Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Czyżby? — odezwał się Ryszard.
Spojrzała na niego kpiąco. Schylił pokornie głowę.
— Witaj w naszym klubie… — powiedziała. — No cóż, miałam następne blond dziecko, a po nim czwarte. Ostatnie urodziło się dzięki cesarskiemu cięciu. Jak mi powiedziano, była to śliczna pulchna dziewczynka, ważąca cztery i pół kilograma. Ale przez tydzień po porodzie majaczyłam w gorączce, wysłali je więc na fermę do mamki, a mnie dali spokój na całe sześć miesięcy, aby doprowadzić do porządku moje stare, zniszczone ciało. Leczyli mnie nawet swoją Skórą, która jest czymś w rodzaju regenerobasenu dla ubogich, ale nie na wiele się to przydało. Lekarz powiedział, że nie mam odpowiedniego w tym celu nastawienia psychicznego, tak samo jak nie nadawałam się do szarej obroży. Aleja wiedziałam, że po prostu nie chcę wyzdrowieć i mieć więcej dzieci. I tak pewnej pięknej nocy ześlizgnęłam się cichutko do rzeki…
Nie mógł wymyślić dla niej żadnych słów pocieszenia. Takie wyłącznie kobiece poniżenie było dla niego okropnością przekraczającą zdolność pojmowania, choć litował się nad nią i szalał z wściekłości na myśl o tych, którzy jej używali, zaszczepili wewnątrz niej półludzkiego pasożyta, który się nią żywił, kopał w jej wnętrzności i powłoki brzuszne, by wreszcie zgwałcić ją ponownie przy wydostawaniu się na wolność.
Boże! A ona mówi, że kochała swoje pierwsze dziecko! Jak to jest możliwe? (On zadusiłby małego bękarta, nie dałby mu zaczerpnąć pierwszego oddechu. ) Ale kochała to pierwsze i kochałaby z pewnością następne, gdyby jej ich nie odebrano. Kochała tych dręczycieli, te godne pogardy dzieci. Czy mężczyzna jest w stanie zrozumieć sposób myślenia kobiet? Można by się spodziewać, że Marta nie zechce nawet spojrzeć na żadnego mężczyznę. A przecież w jakiś sposób zgłębiła jego pragnienia i… Tak!… potrzebowała również jego. Może nawet lubiła go trochę. Byłaby więc aż taka wielkoduszna?
Jakby czytając w jego myślach zachichotała zmysłowo i przywołała go gestem.
— Mamy jeszcze czas. Jeśli jesteś takim mężczyzną, jak się spodziewam.
— Nie, jeśli to będzie cię bolało — odparł wracając do życia. — W żadnym wypadku, jeśli ma cię boleć.
Ale ona tylko się zaśmiała i przyciągnęła go do siebie. Kobiety są zadziwiające.
Gdzieś w odległym zwoju mózgu Ryszarda coś nadawało wiadomość do niego, przekonanie, które rosło do olbrzymich, niemal przerażających rozmiarów. Ona to nie „kobiety”. Nie była dla niego, jak wszystkie przed nią, abstrakcją kobiecej płci, naczyniem ulgi fizycznej, przyjemnością. Była czymś innym. Była Martą.
Wiadomość trudno mu było zrozumieć, ale za chwilę miała dojść do jego świadomości.
5
To Marta nazwała go Straszydłem.
Był tu, siedział na głazie i patrzył na nich z niechęcią w chwili, kiedy następnego ranka obudzili się w swym obozie u podnóża południowego zbocza Feldbergu. Określiwszy się szorstko jako wysłannik Sugolla kazał im się spakować. Nie chciał nawet czekać, by Ryszard przygotował śniadanie. Tempo marszu pod górę, jakie im narzucił, gdy szli odnogą grzbietu, było świadomie wyczerpujące i był gotów gonić ich wzwyż bez odpoczynku, gdyby Madame od czasu do czasu nie żądała postoju dla nabrania tchu. Było oczywiste, że karzełkowatemu stworzeniu nie odpowiadała rola przewodnika i że w ten sposób chciało się na nich odegrać.
Straszydło było o wiele niższe niż wszyscy Firvulagowie, których dotychczas widzieli, i znacznie brzydsze, z małym baryłkowatym korpusem oraz chudymi rękami i nogami. Głowę miało groteskowo spłaszczoną z obu boków jak czaszka ptaka. Wielkie czarne oczy, otoczone pofałdowanymi workami, były osadzone blisko siebie nad nosem wydatnym jak dziób tukana. Odstające uszy kończyły się zwisającymi kłapciasto czubkami. Skórę straszydło miało czerwono-brązową, tłustą i błyszczącą, rzadkie włosy poskręcane jak sznureczki knotowej szczotki do mycia podłóg. W przeciwieństwie do odrażającego ciała odzież stworzenia była nie tylko czysta, ale także i piękna: lśniące buty z cholewami i szeroki pas z czarnej wytłaczanej skóry, bryczesy i koszula koloru czerwonego wina, a wierzchnia szata bogato haftowana w płomienny wzór i ozdobiona półszlachetnymi kamieniami. Na głowie wysłannik Sugolla miał coś w rodzaju czapki frygijskiej z wielką broszą nad czołem wiecznie zmarszczonym z powodu okazywanej niechęci.
Pięcioro podróżnych, podążając za swym karzełkowatym przewodnikiem, szło po wąskiej, ale bardzo wyraźnej ścieżce, omijając górskie przepaści, aż dotarło do wyższych partii Czarnego Lasu porośniętych mieszanym liściasto-iglastym borem. Wszędzie tam, gdzie wypływające z Feldbergu potoczki rozlewały się w stawy, otaczały je gęsto zarośnięte parowy, w których tłoczyły się wysokie paprocie i olchy, pnące klematisy i pierwiosnki o zwisających, jadowicie kolorowych kwiatach. Wędrowcy doszli do zagłębienia, w którym kotłowały się i pieniły wody gorącego źródła. Okalające je bagnisko porastała gęsta roślinność, lecz o niezdrowym wyglądzie. Na powitanie zakrakało im sardonicznie stado kruków pożerających ścierwo małego jelenia, leżące przy pokrytym osadami mineralnymi stawku. Wokół leżało więcej kości, niektóre objedzone do czysta, inne porośnięte gęstym mchem.
Wschodnia część formacji skalnej wyglądała inaczej; wśród granitów pojawiły się wychody kolorowych wapieni.
— Będzie tu dużo jaskiń — zwrócił Klaudiusz uwagę Madame.
Szli teraz obok siebie po ścieżce, która ominąwszy zalesione urwisko stała się szersza. Słońce przygrzewało, pomimo tego paleontolog czuł chłód płynący z ziemi. W nielicznych miejscach, gdzie spod pokrywy roślinnej wynurzała się skała, było widać szkarłatne i niebieskie jaskółki wlatujące i wylatujące z tunelów wydrążonych w wapieniu. Pod drzewami rosły w gęstych kępach begonie o pofałdowanych liściach. Pod nimi kryły się grupy grzybów z białymi korzonkami i czerwonymi, biało nakrapianymi kapeluszami.
— Są tutaj — odezwała się nagle starsza pani. — Otaczają nas! Czy ich nie czujesz? Tylu ich jest! A wszyscy… zdeformowani.
Przez chwilę Klaudiusz nie rozumiał, co chciała przez to powiedzieć. Ale to się zgadzało z podskórnym prądem niepokoju czającego się na granicy ich świadomości od wczesnego ranka. Zgadzało się też ze zgryźliwością Straszydła, którego Klaudiusz początkowo wziął za zwykłego Firvulaga.
— Les Criards — ozajmiła Madame. — Idą za nami. A jeden nas prowadzi. To Wyjce.
Ścieżka wznosiła się w górę po łagodnym, zupełnie gładkim zboczu. Jaskółki śmigały wśród paproci i buków. Przez gęstwinę drzew jak przez otwarte okna padały skośne słupy złotego blasku.
— Jakież piękne miejsce! — zachwyciła się starsza pani. — Ale, mon vieux, panuje tu rozpacz i nikczemność duchowa, które równocześnie budzą we mnie współczucie i odrazę.. I stają się coraz silniejsze.
Podał jej ramię, bo bez wyraźnej przyczyny fizycznej chwiała się na nogach, a twarz miała białą jak maska.
— Może poprosimy Straszydło o zatrzymanie się? — zapropnował Klaudiusz.
— Nie. Trzeba iść… — odparła martwym głosem. — Ach, Klaudiuszu! Powinieneś dziękować Bogu, że nie dał ci wrażliwości na emanacje innych umysłów! Wszystkie rozumne istoty mają ukryte myśli, które zna tylko dobry Bóg. Ale są i inne myśli, nastrojone jakby na inne poziomy psychiczne: mowa bezsłowna, prądy i burze uczuć. I te emocje teraz mnie otaczają. Niosą najgłębszą wrogość, złośliwość mogącą pochodzić tylko od najbardziej zniekształconych osobowości. Wyjce! Nienawidzą innych, ale o wiele bardziej nienawidzą siebie. A ich wycie wypełnia mój umysł…