Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— A co się stało z pozostałymi trzema? — zapytał.
Z twarzy mężczyzn znikły uśmiechy. Odpowiedział Khalid:
— Bob i Vrenti pewnego wieczoru zostali zbyt długo w kopalni rudy. Gdy poszliśmy sprawdzić, co się z nimi dzieje, już ich nie było. Nigdy nie znaleźliśmy po nich śladu. Książę Francesco poszedł zapolować na żywność i wytropili go Wyjce.
— Ale go nam później oddali — dodał chudeusz o wąskiej twarzy, zwany Smokey. — Następnego dnia biedny, niewidzący Franek natknął się na umocnienia obozu. Wyłupili mu oczy, wykastrowali i odcięli ręce… a potem wzięli się do poważniejszej zabawy za pomocą gorącej smoły. Oczywiście, zwariował. Trudno mieć nadzieję, że Wyjcy odebrali mu rozum, nim zaczęli z nim swoje skurwysyńskie igraszki.
— Chryste na krzyżu — jęknął Uwe.
— Odpłaciliśmy im odrobinę — wtrącił Denny i uśmiechnął się krzywo.
— Ty to zrobiłeś — powiedział mały krzywonogi Syngalez imieniem Homi. Zwrócił się do Wodza Burkę: — W drodze powrotnej Wyjec wylazł na nas w środku dnia, och, jakieś czterdzieści kilosów stąd w dół Mozeli. W pełnym cholernym kostiumie potwora jako wielka skrzydlata kobra z dwiema głowami. Denny wsadził mu strzałę z żelaznym grotem w kichy i Wyjec zwalił się jak spróchniała wierzba.
— Dałbyś wiarę? To był tylko garbaty karzeł z pyskiem łasicy!
Pozostali mruknęli na to wspomnienie, a paru z nich trzepnęło Denny’ego po plecach. Ten dodał:
— Wiemy przynajmniej, że żelazo działa na obie rasy Obcych, prawda? To znaczy, że Wyjce to nic innego jak zwariowani Firvulagowie. Więc jeśli nasi czcigodni upiorni sprzymierzeńcy kiedykolwiek zapomną, kim są ich przyjaciele…
Dały się słyszeć pomruki potwierdzenia jego słów i stłumione śmiechy. Wódz Burkę powiedział:
— Musimy to sobie zapamiętać, choć Bóg mi świadkiem, że potrzebujemy pomocy Firvulagow przy wykonywaniu planu Madame co do Finiah. Mały Ludek przyjął plan pierwszy. Ale obawiam się, że gdy dodamy żelazo, mogą zmienić zdanie.
— Poczekaj tylko, aż zobaczą, jak załatwiamy paru Tanów żelazem — odrzekł pewny siebie Smokey. — Poczekaj, aż wyrównamy rachunki z sukinsynami w psich obrożach! No i co będzie? Cholerni Firvulagowie będą nas po nogach całować! Albo tyłkach! Albo jeszcze czymś.
Wszyscy ryknęli śmiechem. W tłumie rozległ się głos podnieconego młodzieńca:
— A po co mamy oszczędzać Tanów aż do ataku na Finiah?! Za dwa dni idzie karawana do Zamku Przejścia. Wyostrzmy sobie parę grotów i dajmy po łbie Jego Wysokości natychmiast!
Poparło go wrzaskiem kilku innych. Ale Wódz Burkę wyszedł z wanny i ryknął jak wściekły aligator:
— Wypuścić parę, wy szlangery z indyczym łajnem zamiast mózgu! Nikt nie dotknie tego żelaza bez mego pozwolenia! To ma być tajemnica. Czy chcecie mieć całe tańskie rycerstwo na głowie?! Jeśli pokażemy nasze karty, Velteyn wrzaśnie jak oparzony łoś. Może sprowadzić Nodonna, a nawet zażądać posiłków z południa!
Rozległo się mamrotanie. Agresywny młodzieniec zawołał:
— I tak się dowiedzą, gdy użyjemy żelaza w ataku na Finiah! To czemu nie teraz?
— Dlatego — mówił Burkę sarkastycznie cedząc słowa, jak to niegdyś robił, by zbić z tropu młodych niedoświadczonych adwokatów — że atak na Finiah rozpocznie się tuż przed Rozejmem Wielkiej Bitwy. A wtedy żaden z Tanów nie będzie się przejmował kłopotami Velteyna. Znacie sposób myślenia Obcych. Nic, absolutnie nic nie może przerwać przygotowań do sławetnego shemozzle. Na dwa, trzy dni przed Rozejmem, wtedy kiedy zamierzamy uderzyć na Finiah, żaden Tanu na świecie nie przyjdzie na pomoc Finiah. Nawet żeby pomóc kumplom, nawet żeby ocalić kopalnię baru, nawet żeby odeprzeć ludzi uzbrojonych w żelazo. Będą się wszyscy palić do podróży na południe, do wielkiej zabawy.
W tłumie zaczęto rozważać zdumiewającą jednotorowość myślenia pozaziemskich sportowców, a Burkę w tym czasie się ubierał. Uwe oświadczył kpiąco, że Tanowie kochają gorąco bójki podobnie jak Irlandczycy i że jak oni nie biorą pod uwagę, jakie będą tego dalsze skutki. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a żaden syn ani córka Erinu nie powstał, by bronić honoru narodowego. Burkemu błysnęła myśl, że dzieje się tak nie bez przyczyny i że powinien je poznać, ale w tym samym momencie Khalid Khan zauważył gojącą się ranę czerwonoskórego.
— Mashallah, Peo! Zadrapałeś się odrobinkę, nieprawdaż?
Na lewej łydce Burkego purpurowoczerwona, dwudziestocentymetrowa blizna wcinała się paskudnie w ciało.
— Pewien jednorogi choser zostawił mi pamiątkę. Zabił Steffiego i prawie, że mnie załatwił jak cholera, nim Kulas mnie tu przyholował do Amerie. Galopująca posocznica. Ale Siostra wzięła ją za łeb. Świństwo wygląda paskudnie, ale mogę z tym chodzić, nawet biegać, jeśli się nie dba o cenę.
— Zebranie Komitetu Kierowniczego — przypomniał mu Uwe. — Dziś wieczór. Khalid powinien tam być.
— Słusznie. Ale najpierw musimy zaopiekować się jego bandą. Co wy na to, ludzie? Jedzenie i picie w drodze, ale czy możemy jeszcze coś dla was zrobić?
— Ręka Sigmunda — powiedział Khalid. — Poza trzema nieboszczykami to nasze jedyne straty.
— Co się stało? — spytał Burkę.
Sigmund z zakłopotaniem schował kikut.
— A, tam. Byłem głupi. Wyskoczyła na mnie olbrzymia salamandra i ukąsiła w dłoń. Wiesz, że należy zrobić tylko jedno, tak działa ten jad…
— Sig był w straży tylnej — dodał Denny. — Nagle nam zniknął. Gdy zawróciliśmy, by to zbadać, spokojnie zakładał sobie opaskę uciskową, a na ziemi koło niego leżała vitrodurowa siekiera i jego łapsko.
— Pójdziesz z nami do domu Amerie — oświadczył Wódz. — Trzeba to będzie zbadać.
— A, tam, jest w porządku, Wodzu. Nasypaliśmy kupę antybiotyku i proganu.
— Halte pisk i chodź z nami. — Wódz zwrócił się do pozostałych: — Wy wszyscy odpocznijcie sobie, najedzcie się i wyśpijcie parę dni. Za tydzień, kiedy zaczną przybywać ochotnicy z innych osiedli będzie wielka rada wojenna, na wszelki wypadek. Będziecie potrzebni do obróbki tego żelaza, gdy postawimy kuźnię w takim miejscu, żeby Firvulagowie jej nie zauważyli. Do tego momentu biorę materiał pod opiekę. Żeby nikogo nie kusiło. — Burkę podniósł głos, aby zebrani w łaźni mogli go usłyszeć:
— Słuchajcie wszyscy! Jeśli wam życie miłe i jeśli choć na jotę wam zależy na wolności ludzi, którzy są jeszcze w niewoli, zapomnijcie o tym, co słyszeliście i widzieliście tego wieczoru.
Rozległ się pomruk zgody. Wódz skinął głową i podniósł dwa ciężkie worki. Khalid i Uwe wytaszczyli pozostałe cztery i wyszli z łaźni z Sigmudem na końcu.
— Zebranie jest jak zwykle w domu Madame — poinformował metalowca kulejący Burkę. — Mieszka tam teraz Amerie. Dokooptowaliśmy ją do Komitetu przez aklamację.
— Z tej mniszczeczki jest kawał lekarza. Po psychokuracji u niej już nie musimy zamykać Maxa. A biedna Sandra, gdy ją wyleczyła z grzybicy, już nie grozi samobójstwem. Chaimowi Amerie odtworzyła powiekę, a Starego Kawai wyleczyła z tego ogromnego wrzodu na nodze.
— To uspokoi nastroje na zebraniach — zauwa– żył Khalid. — Stary ma o jeden pretekst mniej do narzekania. Wygląda na to, że ta zakonnica nam się przydaje. Wódz zachichotał.
— Nawet nie wspomniałem w jaki sposób uporała się z szesnastoma przypadkami zachorowań na robaki i prawie wszystkimi gnilca tropikalnego. Madame może zostać zmuszona do niesłychanie zręcznych manewrów politycznych przed najbliższymi wyborami, jeśli chce utrzymać przywództwo tej hordy banitów.