Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 137
Перейти на страницу:

Skurczyła się i pociągnęła dźwignię. Warkot silnika posłusznie i płynnie zmienił ton.

Ala odchyliła się w fotelu. Dobrze, że wietrzyk… bo zapach potu… Lariska chyba zrozumiała wszystko: patrzyła prosto przed siebie i bezdźwięcznie buczała na dolnej wardze. Natomiast Tamarka wychyliła się ze swojego tylnego siedzenia i sypała pytaniami i Ala, niczym speakerbox, odpowiadała, odpowiadała, odpowiadała, z całych sił starając się, żeby głos jej nie zdradził. Glider wolno obniżał pułap i wolno ślizgał się, zataczając nieregularną spiralę wokół lądowiska, a pod nim kołował bujny las z rzadkimi świecami kwitnących podniebie-sków, a błękitny, bardziej błękitny od nieba grzbiet Oz, do którego nie udało się dolecieć, zamieniał się miejscem z białym odległym grzbietem Akademii, z podnóża którego po śniadaniu wyleciały na spacer.

No, koniec. Ala skierowała glidera z uniesionym dziobem wzdłuż pasa lądowiska, wytraciła resztki prędkości i wyłączyła silnik. Generator z rozbiegu kręcił się jeszcze kilka sekund, a tego akurat wystarczyło, żeby wylądować bez zbytecznego hałasu.

Lariska pochmurnie patrzyła na nią i nagle w milczeniu przelazła przez pokrywę rozdzielacza, rozgniatając i rozrzucając resztki autopilota, objęła Alę za szyję i zaczęła kwilić cieniutkim głosem, niezrozumiale i pośpiesznie. Tamarka podchwyciła basem i również zawisła na jej szyi; wszystko wirowało i Ala, czując, że nagle opuściły ją wszystkie siły, rozryczała się w głos. Widziała przez kurtynę łez, że ktoś do nich biegnie — dwaj czy trzej ludzie. Ale to nie miało żadnego znaczenia…

Nawet zdołała się zdrzemnąć — przeżycia, nadmiar tlenu, tyk czegoś słodko-gorzkiego zrobiły swoje. Dziwne, zazwyczaj Pamiętała sny, a chwilę przebudzenia tym bardziej — były to sekundy prawdziwego szczęścia. Tym razem stało się inaczej. Pamiętać i rozumieć siebie Ala zaczęła dopiero po prysznicu; wszystko, co działo się wcześniej, było wymazane, nierealne rozmyte. Ale też i lot pomylonym gliderem wspominała lekko jak wydarzenie sprzed dwu lat. Nie musiała drżeć na wspomnienie widzianych pod sobą nieprzebytych dżungli i bagien, pełnych koszmarnych, zębatych, żarłocznych stworów…

Doprowadzony do porządku myśliwski strój pachniał ozonem i jakby cichutko potrzaskiwał — taki był czysty. Ala, wzdrygając się, włożyła go, dwoma magicznymi ruchami dłoni spowodowała, że wzrosła liczba włosów na głowie, poklepała się po policzkach — polowy zestaw kosmetyczny. Spojrzała na odbicie. Nieźle, powiedzmy sobie otwarcie. Szczególnie, kiedy robi tak: spojrzenie spod przymkniętych powiek. Roześmiała się i poszła do ludzi.

Było już miejscowe popołudnie, według zaś wewnętrznego, ziemskiego, capetownowskiego jeszcze czasu — późny wieczór. Na otwartej galerii, do której prowadziły drzwi, nikogo nie było, tylko mały cyber pełzł wzdłuż ściany, doprowadzając czystość do absolutu. Ala postała chwilę oparta o poręcz. Dżungla była tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Niebieskawe z fioletowymi żyłkami liście żabiej palmy kiwały się przed twarzą, a kolumna żuków-wilkołaków maszerowała po nich, sprawdzając nową, mającą jakiś ukryty sens drogę. O żukach-wilkołakach opowiadał wczoraj doktor Pikacz — może trochę koloryzował dla spotęgowania zainteresowania. W sprzyjających warunkach mogły one podobno rozwijać się w dowolny żywy organizm Pandory, a nawet, jak przypuszczał doktor Pikacz — nie tylko Pandory. A jeśli również w człowieka? No, jeśli uda się dobrać klucz do kodu… Nie, to straszne! Straszne, zgodził się doktor Pikacz i nagle się zamyślił. Ala przyjrzała się żukom. Wielkości dłoni, ciemnobrązowego koloru, z długimi wąsami, bardzo podobne z kształtu do ziemskich skarabeuszy miarowo kroczyły po palmowych liściach, przechodząc z jednego na drugi. Gdy przestała koncentrować na nich wzrok i popatrzyła przed siebie, to miała wrażenie, że palmę owija swobodnie rzucony, nieskończenie długi, brązowy łańcuszek. Ala ruszyła wzdłuż poręczy w kierunku trapu prowadzącego na dach. Za palmą stały w szeregu drzewa minowe, aktualnie kwitnące. Purpurowe i białe kule, pachnące świeżo upieczonym chlebem.

Owoce ich będą śmiertelnie niebezpieczne. Każdego, kto stawia stopę na glebie Pandory, uczą aż do sińców pod oczami i nerwowych tików, jak rozpoznać i omijać nasienne torebki drzew minowych, a mimo to ani jedna jesień nie mija bez śmiertelnych ofiar i okaleczeń. O tym również opowiadał doktor Pikacz. Mógłby opowiedzieć jeszcze o tysiącu rzeczy, ale przybiegły dziewczynki i doktor dał spokój: widocznie jego plany nie sięgały rodzinnych rozrywek.

Ala była już prawie na dachu, gdy wszystko dookoła na mgnienie oka ściemniało i dżungla zniknęła za mlecznobiałą ścianą: ktoś nieproszony i mocny próbował pokonać membranę ochrony. Potem membrana przywróciła przejrzystość i Ala zobaczyła sprawcę: trzymetrowy ptaszek, składający się praktycznie z dzioba, walił w powietrze kusymi skrzydełkami i wymachiwał długaśnymi nogami. Jakoś w końcu udało mu się odwrócić, nie zaplątawszy się w tych nogach; rozłożył błony międzypalcowe i nie oglądając się, załopotał między palmami, nad wierzchołkami drzew minowych… Harpia nikczemna nogoskrzydła — tak brzmiała pełna nazwa tego ptaszka. Albo skunks wędrowny.

Wszyscy byli tutaj na górze, na wietrze. Dziewczynki, podwiązawszy włosy, skakały ze sterczącymi ogonami i bezsensownie wymachiwały rakietkami przed dwoma chłopakami, którzy wyraźnie im się podlizywali. A trzeci aborygen o smutnym wyglądzie siedział oparty plecami o jej glider i pił coś z wysokiego czarnego kielicha. Zobaczywszy Alę, podniósł kielich w pozdrowieniu i poklepał dłonią miejsce obok siebie: że niby ląduj raz jeszcze. Aborygeni mieli proste obyczaje.

Ten o imieniu Stas to zapewne miejscowy wódz, pomyślała Ala. Jest najstarszy, więc słuchają go obaj wojownicy plemienia. Wiekowa mądrość czyni jego powieki ciężkimi, oczy ciemnymi, a włosy siwymi… Ale naprawdę to młoda twarz, przed czterdziestką, oczy stare i jakieś zmęczenie we wszystkim: w gestach, pozie… Przypomniała sobie, jak słuchał jej szlochu i przekleństw. I uśmiechnęła się.

— Witaj, wodzu — powiedziała. — Pozwalasz mi usiąść obok siebie?

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)