Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
— Kochać ciebie — wyszeptała Satyna. — Kochać ciebie, Słońce-Jej-Przyjacielem.
— I ja was kocham — odpowiedziała jej Marzycielka. — Jak jest na zewnątrz? Czy jest tam niebezpiecznie?
— My robić bezpiecznie — rzekł stanowczo Stary. — Cała, cała hisa robić to miejsce bezpieczne. Nie wpuścić tu ludzi-z-karabinami.
— Nie żyją. — Cudowne oczy zaszły łzami i poszukały Lily. — Jon to zrobił. Angelo… Damon… może Emilio… ale nie ja, jeszcze nie. Lily, nie opuszczaj mnie.
Lily bardzo, bardzo ostrożnie otoczyła ramieniem Marzycielkę i przytuliła swój siwiejący policzek do siwiejących włosów Marzycielki.
— Nie — powiedziała. — Kochać ciebie, nie czas opuszczać, nie, nie, nie. Pośnij do wielkiego Słońca. My twoje ręce i stopy, nas wiele, my silni, my szybcy.
Ściany zmieniły się. Patrzyli teraz na gwałt, na ludzi walczących z ludźmi i wszyscy zbili się ze strachu w ciasną gromadkę. Skończyło się i tylko Marzycielka pozostała spokojna.
— Lily. Nadwyżu grozi śmierć. Będzie potrzebowało hisa, kiedy skończą się walki, będzie was potrzebowało, rozumiesz? Bądźcie silni. Brońcie tego miejsca. Zostańcie ze mną.
— My walczyć, walczyć z ludźmi, co tu przyjść.
— Nie zginiecie. Nie ważą się was zabijać, rozumiecie? Ludzie potrzebują hisa. Nie przyjdą tutaj. — Jasne oczy pociemniały gniewem i znowu złagodniały.
Powróciło Słońce; jego zachwycające oblicze wypełniało całą ścianę, łagodziło złość. Odbijało się w oczach Marzycielki, barwiło swoim blaskiem biel.
— Ach — westchnęła Satyna i zakołysała się na boki.
Inni poszli w jej ślady i po chwili wszyscy hisa kołysali się miarowo, wydając ciche jęki zachwytu.
— To Satyna — rzekł Stary zwracając się do Marzycielki. Niebieskozęby jej przyjaciel. Przyjaciel człowieka-Bennetta, widzieć jego śmierć.
— Z Podspodzia? — spytała Marzycielka. — To Emilio przysłał was na Nadwyże?
— Człowiek-Konstantin twój przyjaciel? Kochać go wszyscy, wszyscy Dołowcy. Człowiek-Bennett jego przyjaciel.
— Tak. Był jego przyjacielem.
— Ona mówić — powiedział Stary i przechodząc na język hisa zwrócił się do Satyny: — Gawędziarko, Niebo-Ją-Widzi, uczyń opowieść dla Marzycielki, uczyń jasnymi jej oczy i ciepłymi jej sny; wśpiewaj to w Sen.
Gorąco wystąpiło jej na twarz i skurcz chwycił za gardło z lęku, bo nie była nikim wielkim, a tylko tworzycielką małych pieśni, a snuć opowieść ludzkimi słowami… w obecności Marzycielki i wielkiego Słońca otoczonego wszystkimi gwiazdami, stać się częścią snu…
— Zrób to — ponaglił ją Niebieskozęby. Jego wiara ogrzała jej serce.
— Ja Niebo-Ją-Widzi — zaczęła — przychodzić z Podspodzia, opowiedzieć ci o człowiek-Bennett, opowiedzieć ci o człowiek-Konstantin, wyśpiewać ci rzeczy hisa. Śnij rzeczy hisa, Słońce-Jej-Przyjacielem, jak Bennett śnić. Zrób, żeby on żyć, zrób, żeby on chodzić z hisa, ach! Kochać ciebie, kochać jego. Uśmiech Słońca patrzeć na niego. Długi, długi czas ma śnić sny hisa. Bennet sprawić, my zobaczyć sny ludzi, pokazać nam prawdziwe rzeczy, powiedzieć nam o nim Słońcu, co trzymać całe Nadwyże, trzymać całe Podspodzie w swoich ramionach i o niej Nadwyżu, co wyciągać swoje ręce do Słońca, opowiedzieć nam o statkach, co przylatywać i odlatywać, wielkich, wielkich statkach, co przylatywać i odlatywać, przywozić ludzi z dalekiej ciemności. On otworzyć nasze oczy, on rozszerzyć nasze sny, on zrobić my śnić jak ludzie, Słońce-Jej-Przyjacielem. Taką rzecz dać nam Bennett; i on dać sobie życie. On mówić nam o dobrych rzeczach na Nadwyżu, zrobić ciepłe nasze oczy chceniem tych dobrych rzeczy. My przyjść. My zobaczyć. Tak szeroko, tak mocno ciemno, my widzieć Słońce, co uśmiechać się w ciemności, czynić sny dla Podspodzia, robić niebo niebieskie. Bennett zrobić, że my zobaczyć, że my przyjść, zrobić nowe nasze sny.
Ach! Ja Satyna, ja powiedzieć ci o czasie ludzie przyjść. Przed ludźmi żaden czas, tylko sen. My czekać i nie wiedzieć, że czekać. My zobaczyć ludzi i my przyjść na Nadwyże. Ach! Czas Bennett przyjść, zimny czas i stara ona rzeka spokojna…
Ciemne, piękne oczy spoczywały na niej zaciekawione, chłonąc jej słowa, jakby miała umiejętności starych śpiewaków. Tkała prawdę, jak umiała, czyniąc prawdą piękno i dobro, a nie straszne rzeczy, które działy się gdzie indziej, czyniąc coraz to prawdziwszym i prawdziwszym to, że Marzycielka mogła czynić prawdę, że w zmieniających się cyklach prawda ta może znowu wrócić, tak jak wracają kwiaty i deszcze, i wszystkie rzeczy, co trwają.
Wskazania na pulpitach ustabilizowały się. Centrala stacji przywykła już do paniki, jakby był to stan normalny, a przejawiało się to w gorączkowym zwracaniu uwagi na szczegóły, w niezauważaniu przez techników coraz większej liczby uzbrojonych ludzi kręcących się po centrum dowodzenia. •
Jon patrolował przejścia między stanowiskami spoglądając spode łba i besztając za każdy ruch nie podyktowany koniecznością.
— Znowu wezwanie z kupca Koniec Skończoności — zameldowała technik. — Mówi Elena Quen. Żąda informacji.
— Wykluczone.
— Proszę pana…
— Wykluczone. Powiedzieć im, żeby siedzieli cicho i czekali, aż wszystko się skończy. Niech nie łączą się z nikim bez upoważnienia. Mamy rozgłaszać informacje, które mogą ściągnąć nam na kark nieprzyjaciela?
Technik wróciła do swojej pracy wyraźnie unikając wzrokiem widoku karabinów.
Quen. Żona młodego Damona, z kupcami, już kłopot, wysuwa żądania, nie wychodzi. Informacje poszły w świat i do tej pory dotarły już na pewno do Floty za pośrednictwem kupców krążących wokół stacji. Mazian już wie, co się stało. Quen z kupcami, a Damon w zielonej sekcji doku; Dołowcy warują całą hałastrą przy łóżku Alicji, blokując w tym rejonie korytarz poprzeczny numer cztery. Niech sobie ma tę straż złożoną z Dołowców: gródź sekcji i tak jest zamknięta. Założył ręce do tyłu i usiłował sprawiać wrażenie spokojnego.
Jakiś ruch przy drzwiach przyciągnął jego wzrok. Po krótkiej nieobecności wrócił Jessad; stał w progu wzywając go milcząco. Jon podszedł do niego; denerwował go niezmącony spokój tego człowieka.
— Jest jakiś postęp? — spytał Jessada wychodząc z nim na korytarz.
— Pan Kressich zlokalizowany — powiedział Jessad. — Jest tutaj z eskortą; chce konferować.
Jon skrzywił się z niechęcią i spojrzał w koniec korytarza, gdzie czekał Kressich otoczony grupką strażników równą liczebnie ich obstawie.
— W niebieskim jeden cztery sytuacja bez zmian — ciągnął Jessad. — Dołowcy wciąż go blokują. Mamy drzwi; możemy rozhermetyzować tę sekcję.
— Są nam potrzebni — warknął Jon. — Niech tak zostanie.
— Ze względu na nią? Półśrodki, panie Lukas…
— Dołowcy są nam potrzebni; są przy niej. Niech tak zostanie, powiedziałem. Problem to Damon i Elena. Co robicie w tym kierunku?
— Nie możemy wprowadzić nikogo na ten statek; ona nie wychodzi i nie otwierają. Co do niego, wiemy, gdzie jest. Pracujemy nad tym.
— Co to znaczy, pracujecie?
— Ludzie Kressicha — syknął Jessad. — Musimy się tam dostać, rozumie mnie pan? Niech pan się weźmie w garść i porozmawia z nim; obieca mu coś. Ma w swoim ręku tę tłuszczę. Może pociągać za sznurki. Niech pan z nim porozmawia.