Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Josh opierał się skonany o ścianę. Oczy mu błyszczały.
Damon skierował uwagę na drzwi, wyrównał oddech, przetarł oczy i w końcu nacisnął uruchamiający je przycisk. Światło oślepiło go; na zewnątrz panowała wrzawa, rozlegały się krzyki, czuć było swąd dymu. Systemy podtrzymania życia, pomyślał przejęty grozą… śluza wychodziła na jeden z drugorzędnych korytarzy. Wypadł z niej i puścił się pędem. Słysząc za sobą tupot stóp biegnącego człowieka, obejrzał się.
— Wracaj — krzyknął do Josha. — Wracaj tam.
Nie miał czasu się z nim droczyć. Pobiegł dalej korytarzem… był chyba w sektorze zielonym; w tym kierunku powinien być dziewiąty… pousuwali wszystkie oznakowania. Ujrzał nagle przed sobą zbuntowany motłoch; ludzie przebiegali pojedyncza i grupkami przez korytarze; niektórzy wymachiwali kawałkami rur. Natknął się na ciało zabitego… przeskoczył je i pędził dalej. Uczestnicy zamieszek nie wyglądali mu na mieszkańców Pell… zarośnięci, niechlujni… zorientował się nagle, kim są, i zmobilizował wszystkie siły, żeby przyśpieszyć. Przemknął przez korytarz, pokonał zakręt z zamiarem dostania się w jak najbliższe sąsiedztwo doków bez wbiegania na korytarz główny. W końcu musiał jednak z niego skorzystać; wmieszał się między biegnących. Na podłodze leżało tu więcej ciał, a szabrownicy grasowali bezkarnie. Roztrącił w pędzie grupkę mężczyzn ściskających w garściach rury i noże, niektórzy z nich mieli nawet pistolety…
Wejście do doków było odcięte; blokowała je zamknięta hermetycznie gródź. Zobaczył to i odskoczył w bok przed szabrownikiem rzucającym się na niego z rurką tylko dlatego, że wszedł mu w drogę.
Napastnik przeleciał obok niego zataczając półkole, które kończyło się na ścianie; Josh był już przy nim i walił jego głową o ścianę; po chwili odstąpił z rurką w ręku.
Damon odwrócił się na pięcie i pobiegł ku zamkniętej grodzi sięgając po drodze do kieszeni po kartę, którą zamierzał zwolnić blokadę.
— Konstantin! — krzyknął ktoś za jego plecami.
Odwrócił się i ujrzał mężczyznę mierzącego doń z pistoletu. Nie wiadomo skąd wyleciał kawał rurki trafiając tamtego; szabrownicy rzucili się na niego hurmem wyrywając sobie pistolet. Odwrócił się w panice i wcisnął kartę w szczelinę. Gródź odsunęła się ze świstem; za nią była ogromna przestrzeń doków i dalsi szabrownicy. Wdychając w płuca chłodne powietrze pobiegł dokiem w kierunku sektora białego, gdzie widział inne wielkie, zasunięte grodzie, grodzie dokowe, wysokie na dwa poziomy, hermetyczne. Potknął się z wyczerpania, z trudem odzyskał równowagę i gnał krzywizną w ich kierunku, słysząc kogoś za sobą i mając nadzieję, że to Josh. Kolka w boku niepostrzeżenie przerodziła się w przeszywający ból… Minął splądrowane sklepy z ciemnymi otworami otwartych na oścież drzwiach i dopadł do ściany obok ogromnych grodzi. Zatrzymał się przy zamkniętym włazie małej śluzy osobowej i wepchnął kartę w szczelinę.
Nic się nie stało. Żadnej reakcji. Popchnął mocniej myśląc, że może coś nie zakontaktowało, wyjął kartę i wsunął ją jeszcze raz. Właz ani drgnął. Powinny tu przynajmniej być podświetlane przyciski; mógłby wtedy wprowadzić za ich pośrednictwem kod swojego priorytetu albo nadać sygnał zagrożenia.
— Damon! — Josh dobiegł do włazu, zatrzymał się obok, chwycił go za ramię i obrócił twarzą do siebie. Zbliżali się do nich ludzie, trzydziestka, pół setki, ściągali z całych doków… z zielonego dziewięć, w coraz większej liczbie.
— Widzieli, jak otwierałeś właz — wysapał Josh. — Wiedzą, że masz taką możliwość.
Wpatrywał się w podchodzący tłum szeroko rozwartymi oczyma. Wyrwał kartę ze szczeliny. Była bezużyteczna, anulowana; centrala anulowała jego kartę.
— Damon.
Porwał Josha za rękę i ruszył biegiem, a tłum rzucił się za nimi z wyciem. Uciekał w kierunku otwartych drzwi, w kierunku sklepów… wpadł w ciemne wejście najbliższego, odwrócił się i nacisnął przycisk, żeby zamknąć drzwi. Te przynajmniej działały.
Pędzący na czele ścigającego ich motłochu dopadli już drzwi i bębnili w nie teraz czym popadło. Przerażone twarze przyciskały się do plastikowej tafli, waliły w nią kawałki rur kalecząc gładką powierzchnię: tak jak wszystkie sklepy wychodzące na doki, i ten wyposażony był w drzwi hartowane — hermetyczne, bez szyb, tylko z tym małym okrągłym okienkiem z tworzywa o podwójnej grubości.
— Wytrzymają — wysapał Josh z trudem chwytając powietrze.
— Nie wydaje mi się — powiedział Damon — żebyśmy zdołali się stąd wydostać. Nie sądzę, żebyśmy mogli stąd wyjść, dopóki po nas nie przyjdą.
Josh spojrzał na niego z drugiej strony drzwi, poprzez szerokość okienka, blady we wpadającym przez nie świetle.
— Anulowali moją kartę — powiedział Damon. — Przestała działać. Ten, kto znajduje się teraz w centrali stacji, po prostu unieważnił moją kartę. — Spojrzał na plastikowe okienko i na pogłębiające się w nim wyżłobienia. — Sądzę, że wpadliśmy po prostu w pułapkę.
Walenie w drzwi nie ustawało. Na zewnątrz rozpętało się istne szaleństwo. To nie byli mordercy, to nie był żaden świadomy impuls do pojmania zakładników, to tylko zdesperowani ludzie wyładowujący swoją rozpacz. Mieszkańcy Q mający w zasięgu dwóch mieszkańców stacji. Blizny w plastiku wciąż się pogłębiały i przez okienko nie można już było niemal odróżnić twarzy, rąk i broni. Zaczynała się rysować możliwość, że jednak sforsują drzwi.
A jeśli do tego dojdzie, nie trzeba będzie morderców.
2
Trwała teraz gra nerwów, sondowania i znikania. Duchy. Ale wystarczająco materialne, hasające gdzieś tam, poza granicami układu. Tybet i Biegun Północny straciły kontakt ze zbliżającym się nieprzyjacielem; Unia wykonała w tył zwrot kosztem jednego z rajderów Tybetu… kosztem jednego ze swoich rajderów. Ale do końca było jeszcze daleko. Poprzez komunikator napływały wciąż beznamiętne, precyzyjne dane z obu nosicieli. Signy, przygryzając wargę, wpatrywała się w zainstalowane przed nią ekrany, a tymczasem Graff kierował operacją. Norwegia trwała na pozycji razem z resztą Floty — wytraciwszy szybkość dryfowała, wciąż niezbyt daleko od mas Pell 4 i 3 oraz samej gwiazdy. Zawisła teraz w bezruchu. Nie dali się wyciągnąć. Musieli teraz wykorzystać masę układu jako ochronę przed pojawieniem się nieprzyjaciela w bezpośredniej ich bliskości’ Było nieprawdopodobne, aby Unia okazała się tak lekkomyślna i weszła w układ prosto ze skoku — to nie w ich stylu — ale przedsięwzięli na wszelki wypadek stosowne środki ostrożności… cele-pułapki. Nie ujawniać się wystarczająco długo, a nawet konserwatywni dowódcy Unii zaczną krążyć w zasięgu swoich skanerów, żeby znaleźć nowe kierunki natarcia, rozpoznać przedpole; jak wilki wokół ogniska, w którym starają się ukryć oni widoczni, nieruchomi i bezbronni. Unia ma tam pole manewru, może się stamtąd rozpędzić do szybkości, przy której nie zdołają stawić jej czoła.
A do tego od jakiegoś czasu z Pell napływały złe wieści przerwana cisza w eterze, doniesienia o poważnych niepokojach.
Ze strony Maziana… uporczywe milczenie, które wreszcie ważyło się przerwać jedno z nich nadaniem ponaglenia. Rusz się, radziła Mazianowi, puść paru z nas na łowy. Rajdery Norwegii, podobnie jak rajdery innych statków, unosiły się wokół niej w najszerszym z możliwych rozwinięciu — w sumie dwadzieścia siedem rajderów i siedem nosicieli, plus trzydzieści dwa statki milicyjne usiłujące zapełnić lukę w ich formacji, niektóre z nich nieodróżnialne dla skanerów dalekiego zasięgu od rajderów; dwa — od nosicieli. Dopóki Flota czaiła się w bezruchu, nie zdradzając się gwałtownymi ruchami i szybkością, każdy patrzący na dane przekazywane przez skanery musiałby się porządnie nagłowić, żeby stwierdzić, czy któryś z tych powolnych, nieruchawych statków nie jest czasem jednostką wojenną pragnącą zmylić przeciwnika swoimi manewrami. Rajder Tybetu powrócił do swego statku macierzystego; Tybet i Biegun Północny miały w swoim rejonie siedem rajderów i jedenaście statków milicyjnych, holowników bliskiego zasięgu niezdolnych do ucieczki i z konieczności odgrywających bohaterów: nie były w stanie usunąć się szybko z drogi, weszły więc w skład parasola ochronnego. Jak gdyby nastawiali się na atak z tego właśnie kierunku. Unia macała ich pozycje. Nakłuwała organizm i wymykała się poza jego zasięg. Był tam prawdopodobnie Azov. Jeden z najstarszych z kadry oficerskiej Unii; jeden z najlepszych. Klaps i unik. Odznaczał się większym doświadczeniem od niejednego dowódcy i był zbyt dobry, aby umrzeć w ten sposób.