Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Urzędnicy, którzy nawet dotrwali do odpowiedniego terminu, oczekują na awans długimi miesiącami, a tu wszystko odbyło się w mgnieniu oka, co więcej, rozporządzenie miało być wystawione natychmiast, z dzisiejszą datą.
Matwiej Bencjonowicz uzyskał obietnicę szybkiego awansu na odpowiedzialne stanowisko. Tymczasem oberprokurator znajdzie dla nowego wyznawcy stosowne miejsce (potrzeba na to tygodnia, dwóch), i to koniecznie w stolicy. Konstanty Pietrowicz nie radził wracać do Zawołżska. „Czy potrzebne są panu dodatkowe rozmowy z pańskim duchowym ojcem? – powiedział, po raz kolejny demonstrując, że wie o wszystkim. – Zawołżski gubernator dowie się o tym z depeszy, a pańską rodzinę przeniesiemy. W ciągu najwyżej dwóch dni ministerstwo przygotuje dla was mieszkanie całkowicie umeblowane, tak więc kłopoty z urządzaniem się odpadają".
Tymczasem nowo upieczony ekscelencja o sprawach bytowych nawet nie myślał. Wyszedł z Synodu na plac. Zmrużył oczy na ostre słońce, nałożył kapelusz.
Przy ogrodzeniu czekała kolaska. 48-36 wpatrywał się pilnie w pogromcę austro-węgierskiego wywiadu i czekał na znak. Zawahawszy się nieco, Matwiej Bencjonowicz podszedł do niego i powiedział leniwie:
– Przewieź mnie, braciszku.
– Gdzie pan każe?
– Doprawdy nie wiem, może bulwarami.
Wzdłuż Newy jechało się wprost wspaniale. Słońce, co prawda, schowało się za chmurami, a z nieba poleciał drobny deszczyk, ale pasażer podniósł skórzaną osłonę, co pozwoliło mu odgrodzić się od świata. Potem znowu przejaśniło się i osłonę trzeba było opuścić.
Jego ekscelencja jechał sobie, uśmiechając się do nieba, do rzeki, do słonecznych zajączków, które podskakiwały na ścianach domów.
– Skręcaj nad Mojkę – polecił. – Albo nie, zaczekaj. Lepiej się przejdę. Jak się nazywasz? Drugi dzień jeździmy, a nie zapytałem.
– Matwiej – odpowiedział dorożkarz. Berdyczowski nieco się zdziwił, ale nie za bardzo, bo dzisiejszy ranek pozbawił go niemal całkowicie tej zdolności.
– Piśmienny?
– Tak jest.
– Zuch. Masz tutaj za swoje starania.
Do przepastnej kieszeni dorożkarskiego kaftana wsunął kilka papierków. Woźnica nawet nie podziękował – tak był poruszony.
– I to wszystko, wasza wielmożność, niczego więcej nie potrzeba?
Nawet zadrżał mu przy tym głos.
– Nie „wielmożność", tylko „ekscelencja" – poprawił z godnością Matwiej Bencjonowicz. – Ja ciebie, 48-36, odszukam, kiedy będzie trzeba.
Poklepał zadowolonego chłopaka po ramieniu i ruszył dalej na piechotę.
Był nieco przygnębiony, ale jednocześnie spokojny. Bóg jeden wie, o czym myślał były zawołżski prokurator, idąc lekkim spacerowym krokiem po ulicy Blagowieszczenskiej. Raz tylko, na brzegu Kanału Admiralicji, zapatrzył się na bonę, która prowadziła dwie malutkie dziewczynki, i wymamrotał coś, co nie całkiem było zrozumiałe: „I co, czeka je lepszy los, jeśli tatuś będzie szubrawcem?"
Na ulicy Pocztowej zaś w odpowiedzi na jakieś swoje myśli wyszeptał: „Prościutko, a przy tym elegancko. Etiuda Berdyczowskiego". Chrząknął z zadowoleniem.
Gdy wchodził po schodach na pocztę, choć pozbawiony słuchu, nucił pod nosem jakąś nierozpoznawalną melodię bez słów.
Szybko wypełnił blankiet telegramu: „Pilnie odszukać P. Jej życie zagrożone. Berdyczowski". Wręczył telegrafiście w okienku, podyktował adres:
– Zawołżsk, siedziba archijereja, do przewielebnego Mitrofaniusza, „blitzem". Zapłacił za depeszę rubel jedenaście kopiejek.
Wyszedłszy na zewnątrz, jego ekscelencja zatrzymał się chwilę na schodach. Powiedział cicho:
– No cóż, skończone. Mogło wypaść lepiej, ale dobrze jest, jak było...
Matwiej Bencjonowicz miał najwyraźniej nieprzepartą ochotę z kimś porozmawiać, skoro jednak nie było rozmówcy, poprowadził dialog z samym sobą. Ale nie wszystko wypowiadał głośno – jedynie jakieś strzępy myśli bez wyraźnego logicznego związku.
Wymamrotał na przykład:
– Rubel jedenaście kopiejek. To ci dopiero cena. Roześmiał się cicho.
Popatrzył w lewo, w prawo. Ulica pełna była przechodniów.
– Czyżby tutaj, tak po prostu? – zapytał nie wiadomo kogo.
Skulił się, ale zaraz uśmiechnął się zażenowany. Skręcił w prawo. Następne zdanie było jeszcze dziwniejsze:
– Ciekawe, czy dojdę do placu?
Ruszył niespiesznie w stronę soboru Isaakijewskiego. Złożył ręce na piersi; podziwiał lśniącą kostkę na ulicy, miedziany pobłysk kopuły, krążące po niebie stado gołębi.
Wyszeptał:
– Merci. To piękne.
Wydawało się, że Matwiej Bencjonowicz czeka na coś albo może na kogoś. Potwierdzałaby to także jego kolejna uwaga:
– No, ile można? Jest to co najmniej niegrzeczne.
Co mianowicie uważał za niegrzeczne, tego się nie dowiemy, ponieważ w tym właśnie momencie na rzeczywistego radcę stanu wpadł gwałtownie mocno zbudowany, spieszący gdzieś młody człowiek. Osiłek (miał na sobie prążkowany garnitur) uprzejmie zresztą przeprosił i nawet podtrzymał za ramię osłabłego nagle Matwieja Bencjonowicza. Uniósł słomkowy kapelusz i potruchtał dalej.
Berdyczowski zaś chwiał się przez chwilę z uśmiechem na ustach, po czym nagle zwalił się na chodnik. Uśmiech zastygł mu na twarzy, a piwne oczy patrzyły spokojnie gdzieś w bok, na tęczową kałużę.
Wokół niego zebrał się natychmiast tłumek – kręcili się, nawoływali, łapali za głowy, młody siłacz zaś wchodził tymczasem na pocztę drzwiami dla personelu.
Przy okienku telegraficznym czekał już na niego urzędnik.
– Dokąd? – zapytał prążkowany.
Przekazano mu telegram, adresowany do Zawołżska. Treść prążkowanemu była najwyraźniej znana, bo na depeszę nawet nie spojrzał – złożył ją jedynie skrupulatnie i wsunął do kieszeni.
XV
PEŁNIA
W pobliżu ogrodu i w samym ogrodzie
Za Bramą Jafską Pelagia poleciła skręcić w lewo. Stare miasto objechali od południa, wzdłuż Doliny Cedronu. Po prawej bielały nagrobki cmentarza żydowskiego na Górze Oliwnej, z daleka przypominającego ogromne kamienne miasto. Polina Andriejewna ledwie zerknęła na ową słynną nekropolię, której mieszkańcy pierwsi powołani zostaną na Sąd Ostateczny. Umęczona podróżniczka nie myślała teraz o świętych miejscach i zabytkach. Okrągły księżyc stał na niebie już dosyć wysoko, a mniszka bardzo bała się spóźnić.
– Jeśli w ciągu pięciu minut nie będziemy tam, gdzie potrzebuję, dwustu franków nie dostaniesz. – Szturchnęła woźnicę pięścią w plecy.
– A żenisz się? – Salach się odwrócił. – Powiedziałaś „zobaczymy".
– Powiedziałam ci, że mam już Oblubieńca i innego nie potrzebuję. Popędzaj konie, bo nie dostaniesz pieniędzy.
Palestyńczyk obraził się, konie jednak popędził. Chantur zagruchotal po moście i skręcił w prawo w uliczkę, która prowadziła stromo do góry.
– Masz tu swój ogród – wyburczał Salach, wskazując ogrodzenie i furtkę. – Pięć minut nie było.
Z mocno bijącym sercem Polina Andriejewna patrzyła na wejście do najświętszego spośród wszystkich ziemskich ogrodów.