Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Ale jak go nauczył pierwszy mistrz, u którego pobierał lekcje, była to słaba pozycja, bo nadawała się głównie do obrony. Dlatego on sam przyjął pozycję „wysoką”, unosząc w obu dłoniach miecz nad głową, tak by rękojeść nie zasłaniała przeciwnika, i równomiernie rozkładając ciężar ciała na obie stopy — lewą wysuniętą i prawą cofniętą oraz ustawioną prostopadle do niej.
Honor oceniała jego ruchy fachowym wzrokiem adepta od prawie czterdziestu lat trenującego sztuki walki. Jej postawa sprawiająca wrażenie odprężonej — podczas gdy w rzeczywistości była gotowa do natychmiastowej akcji — była również wynikiem tych czterdziestoletnich doświadczeń. Czuła zmęczenie, sztywność lewego ramienia, ból złamanych żeber i protesty nadwerężonych mięśni, ale zmusiła swe ciało, by to zignorowało. I ciało posłuchało tego rozkazu.
W pierwszym tygodniu nauki mistrz Thomas wyjaśnił jej znaczenie dwóch pojęć o podstawowej wadze dla każdego graysońskiego fechmistrza. Pierwszym była „dominacja”. Chodziło o starcie woli obu walczących, o wojnę ich pewności siebie, toczoną nim zadany został pierwszy cios. Prowadziła ona do ustalenia, kto ma psychiczną przewagę, kto dominuje w pojedynku, i najczęściej jej wynik miał decydujący wpływ na wynik walki. Drugie pojęcie była to tak zwana „zmarszczka”. Nazwa nawiązywała do minimalnego pofałdowania czoła widocznego w momencie podejmowania decyzji. Naturalnie chodziło tu o zasadę, a nie o marszczenie czoła — u każdego człowieka pojawia się jakiś zewnętrzny znak świadczący o tym, że właśnie się zdecydował i zaraz zaatakuje. Jeden mrużył prawe oko. Inny wypuszczał powietrze z płuc, a jeszcze inny poruszał dużym palcem lewej nogi. Wszyscy fechmistrze szukali u przeciwnika takiego właśnie znaku, poświęcając przed pojedynkiem wiele czasu, a bywało, że i pieniędzy, by posiąść tę informację. „Zmarszczka” była zawsze subtelna i trudna do dostrzeżenia, ale była też niezmienna, gdyż był to odruch, nad którym nikt nie panował. Ponieważ jednakże istniała tak szeroka gama możliwych „zmarszczek”, większość wolała kłaść nacisk na uzyskanie dominacji niż odkrycie mimowolnego odruchu przeciwnika.
Było to prostsze i pewniejsze niż szukanie znaku, którego można było nie rozpoznać, nawet jeśli się go zauważyło.
Jak wyjaśnił jej pewnego słonecznego dnia, gdy oboje siedzieli na drewnianej podłodze sali gimnastycznej, prawdziwym mistrzem miecza mógł zostać tylko ten, kto nauczył się polegać na własnej sile, nie zaś na słabości przeciwnika. A ten, kto rozumiał prawdziwą różnicę między sportem a użyciem miecza, zawsze polegał na „zmarszczce”, nie na dominacji.
Wiedziała, że zrozumienie tego, co naprawdę chciał jej przekazać, zajęło jej znacznie więcej czasu niż powinno, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jej dotychczasowe doświadczenia. Ale kiedy to zrozumiała i upewniła się, że ma rację, sprawdzając dostępne informacje o samurajach, zrozumiała też, dlaczego pojedynki tak na Graysonie, jak i w średniowiecznej Japonii prawie zawsze zaczynały się i kończyły na jednym ciosie.
Burdette zaczął się dziwić, obserwując, jak Harrington po prostu stoi i czeka. Naturalnie wiedział tak o dominacji, jak i o „zmarszczce” i obie wykorzystywał, by uzyskać przewagę w pojedynkach. W tym jednak wypadku żadne z nich nie znało „zmarszczki” drugiego, więc nie było sensu brać jej pod uwagę. Chyba nie sądziła, że zdoła odkryć jego „zmarszczkę” na czas… choć z drugiej strony mogła na to liczyć, bo była taką nowicjuszką, że nie miała czasu i okazji, by oddzielić całe to metafizyczne pieprzenie od praktyki. On zaś był zbyt doświadczony, by nie skupić się wyłącznie na tym, co rzeczywiste i praktyczne, gdy miał w dłoni prawdziwe ostrze.
Nie zmieniając pozycji, uniósł prawą górną wargę, ukazując zęby. Walka o dominację była tą częścią pojedynku, którą lubił najbardziej. Niewidzialna szermierka woli pełna napięcia, gdy silniejszy stopniowo doprowadzał słabszego do stanu, w którym tamten atakował, nie mogąc znieść przedłużającego się stresu. Już sama perspektywa doprowadzenia do tego stanu ladacznicy była przyjemna…
A potem przestał się szczerzyć i wytrzeszczył oczy, bowiem nie było żadnej reakcji. Jego koncentracja rozbijała się o nią i znikała niczym pchnięcie w bezdennej czarnej otchłani wód, która pochłaniała je bez oporu i bez skutku. Poczuł na czole kroplę potu… a potem następną ściekającą po policzku… nie mógł zrozumieć, co się z nią dzieje: przecież to on był mistrzem — powinna czuć narastające napięcie… presję szarpiącą nerwy… strach. Dlaczego nie atakowała, by z nimi skończyć?!
Honor zaś czekała skupiona tak psychicznie, jak i fizycznie, obserwując każdą część ciała przeciwnika, lecz nie koncentrując się na żadnej. Czuła jego rosnące ogłupienie i frustrację, lecz były równie nieważne jak ćmienie jej własnych żeber. Nigdy ani w trakcie walki, ani później nie była w stanie określić, jaka była „zmarszczka” Fitzclarence’a — nie zarejestrowała jej świadomie.
Ale dostrzegła ją i coś w niej rozpoznało jej znaczenie. Zaatakowała w tym jednym jedynym momencie, w którym przeciwnik całkowicie skoncentrowany na ataku, który miał zaraz przeprowadzić, był równocześnie kompletnie bezbronny.
Jej reakcja zarówno umysłowa, jak i fizyczna była odruchowa, a jej ruchy cechowały szybkość i siła kogoś urodzonego i wychowanego na planecie o przyciąganiu o piętnaście procent większym niż przyciąganie planety, z której pochodził przeciwnik. Cięła z dołu ku górze, rozcinając górną krawędzią głowni Williama Fitzclarence’a od prawego biodra do lewego ramienia. Początek okrzyku towarzyszącego zwykle atakowi zamarł mu w gardle, gdy szok i ból unieruchomiły mu dłonie. Zaczął padać na twarz, ale nie zdążył — Honor płynnym ruchem okręciła się błyskawicznie na pięcie i cięła równolegle do podłogi, wkładając w to uderzenie całą silę ciała i obrotu. Głowa Williama Fitzclarence’a, patrona Burdette, poszybowała w górę, odcięta czysto i doskonale, a z szyi wytrysnęły dwie fontanny krwi.
ROZDZIAŁ XXX
Honor siedziała w pinasie i obserwowała, jak niebo o barwie indygo przechodzi w czerń przestrzeni kosmicznej, gdy wylecieli poza atmosferę. Za nią siedzieli ci, którzy przeżyli przylot na planetę pięćdziesiąt trzy godziny temu i dzięki więzi z Nimitzem czuła ich smutek niczym cień własnego… i mściwą satysfakcję ze śmierci Fitzclarence’a.
Na siedzeniu obok niej zamiast wielebnego Hanksa spoczywał w pionowej pozycji miecz w pochwie. Dotąd zwano go Mieczem Burdette, od tego dnia był to Miecz Harrington. Spoglądała na niego i próbowała przeanalizować to, co czuje.
Najsilniej, co zupełnie zrozumiałe, czuła zmęczenie. Jeszcze przytłumione przez zbyt wielką dawkę stymulantów, ale coraz silniejsze. Obok niego kłębiła się cała masa słabszych, choć także całkiem wyraźnych emocji.
Po pojedynku z Youngiem czuła wyłącznie ulgę. Wypełniła ponury obowiązek i to było wszystko, bo wiedziała, że nic nie przywróci Paulowi życia. Musiała to zrobić, nie mogła pozwolić na dalszą bezkarność takiemu śmieciowi, ale to było wszystko — śmierć Younga nie leczyła i nie naprawiała niczego, a zapobiegała jedynie kolejnym zamachom na nią samą.
Tym razem było inaczej. Śmierć byłego patrona Burdette była co prawda również sprawiedliwą karą za popełnione zbrodnie. Ale Burdette był zagrożeniem nie tylko dla niej. Zniszczyłby, gdyby mu pozwolić, Benjamina Mayhewa, jego reformy i wszystkich, którzy nie mieścili się w ciasnych ramkach, przez które dzięki fanatyzmowi religijnemu patrzył na świat. Teraz nie zniszczy już niczego i nikogo nie zabije — zdołała go powstrzymać. A co więcej tym razem nikt nie potępiał jej za to, co zrobiła. Fakt zabiła go w majestacie prawa jako Champion Protektora i patronka Harrington, wypełniając obowiązek, który poprzysięgła wypełniać. Ale Young także zginął w pełnym majestacie prawa, w legalnym pojedynku…