Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
W glosie Manujlowego obrońcy słychać było czułość i zachwyt, Pelagia zaś przypomniała sobie nagle o „cudzie", o którym opowiadała Małke.
– Proszę powiedzieć, czy to pan zabił w Górach Judejskich beduińskiego rozbójnika?
– Tego z szablą? Tak. Mam karabin. Zamieniłem się w Jaffie. Miałem pamiątkowy zegarek, Konstanty Pietrowicz podarował go za służbę. Napluć na tę służbę, na niego, kościeja, i na jego podły zegarek. Ale co tam rozbójnik! Manujła prawie co dnia ściąga na siebie biedę. Żeby nie Trofim Dubienko, dawno by już go zakopali w ziemi – pochwalił się brodacz i nagle zesztywniał. – Ach, ty, jaka bystra! Patrzajcie, język mi rozwiązała! Dawno po naszemu nie mówiłem, to i nie dziwota. Mów: przysłał cię Pobiedin?
Znowu machnął nożem.
– Nie, ja tu z własnej woli. I Emmanuelowi... Manujle źle nie życzę, przeciwnie, chciałabym go ostrzec.
Trofim Dubienko przyjrzał się jej uważnie.
– Pokaż no.
Obmacał ją swoimi łapskami – czy nie ma ukrytej broni. Nieszczęsna Pelagia podniosła ręce.
– Dobra – zdecydował. – Idź. Ale sama. Ten twój tutaj zostanie. Umawiamy się: o mnie ani słowa. Bo inaczej przepędzi, a przecież bez ochrony nie można go zostawić.
– Przyrzekam. – Siostra skinęła głową.
W pierwszej chwili wydawało się, że wewnątrz nie ma nikogo.
Mniszka, rozglądając się, przemierzyła cały ogród, ale nie dostrzegła żadnej osoby. Kiedy jednak zatrzymała się niepewna, usłyszała głos, który łagodnie pytał o coś w nieznanym jej języku.
Dopiero teraz ujrzała postać, która siedziała na trawie obok starej studni.
– Kto tu? – Zakonnica zadrżała i zatrzymała się.
– Hosjanka? – odezwał się ktoś, po dziecięcemu zniekształcając literę „r". – Pytam, czego szukasz. A może kogo?
– Co pan robi? – wyszeptała.
Człowiek ów siedział na ziemi całkowicie nieruchomo, w bladym świetle księżyca. Ten bezruch spowodował właśnie, że wcześniej go nie spostrzegła, choć przeszła tuż obok.
Zbliżając się niepewnie, Pelagia zobaczyła ascetyczną twarz z szeroko rozwartymi oczyma, strzępiastą brodę (lekko chyba siwiejącą), wydatną grdykę i uniesione wysoko brwi, jakby zawsze gotowe na radosne zdumienie. Prorok ostrzyżony był po chłopsku, na fajerkę, ale musiano tego dokonać jakieś pół roku temu, bo włosy odrosły i opierały się niemal na ramionach.
– Czekam – odrzekł Manujła-Emmanuel. – Księżyc nie jest jeszcze na śhodku nieba. Mówi się „w zenicie". Trzeba thochę poczekać.
– A... a co się stanie, kiedy księżyc znajdzie się w zenicie?
– Wstanę i pójdę tam – wskazał kraniec ogrodu.
– Ale tam jest przecież płot.
Prorok rozejrzał się, zupełnie jakby ktoś mógł ich podsłuchiwać, i konspiracyjnym szeptem oznajmił:
– Zhobiłem w nim dziuhę. Kiedy byłem tutaj wcześniej. Odsuwa się jedna deska, a wtenczas przez klasztoh można wejść na góhę.
– Ale dlaczego nie ulicą? Ona także prowadzi do góry. – Pelagia zniżyła głos. Westchnął.
– Nie wiem. Phóbowałem, ale nie wychodzi. Pewnie wszystko musi być dokładnie jak wtedy. Ale najważniejsza jest tu pełnia księżyca. Całkiem o tym zapomniałem, ale tehaz sobie przypomniałem. Kiedyś Pascha zawsze była przy pełni, to Żydzi później wszystko poplątali.
– Co poplątali? – Siostra zmarszczyła czoło, na próżno próbując odnaleźć w jego słowach sens. – Po co panu pełnia księżyca?
– Widzę, że zjawiłaś się tutaj, żeby ze mną pohozmawiać – powiedział nagle Emmanuel. – Mów. Pelagia zadrżała. Skąd on o tym wie?
Prorok wstał tymczasem i spojrzał mniszce w twarz – okazało się, że jest od niej wyższy o całą głowę. W jego oczach odbijało się światło księżyca.
– Chcesz mnie o czymś uprzedzić – powiedział, mrużąc oczy, zupełnie jakby pragnął odczytać w mroku jakiś tekst, co wymagało natężenia wzroku.
– O czym?
– Długo mnie szukałaś, bo chcesz uprzedzić o czymś niedobhym. Albo o tym, co tobie wydaje się niedobhe. Chętnie z tobą pohozmawiam. Ale tehaz już poha. Jeśli chcesz, chodź ze mną. Pohozmawiamy po dhodze.
Zaprosił ją gestem ręki i skierował się ku ogrodzeniu.
Okazało się, że jedna z desek istotnie trzyma się tylko na pojedynczym gwoździu. Emmanuel odsunął ją i przecisnął się przez szparę.
Zmartwiała nagle Pelagia zrobiła to samo.
Przeszli ciemny podwórzec jakiegoś klasztoru i przez furtkę wyszli na uliczkę, wciąż kierując się ku górze.
Po obydwu stronach stały arabskie chaty, ale w żadnej z nich nie paliło się światło. Raz tylko, na zakręcie, mniszka obejrzała się i zobaczyła naprzeciwko Wzgórze Świątynne, zwieńczone krągłą kopułą meczetu Omara. W świetle księżyca Jerozolima wydawała się równie martwa jak rozciągający się w pobliżu żydowski cmentarz.
Spostrzegłszy, że przecież się nie przedstawiła, inokinia powiedziała:
– Jestem Pelagia, mniszka...
– Ach, Chłystusowa oblubienica – zaśmiał się Emmanuel. – Syn Boży ma tyle oblubienic! Więcej niż tuhecki sułtan. Gdyby choć jedna zapytała, czy chce On ją za żonę.
Bluźnierczy żart zaszokował Pelagię, zniszczył szczególny, na wpół mistyczny nastrój, jaki powstał pod księżycem w ogrodzie Getsemani.
Przez jakiś czas szła w milczeniu. Pora, by mu wszystko wyjaśnić, pomyślała – i zaczęła mówić sucho, z rezerwą, wciąż mając w pamięci kpinę z Chrystusowych oblubienic.
– Mam złe wiadomości. Grozi panu śmiertelne niebezpieczeństwo. Ma pan potężnych wrogów, którzy chcą pana zabić i których nic nie powstrzyma. To, że wyjechał pan z Rosji, nie jest dla nich...
– Nienawiść to rzecz dwusthonna – przerwał jej bez zastanowienia przywódca „znajd". – Jeśli nie jestem nikomu whogiem, to i whogów mieć nie mogę. Tak to jest. Ludzie, o któhych ty mówisz, mylą się, sądząc, że mógłbym im zaszkodzić. Powinienem z nimi pohozmawiać i wszystko się wyjaśni. Na pewno z nimi pohozmawiam –jeśli dzisiaj znowu się nie uda. Ale gdyby się udało, już mnie tutaj nie będzie, a wtenczas uspokoją się.
– Co miałoby się udać? – zapytała zbita z pantałyku Pelagia.
– Mógłbym ci to wyjaśnić, ale i tak nie uwierzysz.
– Przecież oni nie będą z panem rozmawiać! Oni chcą pańskiej śmierci. Pańscy wrogowie z łatwością, bez najmniejszego wahania, zabijają każdego, kto stanie im na drodze! A to znaczy, że pozbycie się pana jest dla nich rzeczą niezwykle ważną.
Tu prorok spojrzał z ukosa na Pelagię, ale bez lęku, tylko z pewnym zakłopotaniem, zupełnie jakby nie rozumiał, co ją tak porusza.