Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
— Pani — oświadczył Protektor z niewzruszonym spokojem — przysiągłem i dotrzymam: jego życie jest twoje.
William Fitzclarence tak intensywnie wpatrywał się w Honor Harrington, że nie spostrzegł, iż wszyscy się od niego odsuwają. To się nie mogło wydarzyć! Mayhew i to szatańskie pomiotło wypaczyli wszystko, co próbował osiągnąć, i uczynili z wypełnienia woli bożej coś złego i parszywego, a teraz na dodatek jego życie miało należeć do pogańskiej kurwy niegodnej oddychać powietrzem należącej do Boga planety?! Bóg do tego nie dopuści! Nie może dopuścić!
W chwili, w której przemknęła mu ta ostatnia myśl, Protektor dał znak i czterech członków Gwardii, każdy w barwach innego koloru, przemierzyło płaski fragment podłogi i weszło na niskie stopnie, kierując się ku niemu. Ich twarze, podobnie jak twarz Protektora, były pozbawionymi uczuć maskami, za to ich oczy pełne były pogardy i nienawiści do niego… a przecież był żołnierzem Boga!
W tym momencie zrozumiał, że to naprawdę koniec i że jeśli sobie sam nie pomoże, to Bóg tego na pewno nie zrobi. Jego życie się skończy i przejdzie do historii nie jako święty wojownik używający wszelkich sposobów w walce z grzechem i potępieniem, lecz jako morderca dzieci i ten, który zlecił zamordowanie głowy Kościoła. A to oznaczało zrujnowanie jego świata, zniszczenie wszystkiego, w co wierzył, a nawet boskie prawo było przeciw niemu i nie był w stanie nic zro…
— Stać! — ryk patrona Burdette wstrząsnął Komnatą Konklawe.
Zerwał się na nogi, ignorując zaskoczenie Mayhewa i całkowity brak reakcji dziwki — jedynie dodały mu sił. Istniał sposób, by wygrać i uratować głowę, a przy okazji zniszczyć ją i udowodnić, że mimo wszystko to on jest wybrańcem Boga!
Przez moment bał się jedynie, że gwardziści się nie zatrzymają, ale dowodzący nimi oficer spojrzał na Protektora, a ten uniósł dłoń i zbrojni zamarli. Benjamin nie odezwał się słowem — po prostu stał i czekał, nie kryjąc już pogardy, aż Burdette zejdzie na podłogę. Ten przecisnął się obok zbrojnych, posłał Honor pełne nienawiści spojrzenie i odwrócił się twarzą do zebranych.
— Patroni! — zawołał. — Nie zaprzeczam faktom podanym przez nierządnicę i nie żałuję niczego, co zrobiłem, choć Bóg mi świadkiem: nie poleciłem i nie chciałem śmierci wielebnego Hanksa. Tego nikt mi nie może zarzucić, bo nawet nie wiedziałem, że on tam będzie. Natomiast zrobiłem wszystko inne, o co oskarża mnie ta obca suka, i zrobiłbym to jeszcze raz… jeszcze tysiąc razy, nim bym pozwolił, by pogańska dziwka, parząca się z kim popadnie, i zdrajca zwący siebie Protektorem zatruwali i niszczyli świat poświęcony Bogu!
Zobaczył na wszystkich twarzach szok i konsternację, gdy nie tyle się przyznał, ile pochwalił tym, co zrobił. Na żadnej nie dostrzegł zrozumienia, bo nikt nie domyślił się, co zamierza. I napełniło go to niezwykłą pewnością, że Bóg nadal jest po jego stronie. Odwrócił się twarzą do Benjamina Mayhewa i oznajmił donośnie:
— Odrzucam twoje prawo do skazania mnie na śmierć. Chcesz uciszyć głos Boga piętnujący twoje zepsucie i zaprzedanie złu. Zgodnie z odwiecznym prawem przed Bogiem, ludem i tym Konklawe kwestionuję twoje prawo wyrokowania i wyzywam cię na sąd boży! Niech twój Champion wystąpi i udowodni z mieczem w dłoni, w uświęcony sposób naszych ojców, że masz rację. Niechaj Bóg zachowa prawego!
Widząc konsternację Mayhewa, o mało nie zaczął się śmiać — tamten złapał się we własne sidła. Burdette wiedział, że jest górą. Skoro Mayhew użył starych praw, by cofnąć zegar i przejąć despotyczną władzę, to musiał też zaakceptować równie stare prawa ograniczające tę władzę albo cała zasada, na której oparł swe rządy, okaże się fałszywa i zakłamana. A jego pożal się Boże „championem” była ladacznica, którą w ten sposób Bóg wydał na jego łaskę, bowiem Burdette wiedział, że z mieczem w dłoni i w uczciwej walce nie ma sobie równych wśród obecnych.
Po raz kolejny szok i konsternacja zapanowały w Komnacie Konklawe — był to dzień niespodzianek i odwieczne zasady stosownego zachowania zostały zapomniane, gdy kilkunastu patronów zaprotestowało równocześnie i głośno. Burdette zignorował ich, spoglądając z tryumfem w oczy Mayhewa. Doskonale wiedział, że suka bawiła się mieczem, odkąd zjawiła się na Graysonie po tym, jak jej rodacy wyrzucili ją w hańbie ze służby, ale była tu zaledwie rok, z czego ostatnie trzy miesiące spędziła w przestrzeni. Nie dość więc, że ledwie liznęła podstawy, to na dodatek większość z tego, czego się nauczyła, zdążyła zapomnieć, a poza tym trzy miesiące braku praktyki to naprawdę dużo. A wiedział o tym doskonale, jako że był mistrzem drugiego stopnia. Podobnie jak każdy mieszkaniec Graysona uważał, że walka na miecze to dawno miniona przeszłość, ale teraz zrozumiał, dlaczego Bóg zechciał, by w tak wczesnym wieku zainteresował się tą bronią i tak dobrze opanował władanie nią.
Po to, by dziś dzięki tej umiejętności pokonał Protektora i zabił ladacznicę na oczach wszystkich mieszkańców planety w pojedynku zwanym słusznie sądem bożym. Kiedy tego dokona i gdy dla każdego oczywistym będzie, że Bóg tak chciał, jej śmierć anuluje wyrok Mayhewa, gdyż zgodnie z konstytucją patron, który wygra taki pojedynek, jest na zawsze wolny od jakiegokolwiek oskarżenia w związku ze sprawą, w której wyrok zakwestionował.
Benjamin Mayhew spoglądał na rozświetloną tryumfem twarz patrona Burdette i klął w duchu własną głupotę. Powinien był wziąć tę ewentualność pod uwagę. To, że nikt przez ponad trzysta lat nie korzystał z tego prawa, nie było żadnym wytłumaczeniem. Sam wykorzystał od dawna nie używane prawo, a to, na które powołał się teraz Burdette, było co prawda pozostałością barbarzyńskich czasów, ale Burdette także był barbarzyńcą czystej krwi.
Gdyby miał broń, zastrzeliłby skurwiela od ręki, a potem martwił się konsekwencjami, bo niczego tak nie pragnął w tej chwili, jak zobaczyć martwego Williama Fitzclarence’a na podłodze Komnaty Konklawe. Nie miał jej jednak, a co gorsza miał świadomość, że Honor spała ledwie trzy godziny w ciągu ostatnich pięćdziesięciu, które minęły od zestrzelenia pinasy. Wiedział też, że ma złamane cztery żebra, które dopiero zaczynały się zrastać, i że cała jest poobijana i obolała. Funkcjonowała wyłącznie dzięki tabletkom stymulującym i adrenalinie i pojęcia nie miał, jak zdołała nie okazać śladu zmęczenia czy bólu, stojąc dumnie przed Konklawe. Miał natomiast pewność, że nie jest w odpowiedniej kondycji, by walczyć z kimś, kto tak dobrze posługiwał się mieczem jak Burdette. Zresztą nawet gdyby była zdrowa i wypoczęta, nie miała szans na zwycięstwo — zaczęła ćwiczyć niespełna rok temu, a Burdette trzy razy dotarł do planetarnego ćwierćfinału i nigdy nie zadowoli się pojedynkiem do pierwszej krwi. Miał zamiar ją zabić, mógł to zrobić zgodnie z prawem i wszystko wskazywało na to, że tak właśnie postąpi.
Mógł odwołać wyrok, nie ryzykując jej śmierci, ale obserwowali go dosłownie wszyscy tak na Graysonie, jak i w systemie planetarnym. Cios dla pozycji i prestiżu Protektora byłby niewyobrażalny, gdyby tak postąpił, a gdyby na dodatek ludzie domyślili się, że uczynił to, gdyż Honor bała się walczyć z tak dobrym przeciwnikiem…
A potem spojrzał na Honor, zobaczył jej wyczekujące spojrzenie i spokój i zrozumiał, że nie ma wyboru. Z prawnego punktu widzenia było bez znaczenia, czy Protektor cofnął wyrok czy jego Champion został zabity — w obu wypadkach dekret stawał się nieważny, a on nie miał prawa prosić tej, której tyle zawdzięczał, by popełniła samobójstwo, licząc na to, że jakimś cudem zdoła pokonać przeciwnika ze trzydzieści razy lepszego od niej.
— Pani, wiem, jakie odniosłaś rany — odezwał się, tak dobierając głos, by słyszał go każdy obecny i każdy mikrofon.