Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Mieliśmy nadzieję, że dokonamy tego w tym roku, nim zacznie się Rozejm Wielkiej Bitwy. Ale teraz to raczej niemożliwe. Mamy jeszcze tylko dwanaście dni. Grobowiec Statku leży przynajmniej dwieście kilometrów stąd. Z pewnością dojście do miejsca, w którym rzeka staje się spławna, zabierze nam połowę tego czasu.
— Tak nie jest — rzekł Sugoll i zawołał: — Kalipin!
Z tłumu wystąpiło Straszyło. Jego dawniej zgryźliwy wyraz twarzy ustąpił szerokiemu uśmiechowi.
— Panie?
— Nie rozumiem tych kilometrów. Opowiedz ludziom, jak to jest z Ystrollem.
— Pod tymi górami — powiedziało Straszydło — znajdują się pieczary, w których mieszkamy. Ale na innych poziomach, jednych wyższych, innych niższych, są Wodne Jaskinie. Jest to labirynt źródeł bezdennych jezior i potoków płynących w ciemnościach. W Wodnych Jaskiniach ma źródła kilka rzek. Rajska, która płynie obok Finiah ku północo-zachodowi, jest jedną z nich. Ale najpotężniejszym strumieniem pod naszymi górami jest Ystroll.
— On może mieć rację! — wykrzyknął Klaudiusz.
— Nawet w naszych czasach Dunaj miał podziemne dopływy. Niektórzy twierdzili, że wypływają one z Jeziora Bodeńskiego. Inni byli zdania, że Dunaj ma połączenie z Renem. Straszydło powiedziało:
— Ystroll wynurza się z podziemi już jako duża rzeka w wielkiej dolinie ku północo-wschodowi. Jeśli opuścić się do Wodnych Jaskiń przez Szyb Alliky’ego za pomocą wyciągów kubłowych, dochodzi się pieszo do Ciemnego Ystrollu szybciej niż w dwie godziny. Aby dotrzeć do Jasnego Ystrollu, potrzeba jeszcze tylko jednego dnia podróży wodą i już się jest pod gołym niebem.
Madame spytała Sugolla:
— Czy twoi wioślarze przeprowadzą nas podziemnym odcinkiem?
Sugoll nie odpowiedział. Spojrzał na otaczający ich tłum potworów. Rozległo się chóralne melodyjne wycie. Postacie upiorków zaczęły falować i zmieniać kształty. Na niebie straszliwe wirujące desenie zanikły. Energia mentalna Małego Ludku już nie była skierowana na promieniowanie nieskoordynowaną nienawiścią i pogardą dla samych siebie i zaczęła tworzyć przyjemniejsze iluzje. Ciała, okropnie zdeformowane jak nocne zmory, zbladły, a na ich miejsce pojawił się tłum maleńkich mężczyzn i kobiet.
— Zaprowadź ich tam — westchnęli Wyjcy. Sugoll skłonił twierdząco głową.
— Tak będzie.
Wstał i podniósł rękę. Wszyscy z Małego Ludku wykonali ten sam gest. Stali się tak przejrzyści jak górska mgła rozpływająca się w południowym słońcu.
— Pamiętajcie o nas — powtarzali znikając. — Pamiętajcie o nas.
— Będziemy pamiętać — szepnęła Madame.
— Straszydło pobiegło truchtem przed siebie, kiwając na nich, by za nim podążyli. Klaudiusz wziął Madame Guderian pod rękę, a Ryszard, Marta i Felicja poszli za nimi.
— Jeszcze jedno — zwróciła się cicho Madame do Klaudiusza. — Jak on naprawdę wygląda, ten Sugoll?
— Nie umiesz czytać w moich myślach, prawda, Angeliko?
— Wiesz, że nie umiem.
— Więc nigdy się nie dowiesz. A ja dałbym wszystko — dodał starszy pan — bym i ja nie wiedział.
6
Późnym wieczorem, gdy olbrzymie ćmy zmierzchnice i latające wiewiórki bawiły się w swe gry powietrzne nad zalesionym kanionem Wioski Ukrytych Źródeł, do osiedla Motłochu przybyło siedmiu mężczyzn dźwigających sześć ciężkich worków. Prowadził ich Khalid Khan. Szukali Uwego Guldenzopfa, lecz jego chata była pusta. Koziarek Calistro, prowadząc swe stadko do domu z pastwiska, powiedział im, że Uwe jest w łaźni wioskowej z Wodzem Burkę.
— Wódz jest tutaj?! — wykrzyknął zdumiony Khalid. — Więc wyprawa do Grobowca Statku poniosła fiasko?
Calistro potrząsnął przecząco głową. Miał około pięciu lat, był dość rozważny i odpowiedzialny, tak że orientował się nieco w wielkich planach, które zaczęto realizować.
— Wódz został ranny, więc wrócił. Siostra Amerie opatrzyła jego zranioną nogę, ale jeszcze musi ją moczyć kilka razy dziennie… Co macie tam w workach?
— Skarby! — odezwał się żylasty, rozczochrany — człowiek stojący za plecami Khalida, jedyny, który nie niósł ciężarów. Kikut jego lewej ręki był owinięty płóciennym oparunkiem z ciemnymi plamami.
— Pokażcie mi! — błagało dziecko, ale mężczyźni już szli w głąb kanionu. Calistro zagnał na noc swe kozy do zagrody i pobiegł za oddalającymi się.
Otwarty trawiasty spłacheć nad brzegiem potoku powstałego ze zmieszania się gorących i zimnych źródeł błyszczał w świetle gwiazd. Ale większą część wioski skrywał głęboki cień. Wysokie sosny i wiecznie zielone dęby osłaniały domy mieszkalne i gminne budynki przed wzrokiem powietrznych patroli Tanów z Finiah. Łaźnia, duży budynek z bali drzewnych z szerokimi okapami i dachem porośniętym pnączami, przylegała do jednej ze ścian kanionu. Okna miała zamknięte szczelnymi okiennicami, a korytarz wejściowy w kształcie litery U zabezpieczał przed wydostawaniem się z wewnątrz blasku pochodni przez otwarte drzwi.
Khalid i jego ludzie pojawili się w pełnym pary wnętrzu, w którym dominowała Ogólna wesołość. Wyglądało na to, że w ten dość chłodny wieczór zgromadziło się tu pół wioski. Mężczyźni, kobiety i kilkoro dzieci pluskali się w wyłożonych kamieniami gorących i zimnych basenach, wannach z wydrążonych pni lub po prostu wylegiwali się plotkując albo grali w karty czy triktraka.
Nad panujący tu gwar wzniósł się głos Uwego Guldenzopfa.
— Haj! Popatrzcie no, kto wrócił do domu!
Motłoch podniósł powitalny wrzask. Ktoś krzyknął:
— Piwa!
Ktoś z kapiącego od brudu oddziału Khalida dodał z głębi serca:
— Żarcia!
Wysłano Calistra by zbudził prowiantowych, nowo przybyli zaś przepchnęli się przez trajkoczący, roześmiany tłum do stojącej osobno wanny, w której siedział Peopeo Moxmox Burke z długimi siwiejącymi włosami poskręcanymi w sznurki od pary łaziebnej i twarzą skrzywioną od powstrzymywanego uśmiechu zadowolenia.
— Jak? — zapytał.
— Sam nie wiem • — odpowiedział pakistański metalowiec. — Ale zrobiliśmy. — Zrzucił swój worek na kamienną posadzkę, rozwiązał go i wyjął żelazne ostrze, jeszcze chropowate od formy odlewniczej.
— Tajna broń, wzór numer jeden. — Odwrócił się, sięgnął do drugiego worka i wyciągnął garść mniejszych przedmiotów podobnych kształtem do liścia.
— Wzór numer dwa. Po zaostrzeniu będą z nich groty do strzał. Ogółem mamy prawie dwieście dwadzieścia kilogramów żelaza, część w odlewach jak to tutaj, część w sztabach na inne wyroby, gotowe do odkucia. To jest stal średniowęglowa, wytopiona w najlepszym starożytnym stylu. Zbudowaliśmy sobie piec na ciąg sztuczny, opalany węglem drzewnym i przedmuchiwany sześcioma skórzanymi miechami dołączonymi do dekamolowych rur. Węgiel wypalony z sitowia. Piec zakopaliśmy w ziemi, by w razie potrzeby można było wrócić i wytopić więcej żelaza.
Bur kemu zabłysły oczy.
— Ach, meszaje! Dobra robota, Khalid! I wy także Sigmund, Denny, Langstone, Gert, Smokey, Homi. Wszyscy zrobiliście dobrą robotę. To może stanowić przełom, o którym wszyscy marzymy, o który się modliliśmy! Czy tamtym uda się dotrzeć do Grobowca Statku, czy nie, żelazo po raz pierwszy daje nam równe szanse w walce z Tanami.
Uwe stał pykając fajkę z morskiej pianki i przyglądał się obszarpanym i okopconym ludziom.