Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Ktoś na pierwszej łodzi podniósł rękę i łódź skierowała się do brzegu.
— Na północnej wyżynie widać małe zagłębienie — powiedziała Felicja. — Może Ryszard zdecydował, że tu mamy największe szanse. — Gdy przybiły do brzegu obok pierwszej łodzi, zapytała: — No jak, chłopy? Czy to tu?
— W każdym razie bardzo blisko — odrzekł Ryszard. — I chociaż spacer jest pod górę, chyba nie będzie zbyt trudno. Liczę, że o trzydzieści kilometrów na północ wyjdziemy na dolną krawędź. Nawet jeśli mam jakąś odchyłkę, zorientujemy się w terenie, gdy spojrzymy na okolicę ze szczytów wzgórz na północy. Jak by nie liczyć, ten cholerny krater powinien mieć ponad dwadzieścia kilosów średnicy. Może coś przekąsimy, a ja tymczasem jeszcze raz wezmę pomiar kąta słonecznego.
— Mam ryby — oznajmiła Marta i podniosła pęk srebrno-brązowych stworzeń. — Ryszard będzie zajęty nawigacją, więc do kopania tego piekielnego sitowia zostaje was dwoje. Ja i Madame zajmiemy się pieczeniem ryb.
— Zgoda — odparli Klaudiusz i Felicja.
Rozpalili ognisko w ocienionym miejscu na skraju większego lasku. Z półki wapiennej skałki spływał czysty strumyk do błotnistego zagłębienia, gdzie roiło się od żółtych motyli. Po około piętnastu minutach smakowity zapach młodych pieczonych łososi dotarł do kopiących bulwy.
— Jazda, Klaudiuszu — zdecydowała Felicja; płukała w wodzie pełną siatkę bulw. — Mamy ich już dosyć.
Ruszyli w stronę brzegu, gdzie stały ich buty. Obie pary były na miejscu, ale coś… albo ktoś… musiał przy nich dłubać.
— Spójrz no — powiedział Klaudiusz; przyglądał się mulistemu podłożu.
— Odciski stóp dziecka! — krzyknęła Felicja.
— Niech mnie byk pokocha! Czy tutaj mogli być Firvulagowie albo Wyjcy?
Pośpieszyli z bulwami. do ogniska. Madame skorzystała ze swych zdolności jasnosłyszenia, by zbadać otoczenie, lecz wkrótce oświadczyła, że nie wyczuwa istot pozaziemskich.
— Na pewno jakieś zwierzę — rzekła — którego ślady przypominają dziecięce. Może mały niedźwiadek.
— We wczesnym pliocenie niedźwiedzie były wielką rzadkością — odezwał się Klaudiusz. — Bardziej prawdopodobne, że… no, dobra. Cokolwiek by to było, jest za małe, żeby nam wyrządzić krzywdę.
Wrócił Ryszard i schował do plecaka mapę, notes i kwadrant.
— Jesteśmy tak blisko, że prawie w tym cholernym miejscu — zakomunikował. — Jeśli się sprężymy po południu, to jutro dość wcześnie będziemy na miejscu.
— Siadaj i zjedz kawałek ryby — rzekła Marta.
— Czy ten zapach nie doprowadza cię do szału? Mówią, że łosoś jest jedyną rybą zawierającą taki zestaw składników odżywczych, że może stanowić wyłączną dietę. Bo, rozumiesz, zawiera zarówno tłuszcz, jak i białko. — Oblizała wargi, a po tym wydała zduszony pisk. — Nie… odwracaj… się…
— Miała wytrzeszczone oczy. Pozostali siedzieli naprzeciw niej po drugiej stronie ogniska. — Tuż za tobą jest dziki rama.
— Nie, Felicjo! — syknął Klaudiusz, bo zauważył, że muskuły łowczyni napięły się automatycznie.
— Jest nieszkodliwy. Niech wszyscy odwrócą się bardzo powoli.
— Ono coś przyniosło — powiedziała Marta.
Stworzonko pokryte złocistobrązowym futerkiem stało niedaleko od nich między drzewami. Wyraźnie drżało, ale równocześnie na jego twarzy malowała się determinacja. Było wzrostu mniej więcej sześcioletniego dziecka i miało całkiem humanoidalne dłonie i stopy. Trzymało dwa wielkie brodawkowate owoce, zielonawobrązowe w ciemnopomarańczowe pasy. Gdy pięcioro podróżników patrzyło w zdumieniu, ramapiteczka zbliżyła się, położyła owoce na ziemi, po czym się wycofała.
Z najwyższą ostrożnością Klaudiusz wstał. Małpka cofnęła się parę kroków. Klaudiusz odezwał się łagodnie:
— Ano, witaj madame Stworzenie. Miło nam, że wstąpiłaś na lunch. Jak się czuje mąż i dzieciaczki? Wszyscy zdrowi? Troszkę głodni z powodu tej suszy? Nie dziwię się. Owoce są smaczne, ale nie mają nic prócz odrobiny białka, które pozwala jakoś tam wyżyć. A myszy, wiewiórki i szarańcza wyemigrowały do wyższych dolin, prawda? Fatalnie, że nie wybraliście się razem z nimi.
Schylił się i podniósł owoce. Co to było? Melony? Jakaś odmiana papai? Zaniósł je do ogniska, wybrał dwa większe łososie i zawinął je w liść begonii. Położył ryby dokładnie w tym samym miejscu, skąd wziął owoce i wrócił na swe miejsce przy ognisku.
Ramapiteczka patrzyła na zawiniątko. Wyciągnęła łapkę, dotknęła tłustej rybiej głowy i włożyła palec do ust. Wydała cichy zawodzący głos i odsłoniła górne zęby.
W odpowiedzi Felicja też się uśmiechnęła. Wydobyła swój sztylecik, zważyła w ręku jeden z owoców i przecięła go. Ze złotaworożowego miąższu rozszedł się słodki, smakowity zapach. Felicja odcięła kawałek owocu i spróbowała.
— Mniam!
Rama cmoknęła. Podniosła paczuszkę z rybami, raz jeszcze odsłoniła małe ząbki i uciekła do lasku.
— Ukłony dla King Konga! — zawołała za nią Felicja.
— Ale bomba! — oświadczył Ryszard. — Spryciula, co?
— Nasi bezpośredni hominidalni przodkowie — rzekł Klaudiusz mieszając w garnku z bulwami.
— W Finiah były naszymi służącymi — powiedziała Marta. — Bardzo łagodne i czyściutkie stworzonka. Nieśmiałe, ale sumiennie wykonujące prace zadawane im przez obrożowanych.
— Jak się nimi opiekowano? — spytał zaciekawiony Klaudiusz. — Jak małymi ludźmi?
— Niezupełnie — odparła Marta. — Obok naszego domu miały coś w rodzaju stajni podzielonej na boksy, prawie jak małe jaskinie wypełnione słomą. One są, wiecie, monogamiczne i każda rodzina musi mieć własne mieszkanie. Mają też pomieszczenia ogólne oraz kąciki sypialne dla niezamężnych. Bezdzietni dorośli pracowali około dwunastu godzin na dobę, potem wracali do domu na posiłek i sen. Matki opiekowały się młodymi przez trzy lata, po czym oddawały je „ciotkom”, starszym samicom, które zachowywały się kropka w kropkę jak nauczycielki w szkole. Ciotki, a także bardzo starzy samce i samice bawili się z dziećmi i opiekowali nimi, gdy rodzice przebywali poza domem. Było widać, że rodzicom sprawia przykrość — oddalanie się od dzieci, ale wezwaniu obroży nie mogli się przeciwstawić. Dozorcy ramów mówili mi, że system ciotek był wariantem tego, co te stworzenia stosują na wolności. Dzięki niemu wyrastają zazwyczaj dobrze zrównoważone osobniki. Tanowie hodują je w niewoli od chwili przybycia na planetę.
— A te dźwięki, które wydają? — spytał Klaudiusz. — Czy zwykli bezobrożowi ludzie jak ty mogą się z nimi komunikować?
Marta potrząsnęła głową.
— Rozumieją, gdy się je woła po imieniu i wykonują około tuzina poleceń wydawanych głosem. Ale podstawowym środkiem komunikacji z nimi jest obroża. Potrafią pojmować bardzo złożone polecenia myślowe. I oczywiście, były szkolone przy pomocy obwodu przyjemność/ból, więc potrzebują bardzo niewiele nadzoru podczas prac rutynowych, takich jak prace w gospodarstwie domowym.
Madame pokiwała głową.
— Tak bliskie człowiekowi, a przecież tak od nas dalekie. W niewoli żyją tylko czternaście do piętnastu lat. Na wolności pewnie mniej. Takie kruche, tak bezradne! Jak w ogóle mogą wyżyć przy hienach, psodzwiedziach, tygrysach szablozębnych i innych potworach?
— Rozumem — rzekł Ryszard. — Spójrz na tę, która u nas była. Dziś wieczór jej rodzina nie będzie głodna. Tu, pod naszym nosem, działa dobór naturalny. Ta małpka należy do tych, które przeżyją.