Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy nie możesz go wyłączyć? Bronić się tak, jak obroniłaś się przed Polowaniem?
— Gdybym miała odpowiedni trening — odpowiedziała smutno. — Umiem tylko to, czego się sama nauczyłam. Nie wiem, jak przeciwstawić się tej hordzie. Oni nie nadają żadnej konkretnej groźby, której mogłabym się uchwycić. — Była bliska paniki. — Oni tylko nienawidzą. Ze wszystkich sił… nienawidzą.
— Czy są silniejsi od zwykłych Firvulagow?
— Tego nie jestem pewna. W jakiś nienaturalny sposób są inni. Dlatego powiedziałam, że są zdeformowani. Z Firvulagami, a nawet z Tanami ludzcy metapsychicy mogą odczuwać pewnego rodzaju pokrewieństwo duchowe, niezależnie od tego, że Obcy są wrogami. Ale nigdy nie umiałabym być podobną do — tych les Criards! Nigdy nie było ich tylu, i tak blisko mnie. Bardzo rzadko spotykaliśmy ich w naszej małej enklawie w Wogezach, a tam byli ostrożni. Ale ci tutaj!…
Jej głos, zachrypnięty i zbyt wysoki, załamał się. Palcami prawej dłoni gorączkowo pocierała złoty naszyjnik, lewą aż do bólu, wczepiła w ramię Klaudiusza. Rzucała na boki szybkie spojrzenia, badając otaczające skały. Ale nie było widać nic niezwykłego.
Felicja, idąca dotychczas na końcu pochodu, zbliżyła się do nich.
— Zupełnie mi się tutaj nie podoba. Przez prawie już pół godziny mam najpaskudniejsze uczucie. Ale nic w rodzaju nerwowych halucynacji prześladujących nas w Grzybowym Lesie. Tym razem jest tu coś cholernie niebezpiecznego. No więc, Madame, co tu się dzieje?
— Złośliwe Firvulagi… Wyjce… otaczają nas. Ich projekcje mentalne są tak mocne, że nawet ty, z uśpionymi metafunkcjami, możesz je odebrać.
Jasnowłosa sportsmenka zacisnęła usta, a oczy jej zabłysły. W niecodziennej dla siebie odzieży z kozłowej skóry wyglądała jak uczennica bawiąca się w Indian. Zapytała Madame:
— Czy oni się szykują do ataku na nas?
— Nic nie zrobią — odrzekła starsza pani — bez zgody ich władcy, Sugolla.
— Tylko zastraszanie mentalne — skwitowała Felicja. — Niech ich diabli porwą! Ano, mnie nie przestraszą!
Odpięła łuk od plecaka i nie zwalniając kroku, fachowo zbadała strzały. Teraz, gdy znaleźli się wyżej, urwisko zmieniło się w zwariowany galimatias bloków kamiennych i turni. Drzewa rosły rzadziej. Górskie doliny odsłaniały szerokie widoki. Nawet odległe Alpy majaczyły na południu. O tysiąc metrów przed nimi wznosił się jeszcze sam Feldberg, z południowo-wschodnim zboczem spadającym wprost do przepaści, jakby odciętym toporem tytana, który postanowił zniszczyć symetrię gładko zaokrąglonego szczytu.
Idące na przedzie Straszydło podniosło rękę. Dotarli do kotliny alpejskiej łąki, otoczonej ze wszystkich stron stromymi skałami. Dokładnie w jej centrum stał stożek z czarnego kamienia okrytego siatką cieniutkich, jasnożółtych żyłek.
— To tutaj — odezwało się Straszydło. — I tu was z przyjemnością opuszczam. — Założyło ręce na piersi i patrzyło spode łba, a za chwilę znikło im z oczu. Spojrzenie było widać dłużej niż postać wysłannika Sugolla.
— No, cóż za piekielny… — zaczął Ryszard.
— Cisza! — krzyknęła Madame.
Pozostała czwórka, sama nie wiedząc czemu, zbiła się ciasno wokół niej. Madame miała czoło zroszone potem. Palce zacisnęła kurczowo na naszyjniku, jakby nagle stał się dla niej za ciasny. Nad dolinką usianą żwirem, z którego kępami wyrastały kwiaty, rozciągało się bezchmurne niebo, lecz powietrze jakby gęstniało, aż stało się cieczą, w której niesamowite przezroczyste wiry i prądy tworzyły się i znikały szybciej, niż oko było w stanie pochwycić. Powyżej zalśnił górski stok, zafalował i rozpadł się na płynne masy nieustanie zmieniające kształt, a mimo to nadal stał wyraźny jak poprzednio. W oczy wisty sposób był centrum zbliżających się działań, bez względu na to, jakimi się okażą.
Madame chwyciła się ramienia Klaudiusza w śmiertelnej rozpaczy.
— Tylu ich, doux Jesusl Czyż ich nie czujesz?
Ryszard odważył się odpowiedzieć:
— Ja coś czuję, jak cholera! Coś jakby bombardowanie osłony sigmapolowej. Niech nas Bóg strzeże! Atakujące wrogie umysły, czy tak?
Aura złych przeczuć narastała z nieznośną szybkością. Równocześnie w skałach pod stopami przybyłych zaczęła się powolna wibracja, która nasilała się długimi skokami, jakby niewidzialne istoty tupały wewnątrz góry.
I coś wyło.
Zawirowania atmosferyczne były coraz mocniejsze. Pojawił się nowy dźwięk: wściekłe tremolo wznoszące się i opadające zawodząco w setkach różnych interwałów, każdy głos w odrębnym rytmie. Ludzie pozatykali uszy rękami. Lawina dźwięków zmusiła ich do krzyku w daremnym wysiłku zneutralizowania wycia, nim ich przygniecie.
I nagle wszystko ucicho. Ukazali się Wyjcy.
Pięcioro podróżnych stało jak skamieniałych z wytrzeszczonymi oczyma i otwartymi ustami. Na skałach otaczających alpejską kotlinkę tłoczyły się jakieś istoty. Może były ich setki, może nawet tysiące. Siedziały jedna na drugiej, zwisały z występów skalnych lub uwieszone czyichś dolnych kończyn wyglądały z rozpadlin i wspinały się szybko po głowach i ciałach współbraci, starając się dostać do pierwszego rzędu widzów.
Był to lud koszmarów.
Większość z nich miała niewielki wzrost, poniżej metra, z beczkowatym torsem i chudymi kończynami jak Straszydło. Dłonie i stopy wielu z nich były nieproporcjonalnie wielkie. Niektórzy mieli powykrzywiane ciała, a asymeryczne wypukłości innych, skryte pod eleganckimi ubraniami, zdradzały guzy nowotworowe, a może nawet dodatkowe kończyny. Głowy tych stworów wyglądały groteskowo: szpiczaste, przypłaszczone, poszczerbione jak kora drzewna, z grzebieniami, a nawet rogami. Niektóre z nich były zbyt wielkie lub zbyt małe w stosunku do ciał, na których tkwiły, inne potwornie niestosowne, jak na przykład drobna główka kobieca z błyszczącymi lokami i ślicznymi rysami na przygarbionym tułowiu młodej szympansicy. Prawie wszystkie twarze były odrażające, pokręcone, wzdęte lub rozciągnięte, tak że nie przypominały twarzy zwykłych humanoidalnych. Niektóre były porośnięte czerwonymi i niebieskimi koralami jak u indyka, pokryte sierścią, porośnięte gadzią łuską, z ociekającymi strupami, z serowatymi wysiękami. Mieli oczy bulwiaste, paciorkowate, na szypułkach, w niewłaściwych miejscach, w nadmiernej liczbie. Niektóre z istot miały usta szerokie jak u żab, innym całkiem ich brakowało, więc pieńki nadgniłych zębów nieustannie pokazywały w upiornym uśmiechu. Miały usta wszelkich kształtów, od zwierzęcych pysków wyrastających z normalnych czaszek aż do nieprawdopodobnych pionowych szpar, zwiniętych trąb i papuzich dziobów. Z tych gąb wystawały grube słoniowe ciosy, gęste ostre kły, ociekające dziąsła i języki — czarne lub frędzlaste, a nawet podwójne czy potrójne.
Bardzo cicho obrzydliwa tłuszcza zawyła znowu.
Na czarnej skale ukazał się siedzący, dość wysoki łysy mężczyzna. Miał piękną twarz, a jego ciało, okryte od stóp do głów obcisłą szkarłatą szatą, było ciałem ludzkim o wspaniałej muskulaturze.