Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 173
Перейти на страницу:

Za­ak­cen­to­wał „wspól­ne­go”, co wró­ży­ło bar­dzo źle.

W pro­gu ka­płan od­wró­cił się jesz­cze.

– Ocze­ku­ję po­myśl­nych wie­ści.

I wy­szedł.

Le­d­wo drzwi się za­mknę­ły, Alt­sin prze­łknął śli­nę i się­gnął po ku­bek. Woda sma­ko­wa­ła pa­skud­nie.

– No to wdep­nę­li­śmy – wy­chry­piał po chwi­li, igno­ru­jąc skręt ki­szek.

– Ano tak, sie­dzi­my po uszy w gów­nie. – Ker­lan po­ki­wał gło­wą i po­cią­gnął po­tęż­nie wprost z gą­sior­ka.

– Co te­raz?

– Za­wia­do­mi­łem więk­szość lu­dzi, mó­wiąc im mniej wię­cej, cze­go mają szu­kać – mruk­nął Ce­tron, dra­piąc się po gło­wie. – Ale ta­jem­ni­cy nie da się dłu­go utrzy­mać i do po­łu­dnia całe mia­sto bę­dzie wrza­ło. Cho­le­ra, że to nie mo­gły być ksią­żę­ce klej­no­ty.

– Z klej­no­ta­mi mógł­by być pro­blem. Zaj­mu­ją co praw­da mało miej­sca, ale ksią­żę z miej­sca by się zo­rien­to­wał.

Par­sk­nę­li krót­kim, ner­wo­wym śmie­chem. Gru­bas spo­waż­niał pierw­szy.

– Wi­dzę, że do­cho­dzisz do sie­bie.

– Skąd­że. – Alt­sin się­gał po wodę, ale zre­zy­gno­wał w pół ru­chu. – Po pro­stu ma­sku­ję we­wnętrz­ną pust­kę cy­nicz­ny­mi uwa­ga­mi i ska­ka­niem z te­ma­tu na te­mat. A ty nie mu­sia­łeś mnie w to mie­szać.

– Nie. Jed­nak gdy tyl­ko do­wie­dzia­łem się o kra­dzie­ży Mie­cza, zro­bi­łem li­stę zna­nych mi sza­leń­ców, mo­gą­cych po­wa­żyć się na coś ta­kie­go. Było na niej tyl­ko jed­no na­zwi­sko.

– Prze­cież obie­ca­łem, że nie będę kłu­so­wał na two­im te­re­nie. Przy­naj­mniej na nic du­że­go.

– Po pro­stu ży­cie na­uczy­ło mnie nie ufać lu­dziom o pew­nych pro­fe­sjach. Na przy­kład zło­dzie­jom.

– A ka­pła­nom?

– Ka­pła­nom jesz­cze mniej.

– Więc skąd ta za­ży­łość z De­ar­go­nem?

– Za­czy­na­li­śmy ra­zem. Pra­wie czter­dzie­ści lat temu.

Zło­dziej gwizd­nął.

– No, no. Ty i Wiel­ki Skarb­nik? Jaki był?

– Do­bry, bar­dzo do­bry. Miał pew­ną rękę, że­la­zne ner­wy i świet­ne po­my­sły. Kie­dy go po­zna­łem, mie­li­śmy po dwa­na­ście lat, nie, on jest star­szy o rok. Ale już wte­dy był wy­ga­da­ny jak dia­bli. Cza­sem żar­to­wa­łem, że po­wi­nien zo­stać wę­drow­nym ka­pła­nem.

– No i wy­kra­ka­łeś. Wo­lał lżej­szy ka­wa­łek chle­ba. Cho­ciaż, pa­trząc na to z in­nej stro­ny, nie zmie­nił za­wo­du, tyl­ko spo­sób jego wy­ko­ny­wa­nia.

Ce­tron zro­bił dziw­ną minę.

– To wła­ści­wie nie tak. Jego na­wró­ce­nie to dość dziw­na spra­wa. Kie­dyś, w cza­sie wiel­kiej pro­ce­sji, wła­śnie w cza­sie Dro­gi Po­świę­ce­nia, po­ma­ga­li­śmy lu­dziom dzie­lić się z bliź­ni­mi, gdy w tłum pąt­ni­ków wpa­dło kil­ku­dzie­się­ciu cięż­ko­zbroj­nych. To było jesz­cze za cza­sów Im­pe­rium, ka­pła­ni Wiel­kiej Mat­ki mie­li duże po­par­cie wła­dzy, po­sta­no­wi­li więc zro­bić małą pro­wo­ka­cję. Może li­czy­li na to, że wzbu­rzo­ny tłum wy­wo­ła tu­mult albo wy­buch­ną praw­dzi­we za­miesz­ki i gu­ber­na­tor za­ka­że urzą­dza­nia ta­kich uro­czy­sto­ści lub wręcz za­mknie Świą­ty­nię Re­agwy­ra? Mó­wię ci, mo­men­tal­nie zro­bił się ko­cioł, ścisk, pisk i pa­ni­ka. Szkla­ną ga­blo­tę, w któ­rej ob­no­szo­no Miecz, pod­trzy­my­wa­ło dwu­na­stu męż­czyzn spo­śród wier­nych, tłum na­parł na nich, za­czę­li się chwiać, je­den z nich upadł i re­li­kwia prze­chy­li­ła się na bok. Wte­dy jak spod zie­mi wy­rósł przy niej De­ar­gon, zła­pał za brzeg, pod­trzy­mał ją i stał tak wśród sza­le­ją­ce­go tłu­mu jak po­sąg. Tyle wi­dzia­łem, po­tem znio­sło mnie da­lej i stra­ci­łem go z oczu.

Po­cią­gnął z kub­ka.

– Spo­tka­li­śmy się na­za­jutrz, był bla­dy i roz­trzę­sio­ny. Po­wie­dział, że musi zmie­nić swo­je ży­cie, ze­rwać z grze­cha­mi, i ta­kie tam. Nic do nie­go nie prze­ma­wia­ło. Dwa dni póź­niej za­czął no­wi­cjat.

– Wy­so­ko za­szedł.

– Ra­cja.

– Pa­mię­tał o sta­rych kam­ra­tach?

– Ow­szem, on nie z ta­kich, co to gdy tyl­ko for­tu­na w oczy za­świe­ci, ku­pu­ją so­bie ty­tuł szla­chec­ki i za­po­mi­na­ją, że oj­ciec kro­wy pa­sał, a dzia­dek sam tra­wę żarł. Ale przez ostat­nie lata wi­dy­wa­li­śmy się rzad­ko. Mamy róż­ne za­in­te­re­so­wa­nia, a ka­płan nie po­wi­nien po­ka­zy­wać się zbyt czę­sto w to­wa­rzy­stwie ko­goś ta­kie­go jak ja.

– On tak po­wie­dział?

– Nie, ja. Mu­szę dbać o re­pu­ta­cję.

– Aha. Po­ma­ga­łeś mu już kie­dyś?

– Kil­ka razy. A to ban­da rze­zi­miesz­ków pró­bo­wa­ła wy­mu­szać ha­racz od piel­grzy­mów, a to kil­ku bra­ci ule­gło po­ku­sie i za­czę­ło uszczu­plać świą­tyn­ną szka­tu­łę. Ot, dro­bia­zgi. On też raz czy dwa po­mógł mi roz­wią­zać pro­ble­my ze stra­żą. W jed­nym ma ra­cję – przez ostat­nie lata Świą­ty­nia Re­agwy­ra na­bra­ła zna­cze­nia. Dwa­dzie­ścia lat temu w mie­ście było pięt­na­stu mni­chów, a do­rocz­ne uro­czy­sto­ści nie ta­mo­wa­ły ru­chu na wię­cej niż dwóch uli­cach. A te­raz, sam wiesz. Ale wła­ści­wie cze­mu on cię tak in­te­re­su­je?

Alt­sin prze­cią­gnął się ostroż­nie. Coś trza­snę­ło mu w ple­cach, na szczę­ście atak mdło­ści był le­d­wo cie­niem po­przed­nich sztur­mów.

– Je­stem go cie­kaw, po pro­stu. Poza tym uwa­żam, że do­brze by­ło­by wie­dzieć, czy jest słow­ny i czy speł­ni swo­ją ostat­nią obiet­ni­cę. Wiesz, tę o szu­ka­niu win­nych i ro­bo­ty dla kata. Po­dob­no w tym roku w pół­noc­nym Ka­ra­hen pięk­nie ob­ro­dzi­ły jabł­ka.

– Może od razu Me­ekhan?

– Tam też zbio­ry za­po­wia­da­ją się nie­źle. Kie­dy do­kład­nie znik­nął Miecz?

– Mię­dzy pół­no­cą a świ­tem.

– Nie­zła pre­cy­zja, niech to szlag. Może po pro­stu ro­ze­śle­my he­rol­dów. „Po­szu­ki­wa­ny ka­wał że­la­za, waży oko­ło pięć­dzie­się­ciu fun­tów i wy­glą­da jak zła­ma­ny miecz. Uwa­ga, w po­bli­żu moż­li­we cu­dow­ne ozdro­wie­nia i na­głe ata­ki po­boż­no­ści”. Ce­tron skrzy­wił się kwa­śno.

– Nie pij wię­cej z Nes­bord­czy­ka­mi.

– Nie za­mie­rzam. Co z blo­ka­dą dróg?

– Straż świą­tyn­na, bra­cisz­ko­wie i nasi lu­dzie ob­sta­wi­li wszyst­kie dro­gi z mia­sta. Spraw­dza­ją każ­dy wóz. Tyle do­bre­go, że nikt Mie­cza na ple­cach nie wy­nie­sie.

– A port?

Ce­tron par­sk­nął.

– A jak­że, port. De­ar­gon przy­ci­snął cel­ni­ków i te­raz każ­dy sta­tek wy­cho­dzą­cy w mo­rze jest prze­szu­ki­wa­ny od stęp­ki aż po maszt. Prze­trzą­sa­ją na­wet łód­ki ry­bac­kie.

– To za­blo­ku­je pra­cę por­tu. Będą kło­po­ty.

– Je­śli znaj­dzie­my re­li­kwię, wszyst­ko ro­zej­dzie się po ko­ściach. Co masz taką minę?

– Wła­śnie przy­po­mnia­łem so­bie, że od­pływ był trzy go­dzi­ny przed świ­tem. Ile stat­ków wy­szło wte­dy w mo­rze?

Gru­bas uśmiech­nął się krzy­wo.

– Nie ty je­den w tym mie­ście my­ślisz. Sto czter­dzie­ści dwa. Peł­no­mor­skie stat­ki, ga­le­ry, lang­ski­py, dro­mo­ny. Ry­bac­kiej drob­ni­cy nie li­czę, bo nikt tego nie re­je­stru­je, ale mo­gło ich być do­dat­ko­wo kil­ka se­tek. Na­sza je­dy­na na­dzie­ja w tym, że Miecz jesz­cze nie opu­ścił mia­sta.

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)