Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Jon odwrócił się i spojrzał na ekrany, chciał coś powiedzieć, ale zamachał tylko dziko rękami.
— Łączyć mnie — wydusił wreszcie z siebie i technik podsunął mu mikrofon. Jon przełknął głośno ślinę wpatrzony w ekran pokazujący zbliżające się monstra. — Zezwalam — wrzasnął do mikrofonu usiłując zapanować nad głosem. — Powtarzam: tu komendant stacji Pell, Jon Lukas. Zezwalam na wejście do doku.
— Powtórz jeszcze raz — rozległ się głos Mallory. — Kim jesteś?
— Jon Lukas, pełniący obowiązki komendanta stacji. Angelo Konstantin nie żyje. Prosimy o pomoc.
Po drugiej stronie zapanowała cisza. Obraz ze skanerów zaczął się zmieniać; wielkie statki zboczyły z kursu na zderzenie wytracając zauważalnie szybkość.
— Pierwsze wchodzą do doków nasze rajdery — poinformował głos Mallory. — Stacja Pell, rozumiecie? Rajdery przycumują pierwsze i wysadzą oddziały, które zajmą się dokowaniem nosicieli. Pomożecie im, a potem zejdziecie im z drogi albo będą strzelać. Za każdą trudność, z jaką się spotkamy, wypalimy w was jedną dziurę.
— Na pokładzie trwają zamieszki — powiedział łamiącym się głosem Jon. — Q wydostała się ze swego rejonu odosobnienia.
— Czy zrozumiał pan moje instrukcje, panie Lukas?
— Pell wszystko rozumie. Czy nie widzicie w czym problem? Nie możemy gwarantować, że wszystko będzie przebiegało bez zakłóceń. Niektóre z doków są odcięte od reszty stacji. Chętnie przyjmiemy pomoc waszych żołnierzy. Stacja jest dewastowana przez wichrzycieli. Możecie liczyć na naszą pełną współpracę.
Nastąpiło pełne niezdecydowania milczenie. Na ekranie skanera pojawiły się nowe migające punkciki; to rajdery towarzyszące nosicielom.
— Zrozumieliśmy — odezwała się w końcu Mallory. — Wysadzimy żołnierzy. Zadbajcie o bezpieczeństwo pierwszego z rajderów, jaki będzie wchodził do doku, bo sami wytniemy sobie otwór dla żołnierzy i będziemy niszczyć sekcję po sekcji nie zważając na to, czy ktoś się w nich znajduje, czy nie. Teraz wszystko zależy od was.
— Zrozumieliśmy. — Jon otarł twarz z potu. Syreny ucichły. W centrum dowodzenia panowała martwa cisza. — Dajcie mi trochę czasu na przygotowanie w miarę naszych możliwości najbezpieczniejszych doków. Over.
— Ma pan na to pół godziny, panie Lukas.
Odwrócił się od komunikatom i przywołał skinieniem ręki jednego ze swych ludzi stojącego dotąd przy drzwiach.
— Pell rozumie. Pół godziny. Przygotujemy wam ten dok. — Niebieski i zielony, panie Lukas. Niech pan tego dopilnuje.
— Doki niebieski i zielony — powtórzył chrapliwie. — Zrobimy co w naszej mocy.
Mallory wyłączyła się. Jon przepchnął się obok komunikatora, żeby nacisnąć klawisz wywołania głównego centrum komunikatora.
— Hale! — krzyknął. — Hale!
Na ekranie pojawiła się twarz Hale’a.
— Nadaj kanałem ogólnostacyjnym. Cała służba bezpieczeństwa do doków. Doprowadzić do stanu używalności doki niebieski i zielony.
— Przyjąłem — powiedział Hale i wyłączył się.
Jon przemierzył salę wielkimi susami, dopadł do drzwi, przy których wciąż jeszcze stał Kressich.
— Wracaj do komunikatora. Siadaj i powiedz tym ludziom, którzy, jak twierdzisz, tam rządzą, żeby siedzieli cicho. Słyszysz?
Kressich skinął głową. W jego oczach malowało się oszołomienie i sprawiał wrażenie niezupełnie przytomnego. Jon chwycił go za ramię i pociągnął do pulpitu komunikatora; siedzący przy nim technik skwapliwie ustąpił mu miejsca. Jon posadził Kressicha w fotelu, podał mu mikrofon i stał nad nim przysłuchując się, jak Kressich wzywa swoich adiutantów po.nazwisku i nakazuje im opuszczenie wskazanych doków. W korytarzach, z których kamery nadal przekazywały obrazy, panika nie ustawała. W zielonym dziewięć widać było kłębiące się tłumy i dym; a usuwany z niego spanikowany motłoch wlewał się tam z powrotem, jak powietrze w próżnię.
— Pogotowie ogólne — powiedział Jon do szefowej siedzącej przy stanowisku numer jeden. — Włącz ostrzeżenie przed zanikiem siły ciążenia.
Kobieta odwróciła się, otworzyła skrzynkę alarmową i nacisnęła przycisk na samym dole. Rozległ się dźwięk brzęczyka wyróżniający się charakterystycznym brzmieniem spośród innych sygnałów zawodzących w korytarzach Pell. „Szukać bezpiecznego miejsca”, przerywały go co chwila instrukcje. „Unikać dużych, otwartych przestrzeni. Udać się do najbliższego małego pomieszczenia i poszukać w nim uchwytu awaryjnego. W razie wystąpienia skrajnego braku grawitacji pamiętać o strzałkach orientacyjnych i obserwować je podczas stabilizowania się stacji… Szukać bezpiecznego miejsca…”
Panika w korytarzach przerodziła się w wyścig na złamanie karku, walenie w drzwi, wrzawę.
— Zmniejszyć siłę ciążenia — polecił Jon koordynatorowi. — Dać taką zmianę, żeby ją tam odczuli.
Rozkazy poszły. Po raz trzeci stacja wchodziła w stan destabilizacji. Korytarz zielony dziewięć zaczął się oczyszczać; przebywający w nim ludzie opuszczali go w popłochu szukając mniejszych przestrzeni, chociażby mniejszych korytarzy.
Jon połączył się znowu z Hale’em.
— Idź tam ze swoimi ludźmi. Oczyść te doki; dałem ci szansę i zawiodłem cię.
— Tak jest, sir — powiedział Hale i znikł z ekranu.
Jon okrążył jeszcze raz całą salę, popatrzył z roztargnieniem na techników i skinął na Lee Quale’a, który stał przy drzwiach trzymając się kurczowo uchwytu, a kiedy ten podszedł, chwycił go za rękaw i przyciągnął do siebie.
— Na dole w doku zielonym — powiedział — mamy pewną nie dokończoną sprawę. Zejdź tam i wykończ ją, rozumiesz? Wykończ ją.
— Tak jest, sir — szepnął Quale i puścił się pędem… bo miał na tyle zdrowego rozsądku, żeby zdawać sobie sprawę, iż od tego zależy ich życie.
Unia mogła odnieść zwycięstwo. Dopóki to jednak nie nastąpiło, utrzymywali, że stacja jest neutralna, trzymali się czego można. Jon przechadzał się przejściem między stanowiskami, przytrzymując się foteli i blatów przy silniejszym skoku siły ciążenia i usiłując nie dopuścić do paniki w całym centrum. Miał Pell. Miał już to, co obiecała mu Unia i jeśli zachowa ostrożność, będzie miał nadal niezależnie od tego, czy górą będzie Maziana czy Unia; i był w tej chwili kimś daleko ważniejszym, niż kazał mu Jessad. W biurze Angela nie pozostał ani jeden żywy świadek, ani jedna osoba z biura Radcy Prawnego; ten nalot został przeprowadzony bezbłędnie. Tylko Alicja… która nic nie wiedziała, która nikogo nie skrzywdziła, która nie miała nic do powiedzenia, i jej synowie…
Damon był niebezpieczny. Damon i jego żona. Nad Quen nie miał kontroli… ale jeśli młody Damon zacznie go obwiniać… Zerknął przez ramię i nie zobaczył już Kressicha, ani Kressicha, ani tych dwóch, którzy mieli go pilnować. Dezercja własnych ludzi rozwścieczyła go, nieobecność Kressicha nawet mu ulżyła. Kressich wsiąknie z powrotem w hordy z Q, przerażony i nieosiągalny.
Tylko Jessad… jeśli go nie pojmali, jeśli znajduje się na wolności, w pobliżu czegoś żywotnego…
Rajdery śledzone przez skanery zbliżały się. Pell miała jeszcze trochę czasu, zanim wedrą się tu żołnierze Maziana. Technik wręczył mu pozytywny wynik identyfikacji statków oczekujących na wejście do doków; Mallory i Porey, dwoje wykonawców woli Maziana. Oboje mieli wyrobioną reputację; jedno odznaczało się bezwzględnością, drugie upodobaniem do niej. A więc tym drugim był Porey. Nie była to dobra wiadomość.
Stał i pocił się czekając.