Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Związać? Zabiliście go!
— Nie bądź głupia, to tylko płyn osłonowy. — Joan przypomniała sobie szczegóły noudahnańskiej anatomii; płyn osłonowy był tu odpowiednikiem oleju w maszynach hydraulicznych. Można go było stracić nawet w całości, co przełożyłoby się na całkowitą utratę sił w kończynach i ogonie, lecz nie doprowadziłoby do śmierci, a ciało wcześniej czy później wytworzyłoby go ponownie.
Rali znalazł jakiś kawałek kabla, którym związali intruza. Sando był roztrzęsiony, lecz jak się zdawało dochodził do siebie. Wziął Joan na bok.
— Będę musiał zadzwonić do Pirit.
— Rozumiem. Ale co ona z nimi zrobi? — Nie była pewna, ile dokładnie usłyszeli Rali i Surat, lecz wiedziała, że z pewnością więcej niż życzyłaby sobie tego Pirit.
— Nie martw się, potrafię ich ochronić.
Tuż przed świtem przyjechał ciężarówką wysłannik Pirit, by zabrać intruza. Sando ogłosił dzień wolny od pracy, więc Rali i Surat wrócili do siebie, by się wyspać. Joan wyruszyła na przechadzkę wzdłuż zbocza; jakoś nie miała najmniejszej ochoty na sen.
Sando dogonił ją podczas spaceru.
— Powiedziałem im, że pracowałaś nad wojskowym projektem badawczym i zesłano cię tu z powodu twoich niewłaściwych wystąpień politycznych — opowiedział.
— I uwierzyli ci?
— Wszystkim, co usłyszeli, był fragment rozmowy pełnej niezrozumiałej fizyki. Wiedzą tylko tyle, że ktoś uważał, iż warto cię porwać.
— Przepraszam za to, co się stało — powiedziała Joan.
Sando zawahał się.
— A czego oczekiwałaś?
Słowa te dotknęły Joan.
— Jedna z nas wyruszyła do Tiry, druga przybyła tutaj. Wydawało nam się, że w ten sposób wszyscy będą szczęśliwi!
— Jesteśmy Zdobywcami — odpowiedział jej Sando. — Daj nam jedną rzecz, a chcemy drugiej. Szczególnie jeśli akurat ta znajduje się w posiadaniu naszego największego wroga. Czy naprawdę uważałaś, że mogłaś tu sobie ot tak przybyć, odrobinę poszperać, a potem po prostu odlecieć, i to z wiarą, że wszystko zostanie po staremu?
— Przecież zawsze wierzyliście w istnienie innych cywilizacji w galaktyce. Nasze pojawienie się trudno nazwać dla w szokiem.
Twarz Sando przybrała żółty kolor, wyraz niemal rodzicielskich wymówek.
— Teoretyczna wiara, że coś istnieje, to nie to samo, gdy widzisz to tuż przed oczami. Z pewnością odkrycie, że nie jesteśmy unikalni, nie przełożyłoby się na nasz kryzys egzystencjalny; Niahnanie mogli być z nami spokrewnieni, lecz wciąż różnili się od nas na tyle, byśmy przyzwyczaili się do tej myśli. Ale czy naprawdę uważałaś, że po prostu się odprężymy i zaakceptujemy twoją odmowę podzielenia się z nami własną technologią? To, że jedna z was udała się do Tiran, jedynie jeszcze bardziej pokomplikowało sprawy, i vice versa. Oba rządy odchodzą od zmysłów, każdy przerażony możliwością, że to ten drugi pierwszy wpadnie na sposób, jak zmusić swojego obcego do mówienia.
Joan przystanęła.
— Gry wojenne i przygraniczne potyczki? Obarczasz mnie i Anne winą za to wszystko?
Ciało Sando wyraźnie oklapło ze zmęczenia.
— Żeby być tu zupełnie szczerym, nie znam wszystkich szczegółów. I jeśli jest to dla ciebie jakimś pocieszeniem, jestem pewien, że gdybyś się nie pojawiła i tak znaleźlibyśmy jakiś inny powód.
— Być może powinnam was opuścić — powiedziała Joan. Miała już dość otaczających ją osób, była zmęczona swym ciałem, zmęczona odcięciem od cywilizacji. Ocaliła już jedno piękne niahnańskie twierdzenie i przesłała je do Amalgamu. Czy to nie wystarczyło?
— Decyzja należy do ciebie — odpowiedział jej Sando. — Ale równie dobrze możesz tu zostać dopóki nie zaleją doliny. Kolejny rok niczego nie zmieni. To, co zrobiłaś temu światu, zostało już zrobione. Dla nas nie ma już odwrotu.
7
Joan pozostała z archeologami, gdy ci przesunęli się dalej wzdłuż zbocza. Odnaleźli tam tabliczki z niahnańskimi rysunkami i poezją, które bez wątpienia miały swe zalety i wartość, lecz w oczach Joan zdawały się nijakie i niezrozumiałe. Sando i jego studenci zachwycali się tymi odkryciami na równi z twierdzeniami matematycznymi; jak dla nich niahnańska kultura była przeogromną, wieloelementową układanką i jakakolwiek wskazówka dodająca szczegółów do historii niahnańskiej cywilizacji była równie dobra jak każda inna.
Sando zapewne powtórzył Pirit wszystko, co usłyszał od niej tej nocy, gdy pojawił się intruz, tak więc Joan była zaskoczona, że nie wezwano ją na następną rundę przesłuchań, mającą na celu wydobycie z niej kolejnej porcji szczegółów. Być może ghahariańscy fizycy wciąż jeszcze głowili się nad jej złożonym specjalistycznym żargonem, starając się zdecydować, czy w ogóle krył się w nim jakikolwiek sens. W chwilach swego bardziej cynicznego nastawienia do świata, zastanawiała się, czy sam intruz, który ich wtedy naszedł, nie był Ghaharianem wysłanym przez Pirit celem wykorzystania jej przyjaźni z Sando. Być może sam Sando był w to zamieszany, podobnie jak Rali i Surat. Podobna możliwość sprawiła, iż czuła się jakby żyła w sfabrykowanym świecie, gdzie nic wokół niej nie było prawdziwe i nikomu nie można było zaufać. Jedynym pewnikiem był fakt, że Ghaharianie nie byliby w stanie podrobić niahnańskich artefaktów. Matematyka potwierdzała się sama; cała reszta podlegała wątpliwościom i paranoi.
Nadeszło lato, wypalając swym upałem poranne mgły. Pojęcie upału w oczach Noudahnan znacznie różniło się od wcześniejszych doświadczeń Joan, lecz nawet to ciało uznawało południowe słońce za uciążliwe. Wymuszała na sobie cierpliwość. Wciąż istniała wszak szansa, że Niahnanie dokonali jakichś kolejnych kroków na drodze ku swej wielkiej wizji zunifikowanej matematyki, a następnie wyryli ostateczne odkrycia w formie mającej ich przeżyć o milion lat.
Gdy wysoko na popołudniowym niebie pojawił się samotny statek o napędzie termojądrowym, Joan postanowiła go zignorować. Spojrzała nań tylko raz, po czym wróciła do przesuwania tomografu wzdłuż ziemi. Miała już dość ciągłych rozmyślań nad tirańsko-ghaharską polityką. Od wieków przecież zabawiali się tymi swoimi dziecięcymi gierkami; nie weźmie na siebie winy za kolejne prowokacje.
Zwykle statki przelatywały w górze, znikając w przeciągu kilku minut, popisując się tam swoją mocą i szybkością. Ten jednak unosił się wyjątkowo długo, wijąc swą drogę tam i z powrotem po nieboskłonie niczym jakiś oślepiający swym blaskiem owad wykonujący złożony taniec godowy. Drugi cień Joan przeskakiwał wokół jej stóp, wbijając jej do głowy dziwnie znajomy rytm.
Pełna niewiary, ponownie uniosła wzrok. Ruch statku naśladował składnię języka gestów, którego nauczyła się kiedyś na zupełnie innej planecie, w zupełnie innym ciele, dziesiątki istnień temu. Jedyną osobą na tej planecie, która mogłaby znać ten język, była Anne.
Zerknęła w kierunku oddalonych od niej o sto metrów archeologów, lecz ci, jak się zdawało, nie zwracali najmniejszej uwagi na statek. Wyłączyła tomograf i wpatrzyła się w niebo. Słucham cię, przyjaciółko. Co się dzieje? Czy zwrócili ci statek? Czy miałaś już dość tego świata i zdecydowałaś się wrócić do domu?
Anne opowiedziała jej w skrócie swą historię, w skondensowanej i eliptycznej formie. Tiranie odnaleźli tabliczkę, na której zapisano twierdzenie: ostatnie z dokonanych przez Niahnan odkryć, szczyt ich osiągnięć. Jej opiekunowie nie pozwolili się jej z nią zapoznać, lecz obmyślili plan i doprowadzili do sytuacji, w której z łatwością mogła wykraść tabliczkę, jak również ten statek. Chcieli, by ją wykradła, zabrała ze sobą i uciekła, w nadziei, że w ten właśnie sposób doprowadzi ich do czegoś, co w ich oczach warte było o wiele więcej niż jakaś pochodząca sprzed wieków matematyka: zaawansowanego statku kosmicznego, a może jakichś magicznych wrót, leżących gdzieś na krawędzi ich układu gwiezdnego.