Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 173
Перейти на страницу:

– De­ar­gon wy­da­je się tego bar­dzo pe­wien, ale gdy­bym to ja miał coś ta­kie­go ukraść, za­czął­bym nie od ku­pie­nia ko­goś w Świą­ty­ni, tyl­ko od zna­le­zie­nia spo­so­bu na wy­wie­zie­nie zdo­by­czy w cią­gu go­dzi­ny. Wo­la­łem mu jed­nak o tym nie wspo­mi­nać.

– Mą­dra de­cy­zja.

– Spa­ko­wa­łeś się już?

Ce­tron rzu­cił mu dziw­ne spoj­rze­nie.

– Kie­dyś ci już mó­wi­łem, że to moje mia­sto. Nie wy­nio­sę się z nie­go i nikt mnie stąd nie wy­rzu­ci. Na­wet De­ar­gon.

– A kto mówi o wy­rzu­ca­niu. On pew­nie chciał­by, że­byś zo­stał. I bę­dzie na­le­gał. Bar­dzo, bar­dzo go­rą­co. – Chło­pak za­ak­cen­to­wał ostat­nie sło­wo.

– To moje zmar­twie­nie. Ale nie po to cię tu ścią­gną­łem, że­byś snuł czar­ne wi­zje. Od tego jest Ker­lan.

Ker­lan wes­tchnął cięż­ko.

– Sły­szysz? On tak cały czas. A ty bierz się do ro­bo­ty. Od cze­go chcesz za­cząć?

Alt­sin uniósł brwi.

– Ty tu rzą­dzisz.

– Chcę, że­byś dzia­łał sam. Nie po­trze­bu­ję jesz­cze jed­ne­go psa na smy­czy, tyl­ko ko­goś nie­za­leż­ne­go. Może w ten spo­sób je­den od­kry­je, co dru­gie­mu umknie. Więc?

– Liga wie?

To było py­ta­nie, od któ­re­go po­wi­nien za­cząć. Liga Czap­ki zrze­sza­ła wszyst­kie zło­dziej­skie gil­die mia­sta na za­sa­dzie do­bro­wol­ne­go człon­ko­stwa. Rzecz ja­sna ci, któ­rzy nie chcie­li być do­bro­wol­ny­mi człon­ka­mi, bar­dzo szyb­ko zo­sta­wa­li człon­ka­mi mar­twy­mi. W tej chwi­li an­wa­la­rem Ligi był czło­wiek o imie­niu Gry­ghas, zło­dziej i ban­dy­ta, my­ślą­cy jak zło­dziej i ban­dy­ta. A to źle wró­ży­ło or­ga­ni­za­cji, któ­rej nie zdo­ła­ło znisz­czyć na­wet trzy­stu­let­nie me­ekhań­skie pa­no­wa­nie. Nie było wia­do­mo, jak on za­re­agu­je na taką wia­do­mość.

– Na ra­zie nie. Sam do­wie­dzia­łem się do­pie­ro przed dwie­ma go­dzi­na­mi. Je­śli spra­wa nie wy­ja­śni się do po­łu­dnia, będę mu­siał go wta­jem­ni­czyć. To od cze­go za­mie­rzasz za­cząć?

Zło­dziej za­my­ślił się, po­chy­lił gło­wę, przy­mknął oczy. Po chwi­li wes­tchnął cięż­ko. My­śle­nie wy­jąt­ko­wo mu dzi­siaj nie szło.

– Do­brze. Nie by­łem ni­g­dy w tej świą­ty­ni, z wy­jąt­kiem nawy głów­nej, oczy­wi­ście. Roz­kład po­miesz­czeń, zwy­cza­je za­kon­ni­ków i stra­ży, czas mo­dlitw, po­sił­ków, po­dział obo­wiąz­ków. To bę­dzie two­ja ro­bo­ta, Cet. Nie gap się tak, masz kupę lu­dzi, a mnie prze­py­ta­nie wszyst­kich bra­cisz­ków za­ję­ło­by z pięć dni. Do­brze by­ło­by wie­dzieć wszyst­ko – co kto lubi jeść, kto nie prze­pa­da za noc­ny­mi mo­dła­mi, cho­dze­niem po kwe­ście lub pra­cą w kuch­ni, i tak da­lej. – wes­tchnął. – Cho­le­ra, nie wy­obra­żam so­bie, jak De­ar­gon chce to wszyst­ko utrzy­mać w ta­jem­ni­cy.

– Je­śli po­ju­trze Miecz bę­dzie nie­sio­ny na cze­le pro­ce­sji, wszyst­kie plot­ki same zdech­ną. Co ty bę­dziesz ro­bił?

– Ja zaj­mę się Mie­czem. Gdzie był prze­cho­wy­wa­ny, jak go strze­żo­no, jaki był sys­tem wart i za­klę­cia ochron­ne. I w jaki spo­sób, do cho­le­ry, moż­na było nie­po­strze­że­nie wyjść ze świą­ty­ni, tasz­cząc na ple­cach pięć­dzie­siąt fun­tów zło­mu.

– Miecz prze­cho­wy­wa­no w pod­zie­miach, tu gdzieś wala się mapa. Raz w mie­sią­cu wy­sta­wia­no go na trzy dni na wi­dok pu­blicz­ny przed głów­nym oł­ta­rzem. Raz do roku nie­sio­no w pro­ce­sji. Nie był chro­nio­ny żad­ny­mi za­klę­cia­mi ani nie wy­sta­wia­no przy nim stra­ży.

– Żad­nych?

– Sie­dem stóp dłu­go­ści i pięć­dzie­siąt fun­tów zło­mu, jak ra­czy­łeś za­uwa­żyć. Bądź jed­nak ła­skaw pa­no­wać nad ję­zy­kiem w to­wa­rzy­stwie osób du­chow­nych.

– Będę. Spró­bu­ję też do­trzeć do Rwys­sa i Al­ma­ry­ka.

– Już do nich po­sła­łem lu­dzi. Je­śli mają z tym coś wspól­ne­go, to...

– To prze­myt­ni­cy, sam wie­le razy ko­rzy­sta­łeś z ich usług. Nie mu­szą wie­dzieć, co prze­wo­żą, wy­star­czy, że klient im za­pła­ci. Waż­niej­sze są ich zna­jo­mo­ści wśród sę­pów wy­brze­ża.

– Coś jesz­cze?

– Trzy­dzie­ści ce­sar­skich. I jesz­cze ze sto w drob­nych mo­ne­tach, może być sre­bro.

– Sto or­gów w sre­brze? I trzy­dzie­ści w zło­cie?!

Po dru­gim py­ta­niu Ce­tron za­czął mu się po­dejrz­li­wie przy­glą­dać.

– Chy­ba nie masz za­mia­ru opu­ścić mia­sta...?

– Nie, ale jak wspo­mnia­łeś, będę dzia­łał po swo­je­mu. Pie­nią­dze przy­ślij mi naj­póź­niej koło po­łu­dnia.

– Skąd ja ci wy­trza­snę taką sumę?

– Po­życz, ukrad­nij, wy­graj na lo­te­rii albo sprze­daj tę ka­mie­ni­cę. I tak, je­śli nam się uda, od­bi­jesz to so­bie na De­ar­go­nie.

– My­ślisz, że wziął­bym pie­nią­dze od ka­pła­na?

– Wiem, że je weź­miesz. Gdzie znaj­dę Ku­sa­ra?

– W Bar­ło­gu, jak zwy­kle o tej po­rze. Idziesz do nie­go?

– Może póź­niej. – Alt­sin wstał, za­chwiał się lek­ko i ru­szył do drzwi, męż­nie igno­ru­jąc za­wro­ty gło­wy i ko­lej­ną falę nud­no­ści. – Gdzie cię mogę zna­leźć?

– Będę tu pew­nie cały dzień.

– To do­brze. – Zło­dziej od­wró­cił się jesz­cze w pro­gu. – Aha, nie wy­sy­łaj za mną lu­dzi, bo i tak ich zgu­bię. Mó­wię to, że­byś się nie­po­trzeb­nie nie de­ner­wo­wał.

Wy­szedł, za­nim Ce­tron zdą­żył za­pew­nić go o swo­im cał­ko­wi­tym za­ufa­niu.

* * *

Ru­szył na po­łu­dnie, do D’Ar­twe­eny.

To miej­sce nie było wła­ści­wie dziel­ni­cą. W każ­dym ra­zie na żad­nej ofi­cjal­nej ma­pie nie fi­gu­ro­wa­ło jako osob­no wy­dzie­lo­ny frag­ment mia­sta. Le­ża­ło tuż u uj­ścia El­ha­ran, o rzut ka­mie­niem od por­tu. Nie ota­czał go mur, a i bu­dyn­ki nie wy­róż­nia­ły się ni­czym szcze­gól­nym. Jed­nak każ­dy, kto prze­by­wał w mie­ście dłu­żej niż trzy dni, wie­dział, że nie na­le­ży się tam włó­czyć bez celu.

Miesz­ka­li tu cza­row­ni­cy. Nie Mi­strzo­wie Ma­gii, ci od uzna­wa­nych aspek­tów, kro­czą­cy Ścież­ka­mi Mocy. Nie ci z naj­po­waż­niej­szych bractw i gil­dii, któ­rych za­pra­sza­no do pa­ła­ców ary­sto­kra­cji albo do ksią­żę­cych re­zy­den­cji. Miesz­kań­cy D’Ar­twe­eny nie zaj­mo­wa­li się za­ba­wia­niem ksią­żąt i hra­biów, nie mie­sza­li się do po­li­ty­ki, nie knu­li pa­ła­co­wych in­tryg, nie ko­pa­li doł­ków pod kon­ku­ren­cją i nie tra­wi­li cza­su na roz­trzą­sa­niu przy­czyn i sen­su ist­nie­nia Wszech­rze­czy. Za­miast tego zaj­mo­wa­li się ma­gią. Tą naj­pow­szech­niej­szą, od le­cze­nia czy­ra­ków, po­da­gry, cho­rych ko­rzon­ków, spę­dza­nia pło­dów, rzu­ca­nia i zdej­mo­wa­nia uro­ków. Przy czym była to czę­sto naj­pa­skud­niej­sza ma­gia, wy­ma­ga­ją­ca grze­ba­nia w tru­pach lub prze­le­wa­nia ga­lo­nów krwi, ma­gia się­ga­ją­ca po aspek­ty nie­ma­ją­ce na­wet wła­snej na­zwy lub poza Moc aspek­to­wa­nych Źró­deł.

Trzy­sta lat me­ekhań­skiej do­mi­na­cji od­ci­snę­ło co praw­da swo­je pięt­no na Sztu­kach upra­wia­nych w księ­stwie, lecz na­wet Wiel­ki Ko­deks nie zdo­łał zła­mać nie­za­leż­no­ści D’Ar­twe­eny. Aspek­to­wa­ne cza­ry na trzy dłu­gie stu­le­cia zdo­mi­no­wa­ły lo­kal­ną ma­gię, jed­nak ofi­cjal­ne sztu­ki ma­gicz­ne Im­pe­rium źle dzia­ła­ły na mo­rzu. Nie­mal wszyst­kie zna­ne i uzna­wa­ne przez Me­ekhan Źró­dła były przy­pi­sa­ne do lądu. Ist­nia­ły tyl­ko trzy aspek­ty – Musz­la, Zie­lo­ny Mech i Sznur, któ­re nie ugi­na­ły się przed po­tę­gą oce­anu, lecz na­wet w naj­lep­szych la­tach w Me­ekha­nie była tyl­ko garść cza­ro­dzie­jów, wła­da­ją­cych któ­rymś z nich. A Im­pe­rium nie po to wy­bu­do­wa­ło w Pon­kee-Laa naj­więk­szy port kon­ty­nen­tu, żeby świe­cił pust­ka­mi. Przy­my­ka­ło więc oczy na miej­sca, gdzie prze­sąd­ni ma­ry­na­rze mo­gli za­opa­trzyć się w amu­le­ty i ta­li­zma­ny, nie­ko­niecz­nie pra­wo­rząd­ne, ale za to dzia­ła­ją­ce. Jed­nak­że mimo iż Me­ekhań­czy­cy opu­ści­li uj­ście El­ha­ran już pra­wie ćwierć wie­ku temu, aspek­to­wa­ne cza­ry wciąż były uzna­wa­ne za wyż­szą ma­gię i ża­den z Mi­strzów, kształ­co­nych na uni­wer­sy­te­tach lub w po­wszech­nie zna­nych cza­ro­dziej­skich gil­diach, za żad­ne skar­by świa­ta nie przy­znał­by się do ja­kie­go­kol­wiek, du­cho­we­go na­wet po­wi­no­wac­twa ze zgra­ją ty­pów z D’Ar­twe­eny. I z całą pew­no­ścią więk­szość by­ła­by zszo­ko­wa­na po­zio­mem umie­jęt­no­ści tej zgrai.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)