Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Nie, coś tu jest nie tak, w tym punkcie „Wiatr”. Coś jest tu nie tak, jak powinno być. Zbyt pusto — w szczycie sezonu urlopowego. Dwadzieścia pustych pokoi. A stacja wcale nie jest naukowa, choć należy do Akademii. Zresztą do Akademii należy wiele różnych…
— …technologicznie należą do dziewiętnastego wieku; wszystko na uranie, wyeksploatowane jak diabli: nie wiadomo, z czym porównać. Ale jeżdżą i latają, no to i my z nimi, co robić. I jest tak: nad dżunglą, a lecimy w pięcioro, dwaj miejscowi i nas troje, silnik śmigłowca zaczyna kichać, kicha i staje. Dobrze, że wysokość była przyzwoita, uratowała nas auto-rotacja, wylądowaliśmy. A dżungla tam nie taka jak na Pandorze… Powiedz, Toni.
— Stary rejon umocnień. Pięćdziesiąt lat go budowali, potem przez dziesięć niwelowali, ale tyle tego zostało…
— Wylądowaliśmy na polance, wirnik jeszcze się kręci, cisza, tylko zębatki się obracają i silnik trzeszczy, czyli stygnie. Siedzimy, łapiemy oddech. I nagle takie ciche… nie buczenie, nie dzwonienie, lecz jakby ktoś jeździł palcem po brzegu kielicha…
Progresorzy, z ulgą pomyślała Ala. Wyobraziłam sobie Bóg wie co, a to po prostu progresorzy. Podobno mają tu gdzieś bazę czy centrum rehabilitacji, nie wpuszczają tam postronnych… Chociaż nie, to nie tu, to na południowej półkuli — Diamentowa Plaża. Ale tak czy siak — progresorzy są oddzielnie. Rozejrzała się. Dziewczynki oczywiście wszystko chłonęły z otwartymi buziami; Miron za pomocą naczyń i własnych rąk tworzył panoramę wydarzenia, Toni mu pomagał, uśmiechając się nieco protekcjonalnie i komentując, a Stas… Jego twarz nie wyrażała niczego, wydawało się, że z przyjemnością słucha, ale kostki palców trzymających nóż i widelec zbielały; jego stek wciąż leżał nietknięty na talerzu. Przechwyciwszy spojrzenie Ali, ostrożnie odłożył sztućce, uśmiechnął się usprawiedliwiająco i szepnął: „Zaraz wrócę”. Ala widziała, jak Toni skinął głową, a potem spojrzał na zegarek. Spojrzała i ona. Było czternaście minut po południu czasu miejscowego, czyli około piątej czasu Greenwich. Ani śladu senności. Słońce koloru stygnącej stali wisiało między czarnymi gałęziami i dobrze było widać, że dysk słoneczny nie jest dyskiem, lecz elipsą przekreśloną wzdłuż dużej średnicy cienką jak włos ciemną krechą. Poza krawędziami słońca krecha ciągnęła się w postaci mętnopurpurowych, ozdobionych złotymi kropkami pasków, które stopniowo zanikały, tajały w różowych oparach. Z orbity Pierścień sprawiał jeszcze większe wrażenie…
Wszystko to było nieskończenie obce.
Na mgnienie oka zabrakło powietrza i przestrzeni. Ala rozejrzała się niemal w panice. Głazy przestrzeni jak kawały niewidocznego lodu pogrzebały ją, oddzielając od żyjących. Lodu nie dało się pokonać… Patrzyła i widziała wszystko, jakby z ogromnej wysokości, z nieskończoności, stamtąd, gdzie nie ma ani powietrza, ani światła. Obrazy ciał i przedmiotów, płaskie i niewyraźne, lekko poruszały się i wydawały niepotrzebne dźwięki. To nazywało się życiem i do niczego innego nie było przeznaczone.
Potem powrócił oddech — gorący i grzmiący. Powietrze podzieliło się i ujawniło, że kryje się za nim biały płomień. Każdy dźwięk pomnożony przez płomień wybuchał pod czaszką, rozbijając ją i krusząc. Ogromna płonąca dłoń opadła na twarz i ściskała, ściskała, gniotąc kości, oczy, mózg. Jeszcze trochę, pomyślała, jeszcze trochę. Poczucie finału, poczucie bliskości wielkiego celu.
Oszałamiający zapach rozżarzonych róż. Triumf płomieni. Wszystko ginie w białym świetle, chwilowe czerwone kontury, błękitny popiół…
— Mamo, mamo, co ci jest? Źle się czujesz? Słyszysz mnie? — Lariska stała obok, Tamarka doskoczyła do niej i obie szarpią
Alę za ręce, za ramiona, zaniepokojone gęby Toniego-Mirona na drugim planie i ogromna połowa elipsy w kolorze czarnych wiśni za ich plecami, błękitny sierp do góry rogami nad głową, i miodowo-chlebowy zapach kwitnących drzew, niewidocznych w ciemności, i szelest miękkich skrzydeł za membraną, i lekkie drżenie podłogi w rytmie dalekich miarowych kroków, i znikąd powrót do własnego „ja” — jakie to wspaniałe. Nikt naprawdę nie wie, jakie to wspaniałe…
— To nic, wszystko w porządku, jestem zmęczona, trzeba spać, spać… — Język posłuszny i to wystarczy. Wystarczy na dziś. — Wy też musicie iść spać. Wszyscy spać.
— Słusznie — mówi gdzieś z daleka Toni-Miron — tylko proszę wziąć coś na sen, bo się pani zbudzi w środku nocy, a noce tu długie. Co będzie pani wtedy robić?
— Wezmę, wezmę — mówi język — ale i bez środków nasennych…
— Nie, nie. — Toni-Miron macha w powietrzu ogromnym jak balon palcem. — Pandora ma swoje dziwactwa, bez środków nasennych nijak nie można…
My też mamy swoje bębny, chce powiedzieć język, ale Ala ujarzmia go i kieruje do nory, i pozwala dziewczynkom wziąć ją pod ręce i prowadzić, prowadzić, prowadzić; droga daleka, a noc księżycowa, trzy księżyce, i w ciemności, daleko stąd, Toni-Miron mówi do siebie, myśląc, że nikt go nie słyszy: to był insite. I zgadzając się sam ze sobą, kiwa głową.
Już siedząc w helikopterze i zataczając pożegnalny krąg nad żółtym kwadratem z pstrym żuczkiem glidera na skraju i trzema ludzikami rzucającymi nieprzyjemnie długie cienie, Ala poczuła, że opuszcza coś, co nie ma nazwy i miejsca styku, ale jest mocne, wyraziste i nie daje się odczepić. Jak gdyby wyrywały się korzeniami wrośnięte w ciało — w nocy, bez szmeru — nici.
Wolność — pojawiło się słowo.
— A on ci się podobał — złośliwie powiedziała Lariska. — Widziałam, jak na niego patrzyłaś.
— No to co? — Ala potrząsnęła głową, usuwając z oczu przeszkadzające pasmo włosów. — Czy to on jeden mi się podoba?
— Jest fajny — wtrąciła się Tamarka. — Tylko przez cały czas o czymś myśli.
— Dużo wie — rzekła Lariska. — I bardzo dobrze wszystko tłumaczy. Ja na przykład nie rozumiałam, jak czas może być wielowymiarowy…
— Wy to przerabiacie w szkole? — zdziwiła się Ala.
— Zajęcia intermettywne — wyjaśniła poważnie i niezrozumiałe Lariska.
— Zwariować można — powiedziała Ala. Dawno temu, w minionym życiu, Kamil usiłował wyłożyć Lamondoix, Prozorowskiemu i jej, smarkuli, która się przypadkowo nawinęła, właśnie to: wielowymiarowość czasu. Potem Kamil poszedł sobie. Zaróżowiony i spocony Lamondoix wodził palcem po stole, potem, nie podnosząc oczu, mruknął: „Jak myślisz, Lew, wezmą nas do zoo?” „Mnie wezmą” — odparł Prozorowski.
Fajne to były czasy…
I nagle przypomniała sobie. Z nicości wypłynął nie obraz, ale jakiś cień, posmak, półdźwięk… właśnie z tych fajnych czasów. Ala niecierpliwym cmoknięciem uciszyła dziewczynki.
I ostrożnie, żeby nie stracić wątku, zaczęła sięgać ku temu, o czym dopiero co sobie przypomniała. Prozorowski… nie. Zoo… nie. Lamondoix… n-nie… chyba nie. Kamil…
Kamil.
Otóż to. Ala dopiero co zaczęła pracować w Centrum Gutenberga i ktoś — Amet-chan? — kilka razy zapraszał Kamila do konsultacji, i ze dwa razy Kamil odpowiedział na te zaproszenia; a pytania, które skręcały Amet-chana w ciasny supeł, pochodziły od niejakiego Popowa… W ogóle powstało takie powiedzonko: „Pracować dla Popowa”, które oznaczało szukanie i znajdowanie czegoś, o czym wszyscy już zapomnieli albo czego nigdy nie wiedzieli. Dla Ali Popów był czystą abstrakcją…