Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 104
Перейти на страницу:

Na pierwszy rzut oka nie było w nim niczego szczególnego: ciemne korony drzew, za nimi zaś kopuła cerkwi.

Czy Emmanuel już tam jest, czy jeszcze nie?

A może pomyliła się całkowicie?

– Zaczekaj tutaj – szepnęła Pelagia i weszła przez furtkę.

Jakiż on malutki! Od krańca do krańca ledwie pięćdziesiąt kroków, nie więcej. Pośrodku zapomniana studnia, wokół niej dziesiątek powykrzywianych, węźlastych drzew. Powiadają, że oliwki są nieśmiertelne, w każdym razie mogą żyć i dwa, i trzy tysiące lat. To by znaczyło, że niektóre z tych drzew słyszały modlitwę w Ogrójcu? Na tę myśl mniszce zamarło serce.

Ucisk w piersi powiększył się jeszcze bardziej, kiedy Pelagia spostrzegła, że oprócz niej nie ma w ogrodzie nikogo innego. Księżyc świecił tak ostro, że ukryć się nie było można.

„Nie wolno popadać w zwątpienie – nakazała sobie Polina Andriejewna. – Możliwe, że przyszłam zbyt wcześnie".

Wyszła z powrotem na ulicę i powiedziała do Salacha:

– Zjedźmy tam. Zaczekamy.

Skierował konie w dół, bliżej drogi. W zwietrzałym murze była tam wyrwa, nad którą zwisały gęste gałęzie drzew, tak że wóz można było dostrzec tylko wówczas, kiedy wiedziało się, że tam stoi.

Salach zapytał szeptem:

– Na kogo czekamy, co?

Nie odpowiedziała, machnęła tylko ręką, żeby zamilkł. Dziwna rzecz – w tym momencie Pelagia nie miała żadnych wątpliwości, że Emmanuel przyjdzie. Ale nie zmniejszyło to napięcia, wręcz przeciwnie, wzmocniło je.

Usta mniszki poruszały się w bezgłośnej modlitwie: „Jako miłe przybytki twoje, Panie zastępów: żąda i ustaje dusza moja do pałaców Pańskich. Serce moje i ciało moje rozweseliły się w Bogu żywym". Modlitwa rodziła się sama, bez jakiegokolwiek udziału świadomości. I dopiero kiedy Pelagia doszła do słów: „Albowiem lepszy jest jeden dzień w pałacach twoich niż tysiące: obrałam być najpodlejszą w domu Boga mojego niźli mieszkać w przybytkach niezbożnych", zrozumiała, że wznosi błagania o przeniesienie z życia doczesnego w wiekuiste.

Kiedy to do niej dotarło, zadrżała.

Dlaczego dusza wybuchła nagle psalmem przeznaczonym dla człowieka, który stoi na progu wieczności?

Zanim jednak siostra Pelagia zdołała odmówić inną, mniej poruszającą modlitwę, w wyboisty zaułek skręcił z drogi człowiek w powłóczystej szacie i z kosturem w ręku.

To było wszystko, co zdążyła spostrzec mniszka, albowiem w następnej chwili księżyc skrył się za niewielką chmurą i zapadła absolutna ciemność.

Wędrowiec przeszedł obok nich bardzo blisko, może o jakieś pięć kroków, zakonnica nie była jednak pewna, czy to jest ten, na którego czeka.

Patrzyła w ślad za nim – skręci do ogrodu czy też nie.

Skręcił.

A zatem to on!

Tu księżyc zdążył wyrwać się z chwilowej niewoli i Pelagia dostrzegła zmierzwione włosy do ramion, białą koszulę i ciemny pas.

– To on! – zawołała głośno i już chciała rzucić się za nim do ogrodu, gdy nagle zdarzyła się rzecz nieprzewidziana.

Ktoś pochwycił ją za rękę i ostro szarpnął.

I Pelagia, i Salach tak pilnie wpatrywali się w plecy człowieka z kosturem, że przegapili innego, który się do nich podkradł.

Był to mężczyzna o przerażającym wyglądzie. Brodaty, barczysty, o płaskim, bezwzględnym obliczu. Zza ramienia sterczała mu kolba karabinu. Na głowie miał arabską chustę.

Nieznajomy jedną ręką trzymał za kołnierz Salacha, drugą zaś Pelagię za łokieć.

– Co za jedni? – wychrypiał po rosyjsku. – Dlaczego się kryjecie? Chcecie go skrzywdzić?

Zdaje się, że dopiero teraz zorientował się, że ma przed sobą kobietę, bo puścił jej łokieć, w zamian za to jednak pochwycił Palestyńczyka obydwoma rękami za kołnierz, i to tak, że niemal oderwał biedaka od ziemi.

– Ruscy, my Ruscy – wybełkotał przerażony Salach.

– Co z tego, że Ruscy! – ryknął straszny człowiek. – Jego wszyscy chcą zgubić, Rosjanie też! Po co wy tutaj? Chcieliście go przypilnować? Mówcie prawdę, bo inaczej...

Tu machnął tak potężną pięścią, że biedny Palestyńczyk zamknął oczy. Siłacz bez żadnego wysiłku trzymał go w powietrzu jednym swoim łapskiem.

Kiedy minął wstrząs, Pelagia powiedziała pospiesznie:

– Tak, czekaliśmy na Emmanuela. Muszę z nim porozmawiać, mam dla niego ważne wiadomości. A pan... kim pan jest? Pewnie jednym ze „znajd", tak?

– „Znajdy" to ci, co szukają zbawienia duszy – z niejakim lekceważeniem powiedział brodacz. – A ja muszę ratować jego. Moja dusza, no dobrze, niechaj tam... Byle jego zachować przy życiu. A ty to kto?

– Siostra Pelagia, mniszka.

Reakcja na tę, zdawałoby się, całkowicie niewinną prezentację była niesłychana. Nieznajomy cisnął Salachem o ziemię i chwycił zakonnicę za szyję.

– Mniszka! Wrona! To ten kościej cię przysłał? No tak, to on, któż by jeszcze? Mów, bo poderżnę ci gardło!

Przed nosem zmartwiałej Pelagii błysnęło ostrze noża.

– Jaki „on"? – wydobyła z siebie na wpół podduszona siostra, która przestała cokolwiek rozumieć.

– Nie kręć, żmijo! To ten najgłówniejszy nad waszym złym zielem naczelnik! Wszyscy dla niego szpiegujecie, gotowiście wleźć dla niego w każdą dziurę!

„Najglówniejszy naczelnik nad złym zielem" – pewnie mowa tu o duchowieństwie?

– Ma pan na myśli oberprokuratora Pobiedina?

– Właśnie! – zatryumfował brodaty. – Przyznałaś się! Leż! – Kopnął Salacha, który próbował usiąść.

– Już raz uratowałem Manujłę przed tym starym upiorem i zrobię to znowu! – Szerokie usta rozciągnęły się w krzywym uśmiechu. – I co, może Konstanty Pietrowicz modli się za sługę bożego Trofima Dubienkę?

– Za kogo? – wydobyła z siebie Pelagia.

– Co, nie powiedział ci, jak to świętego człowieka kłamliwie oskarżył o kradzież i wsadził do ciupy? A mnie przykazał go pilnować. Ja przy Konstantym Pietrowiczu tyle lat służyłem jak pies łańcuchowy! I zdechłbym jako ten pies, nie mógłbym stać się człowiekiem. „Ty – powiada – Trofimuszka, przypilnuj tego bandytę i podżegacza, to człowiek niebezpieczny. Policjantom nie dowierzam. Pilnuj go do jutra w cyrkule i nie pozwalaj mu z nikim rozmawiać, rankiem zaś zdobędę nakaz przeniesienia go do Szlisselburga".

Pelagia przypomniała sobie opowieść Sergiusza Siergiejewicza o złotym zegarku, który został skradziony oberprokuratorowi. Oto co wydarzyło się naprawdę! Nie było żadnej kradzieży, Konstanty Pietrowicz zaś nie wybaczył rzekomemu złodziejaszkowi, wręcz przeciwnie. Bystry ober-prokurator dostrzegł w wędrownym proroku jakieś istotne dla siebie zagrożenie. Na początek posadził go w policyjnym cyrkule i posłał tam zaufanego człowieka, a potem postanowił zamknąć go na dobre – możliwości Pobiedina są znane.

– Nie pozwolił pan Emmanuelowi z innymi strażnikami pogadać, ale sam pan sobie z nim porozmawiał, tak? – Nie tyle było to pytanie, ile stwierdzenie. – Proszę puścić moje gardło. Nie jestem pana wrogiem.

– Porozmawiałem. Nigdy w życiu nikt ze mną tak nie mówił. Konstanty Pietrowicz wielki spec od mielenia językiem, ale jego słowa naprzeciwko Manujłowych to czysta plewa.

Palce Trofima Dubienki pozostały na szyi mniszki, ale nie ściskały jej już tak mocno, a ręka z nożem opadła.

– I wyprowadził pan aresztanta z cyrkułu? Ale jak to się panu udało?

– A zwyczajnie. Nocną porą siedzi tam przy drzwiach tylko jeden mundurowy. Dałem mu w kark i po krzyku. A potem mówię Manujle: pójdę za tobą na kraj świata, bo ty nie umiesz się obronić. Sam przepadniesz, a trzeba ci żyć długo, mówić do ludzi. Ale mnie nie wziął. Nie trzeba, powiada, i nie należy się. Muszę sam. Nie bój się o mnie, powiada – strzeże mnie Bóg. Nie chce, to nie, na siłę się nie pchałem. Nie poszedłem z nim, ale poszedłem za nim. Gdzie on, tam i ja. Bóg to może ustrzeże albo i nie, a Trofim Dubienko ukrzywdzić nie da na pewno. Który to już miesiąc chodzę za Manujłą! Po Rosyi rodzonej, przez morze, po Ziemi Świętej. To człowiek błogosławiony, nijakiej podejrzliwości w nim nie ma. Uwierzysz? Pół Ziemi za nim przeszedłem, a on niczego nie wie. Byleś mu nie właził przed oczy – taka to i cała chytrość. Czy wiesz, jak on chodzi? Nigdy nie ogląda się za siebie. Idzie sobie, wymachuje kijem. Nawet pod nogi nie patrzy. Tylko przed siebie albo do góry, na niebo. No, lubi jeszcze kręcić głową na boki. Nie ma co – błogosławiony.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)