Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Terry… – wyszeptałem. – Księżniczko… Kto się nami bawi? Kto śmiał…
– Uspokój się. – Głaskała mnie po twarzy, burzyła włosy. Rzadko tak bywało między nami, nie lubię okazywać słabości. Do diabła! – Siergiej, co się stało na Somacie? Dlaczego nie chciałeś wezwać statku Siewców? Odpowiedz…
Usiadłem na łóżku, a Terry na stojącym obok fotelu, podwijając pod siebie nogi. Nie puszczałem jej ręki, gładziłem smukłe, długie palce. Wyczułem malutką bliznę – księżniczka z planety Tar nie od razu nauczyła się posługiwać nożem kuchennym. Zakląłem. Nadal ją sprawdzam!
– Weź się w garść, książę! – głos Terry stwardniał. – Musimy zrozumieć, co się dzieje! Weź się w garść!
Skinąłem głową, do bólu zaciskając pięści. Wolno policzyłem do pięciu. Odetchnąłem głęboko. Jestem spokojny i niewzruszony. Umiem spojrzeć na sytuację z boku. Najprostsza droga jest najpewniejsza… Do diabła, tego nie było w standardowym zestawie sformułowań!
Ale wyuczone rytuały już spełniły swoją funkcję. Uspokoiłem się. Patrząc Terry w oczy, opowiedziałem o naszym zniszczonym domu, o spalonych drzewach, o czyhających w zasadzce robotach.
Terry nie zadała mi ani jednego pytania. Pobladła słysząc, że sad, z którego była taka dumna, został spalony. Tak bardzo chciała pokazać go Lansowi i Ernadowi, bo nie wierzyli, że na martwym piasku Somata mogą wyrosnąć takie drzewa.
– Gdy mnie wezwałaś – zakończyłem – nie miałem najmniejszych wątpliwości, że ktoś tobą kieruje. Wziąłem miecz… wiem, że to było głupie… i wpadłem do Bajkału, blisko brzegu, którego nie zauważyłem, i oszalałem ze strachu na myśl, że jestem na środku Pacyfiku… Utopiłem miecz, a potem nawiązałem znajomość z roaderami. Słyszałaś o nich?
Terry pokręciła głową. Badanie hipisów, roaderów czy innych ruchów młodzieżowych nie obejmowało jej znajomości ziemskiego życia. Jej opowieść była znacznie krótsza od mojej i znacznie bardziej logiczna.
Statek Siewców wylądował na Somacie w dniu, w którym wyruszyłem na wędrówkę po górach. Najpierw załoga połączyła się z Terry i poprosiła ją o pozwolenie na lądowanie. Następnie dowódca statku wyjaśnił cel wizyty.
Jeśli wierzyć jego słowom, nasza kryjówka została odkryta ponad rok temu. Nie niepokoili nas, dochodząc do słusznego wniosku, że mamy pełne prawo zaszyć się na nikomu niepotrzebnej planecie. Postanowiono nie nawiązywać z nami kontaktu i zakłócić nasze odosobnienie jedynie w wypadku absolutnej konieczności.
Konieczność wkrótce się pojawiła. Planeta Tar odmawiała wejścia w obronny związek z Ziemią, motywując to brakiem prawowitych władców. Rządzący Tarem regent władał w imieniu „wiecznej księżniczki Terry”. Tylko ona mogła skłonić Tara do koalicji z Ziemią. Właśnie wtedy na planetę Somat wyruszył statek Siewców.
Początkowo Siewcy chcieli odszukać mnie w górach i zawieźć na Ziemię razem z Terry, ale za jej namową zrezygnowali z tego pomysłu. Terry przewidywała moją reakcję na pojawienie się obcego statku na niebie Somata.
W domu zostawiono mi notatkę z wyjaśnieniem tego, co się stało, i przenośny blok zawierający rozkazy dla czekającego na orbicie ślizgacza. Potem Terry wyruszyła na Ziemię, żeby przygotować się do rzadkiej w historii Tara procedury – udowodnienia swoich praw do tronu. Ze mną połączyła się, gdy upłynął i minął prawdopodobny czas mojej wędrówki po górach.
Słuchałem jej w skupieniu. Cóż, rzeczywiście tak mogło być…
– Terry… – starałem się mówić spokojnie. – Zdarzyło mi się coś dziwnego podczas hiperprzejścia na Ziemię. Prawie nie czułem euforii, za to moja świadomość jakby się rozdwoiła. Rozmawiałem sam ze sobą, udzielałem sobie idiotycznych rad. Nie słyszałaś o takich przypadkach?
Terry uśmiechnęła się czule.
– Siergiej, to nieważne. Pewnie był to wynik zdenerwowania, zmęczenia…
Pokręciłem głową.
– Pamiętasz, co ci mówiłem o intuicji? Zawsze działam pod wpływem intuicji, zawsze jej ufałem. Do gry włączyła się trzecia siła. Nie my, nie Siewcy…
– Fangowie?
– Tak, Fangowie. Szkoda, że poświęciliśmy im tak mało uwagi. Tamta zasadzka to też pewnie ich sprawka. Musimy zebrać wszystkie informacje.
Terry wskazała terminal.
– Z tym nie będzie problemów, Siergiej. Można tu poprosić o dowolny tekst, dowolne informacje.
– To bez sensu. Sama wiesz, jaka jest różnica pomiędzy wiadomościami, które ty otrzymujesz, a tym, co przekazuje się mieszkańcom Tara.
– W takim razie zwróćmy się do projektu „Siewcy”. Przecież został stworzony jako przeciwwaga zagrożenia ze strony Fangów.
– Znasz ich?
– Oczywiście. W końcu to ich statek zabrał mnie z Somata… – Terry roześmiała się i objęła mnie. – Przestań być zazdrosny! Siewcy to sympatyczni faceci. Ale ty jesteś lepszy.
– Dziękuję… – dotknąłem jej warg i pocałowałem, po raz pierwszy na Ziemi. – Bardzo się o ciebie bałem.
– A ja prawie wcale. – Terry uśmiechnęła się przepraszająco. – Byłam pewna, że wyjdziesz cało z każdej opresji. Nie powinnam odlatywać z Somata bez ciebie.
– Ale przecież chodziło o czas!
– Tak. Już ze statku wysłałam informację o swoim powrocie. Wczoraj przyszła odpowiedź; regent żąda sprawdzenia mojego pochodzenia. Standardowa procedura.
Nie miałem pojęcia o istnieniu tej procedury. Ale nie dopytywałem się o szczegóły.
– Siergiej, dlaczego zatrzymałeś się u tego człowieka… Nurlana? Znasz go?
– Niby skąd? Po prostu facet jest roaderem. Przedstawiłem się jako roader i zostałem przyjęty bez żadnych pytań. To wygodne, kiedy się ukrywasz… – Skrzywiłem się, oceniając poziom bezpieczeństwa swojej kryjówki. W skomputeryzowanym mieście nie sposób się ukryć. Zwłaszcza obcemu.
– A mnie przyjmie?
– Po co? Myślałem, że się przeniesiemy… – zawahałem się, nie mając pojęcia, gdzie właściwie przebywała Terry w tych dniach.
– Do hotelu? Siergiej, tam jest nudno. Luksusowo jak w pałacu imperatora i równie monotonnie. Lepiej do jutra pomieszkajmy tutaj.
– Zapytam Nurlana. Ale dlaczego do jutra?
– Pojutrze muszę być na Tarze. Siewcy obiecali dostarczyć nas swoim statkiem z głównej stacji projektu. Stacja jest na orbicie okołoziemskiej, doskonale ją widać w nocy.
– Dobrze. – Mogłem tylko skapitulować. – Tam porozmawiamy o Fangach.
Terry popatrzyła na mnie uważnie.
– Siergiej, nie myślałeś o zmianie garderoby? Kombinezon ochronny to dobra rzecz, ale na Ziemi…
– Nie ironizuj. Zastanawiałem się nad tym. Pójdę do najbliższego sklepu i kupię tanie ubranie.
– Dlaczego tanie? Ach tak, nie masz Znaku… – Terry wyciągnęła z kieszeni szortów znajomy złocisty dysk. – Wiesz, co to jest?
– Wiem – burknąłem. Terry wyprzedziła mnie pod każdym względem. Gdy ja poznawałem encyklopedyczną definicję Znaku, ona już dostała go do osobistego użytku, oczywiście od Siewców.
– Ubranie wybiorę ci sama. Modne. Zgodzisz się nosić dozar?
– Co?
Terry dotknęła błyszczącej wstęgi na ramieniu.
– To dozownik opalenizny, dozar. Modny szczegół i dla mężczyzn, i dla kobiet. Tworzy jakieś pole blokujące dostęp ultrafioletu. Można cały dzień spędzić na plaży i nie opalić się.
– To po co chodzić na plażę? Wolę się porządnie opalić. – W zachowaniu Terry wyczuwałem coś dziwnego. Nowego.
– Dobrze. Kupię ci koszulę kameleonkę i…
Terry zaczęła z zapałem wyliczać, co jej zdaniem należy włączyć do mojej garderoby. Nagle zrozumiałem, w czym rzecz. Na Somacie Terry musiała zdać się na mnie. Całe jej imperatorskie przygotowanie okazało się w praktyce nic niewarte. To ja kierowałem pracami budowlanymi, ja montowałem komputer ochronny, ja nadzorowałem sadzenie drzew i montaż agregatów zraszających. Księżniczka przywykła troszczyć się o całą planetę, a na Somacie sama stała się obiektem troski. Teraz, gdy miała okazję zatroszczyć się o mnie, starała się na całego.