizną. Tyle tylko, że moja Rin okryta jest zielonym złotogłowiem, a nie wyblakłymi chustami, w rękach dzierży złoto, a nie konopie. Co prawda w naczyniu nie znajdziesz bynajmniej pachnącej mroźną świeżością bielizny. Jakże to symboliczne: złotogłowie i złocona miednica z rzygowinami. Diabelnie symboliczne.
— Dlaczego tak nie lubisz tej pieśni?
— Mam już jej powyżej uszu!
— Moim zdaniem odpowiada chwili.
— Idź do…
Wybucha śmiechem z głębi piersi, bardzo seksownym. Początkowo nawet podobał mi się ten śmiech. Nasze rozmowy zawsze są o tym samym: z roku na rok. Prawie rytuał. Nic się nie zmienia. Zapewne to właśnie irytuje mnie najbardziej. Wciąż. Bez przerwy.
Nerina oddaje miednicę służącej, brzyduli z różowymi policzkami, pulchnymi usteczkami i brodawką nad brwią (czasami pomysłowość mojej dziewczynki wprost zadziwia!), znów siada obok mnie, kryjąc się w cieniu baldachimu, bierze moją rękę szczupłymi, chłodnymi palcami. One zawsze pozostają chłodne. Wydaje mi się, że to cząstka prawdy, której ona nie może ukryć nawet przed samą sobą.
— Rendalu, powiedz, dlaczego?
— Co — dlaczego?
— Dlaczego odchodzisz?
— Zawsze odchodziłem. I zawsze będę.
— Dlaczego, dlaczego? — już prawie płacze. W takich chwilach jest mi jej trochę żal. Ale to tylko dlatego że, dopóki krew nie zacznie krążyć w żyłach w zwykłej objętości, na złość po prostu brak mi sił. — Cóż tam jest takiego? Cóż takiego, czego ja ci nie mogę dać?
To także część rytuału. Dawno odpowiedziałem jej na to pytanie, i dawno pojąłem, że odpowiedzi ona po prostu nie słyszy. Wypada z jej świadomości, z jej pamięci — znajduje się poza sferą jej pojmowania. I to, zapewne, także można zrozumieć. Staram się…