Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 137
Перейти на страницу:

— To nie zemsta jest twoim motorem, Sandoz — mówił Carlo, ciągnąc dalej swoją myśl, jakby w ogóle tego nie usłyszał. — To strach. Boisz się, wciąż się boisz. A im bliżej jesteśmy Rakhatu, tym bardziej jesteś przerażony.

Sandoz, teraz już w znakomitej kondycji fizycznej, pocąc się obficie, zwolnił kroku, aż w końcu deptak się zatrzymał. Przez chwilę dyszał ciężko ze zmęczenia, a potem po prostu pozwolił, by maska opadła mu z twarzy.

Carlo zamrugał, wstrząśnięty wyrazem jego twarzy.

— Boisz się — powtórzył cicho Carlo — i masz powód, by się bać.

— Don Emilio — rozległ się głos Nica, który wszedł do pomieszczenia — co widzisz w swoich snach?

Carlo zadawał to pytanie wiele razy, budząc się w porze, którą nadal nazywali przedświtem, słysząc to straszliwe wycie, to coraz głośniejsze: „Nieee!”, wyrażające z początku odmowę, później bunt, na koniec rozpacz. Kiedy Carlo lub John wpadali do kabiny Sandoza, siedział już zwykle na koi, oparty plecami o przegrodę, z szeroko rozwartymi oczami, choć nadal spał. „Co widzisz?”, pytał Carlo, kiedy mu się udało wyrwać go z tego snu.

Sandoz zawsze odmawiał odpowiedzi na to pytanie. Tym razem odpowiedział Nicowi:

— Cmentarz. Miasto umarłych.

— Zawsze to samo miasto? — zapytał Nico.

— Tak.

— I widzisz wyraźnie zmarłych?

— Tak.

— Kim oni są?

— To wszyscy, których kochałem — odrzekł Sandoz. — Jest tam Giną — powiedział, patrząc na Carla — ale nie ma Celestiny… jeszcze nie. Są też ci, których nie kocham.

— Kto? — zapytał Carlo.

Sandoz roześmiał się drwiąco.

— Nie ty, Carlo — powiedział z pogardą. — I nie ty, Nico. To VaRakhati. Całe miasta. Ciała się zmieniają. Gniją. Czuję ich odór. Nadchodzi taki moment, kiedy rozkład tak zmienia trupy, że nie mogę rozpoznać, czy to Jana’atowie, czy Runowie. Wszystkie są do siebie podobne. Ale później, kiedy zostają już tylko kości, widzę zęby. Czasami odnajduję tam własne ciało. Czasami nie. Lepiej, jak je znajdę, bo wtedy to się kończy. W takie noce nie krzyczę.

— Czy umiesz się posługiwać bronią osobistą? — zapytał po chwili Carlo.

Sandoz przytaknął na sposób rakhatański — krótkie, energiczne uniesienie podbródka — ale wyciągnął lekko ręce, zapraszając Carla, by to przemyślał.

— Chyba bym potrafił strzelić.

— Ale odrzut uszkodziłby mechanizm protezy — zauważył Carlo — i byłoby jeszcze gorzej niż przedtem. Będziesz, oczywiście, pod moją ochroną. I Nica.

Kpiące spojrzenie było prawie dobroduszne.

— I wierzysz, że ci się uda? Bogu się nie udało, a tobie się uda?

Carlo nie zamierzał się poddać.

— Bóg może być tylko bajką — powiedział, odchylając głowę do tyłu — a ja mam poważną inwestycję, której muszę pilnować. W każdym razie w mojej rodzinie na ogół bardziej polega się na kulkach niż na modlitwie.

— W porządku — rzekł Sandoz, uśmiechając się promiennie. — W porządku. Dlaczego nie? Moje doświadczenia z iluzjami nie były najszczęśliwsze, ale kto wie? Może… na krótką metę… twoje pomoże nam obu.

Zadowolony z tego, czego się dowiedział, Carlo skinął na Nica. Odwrócił się, by wyjść, i zobaczył w drzwiach Johna Candottiego.

— Zaniepokojony? — zapytał beztrosko, ocierając się o niego w przejściu. John łypnął na niego groźnie, a Carlo odskoczył, udając przerażenie, i podniósł obie ręce. — Przysięgam: Nie tknąłem go.

— Pieprzę cię, Carlo.

— Kiedy tylko zechcesz — mruknął Carlo, znikając z Nikiem za zakrętem korytarza.

Emilio wrócił już na bieżnię.

— Dlaczego? — zapytał John, stając przed nim.

— Mówiłem ci, John…

— Nie! Nie to! Nie chodzi mi tylko o pilotowanie promu!

Chodzi mi o wszystko. Dlaczego w ogóle zadajesz się z Carlem?

Dlaczego mu pomagasz? Dlaczego uczysz ich języków? Dlaczego chcesz wrócić…

— „Nocą i dniem na oścież jest otwarta brama Mrocznego Disa” — wyrecytował Sandoz, ukrywając się za Wergiliuszem, rozbawiony, lecz nie wiadomo przez kogo. — „Lecz zawrócić stamtąd i znów się wymknąć w przestworza pod słońcem, to jest trud, to jest zadanie…”

— Przestań. Nie pozbędziesz się mnie w ten sposób! — John uderzył w dźwignię szybkości bieżni tak nagle, że Sandoz o mało się nie przewrócił. — Do cholery, Emilio, jesteś mi coś winien… przynajmniej jakieś wyjaśnienie! Ja po prostu chcę zrozumieć…

Urwał, zaskoczony reakcją Sandoza. Wrzaśnij na mnie, pomyślał John, ale nie patrz na mnie takim wzrokiem.

W końcu Sandoz opanował drżenie, a kiedy przemówił, spojrzenie miał tak twarde, a głos tak łagodny, że jego słowa wydały się Johnowi jadowitą obrazą.

— Czy twoi rodzice mieli ślub? — zapytał.

— Tak — warknął John.

— Ze sobą? — zapytał Sandoz, tak samo łagodnym tonem.

— Nie muszę wysłuchiwać tych bredni — mruknął John, ale zanim zdążył odejść, Emilio odwrócił się i zamknął drzwi kopnięciem.

— Moi nie mieli — powiedział.

John zamarł, a Emilio przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.

— Pamiętam, jak mąż mojej matki wrzeszczał na mnie za to, że nazwałem go „papi”. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Pamiętam, że zastanawiałem się: Może powinienem mówić do niego „papa”? A może „padre”? Chyba właśnie wtedy zostałem językoznawcą: sądziłem, że po prostu użyłem niewłaściwego słowa! Więc próbowałem innych słów, ale on wściekał się coraz bardziej i w końcu rąbnął mnie tak, że przeleciałem przez cały pokój. Kiedy kończył bić mnie, zabierał się do bicia mojej matki… a ja wiedziałem, że to moja wina, że zrobiłem coś nie tak, ale nie miałem pojęcia co! Uważałem na to, co mówię, dokładnie i dobierałem słowa. Nic nie pomagało. — Zamilkł i spojrzał gdzieś w bok. — Był jeszcze mój starszy brat. Wciąż się mnie czepiał.

Cokolwiek zrobiłem, było źle. I jeszcze coś: jak wchodziłem; z moją matką do sklepu albo jak mijaliśmy ludzi na ulicy, wszyscy milkli. — Znowu spojrzał na Johna. — Wiesz, co to jest? Mta?

John skinął lekko głową. Kurwa.

— Często słyszałem to słowo, kiedy wychodziłem z matką do miasta. Z ust dzieciaków, rozumiesz? Jak to dzieciaki, które starają się być dowcipne i bezczelne. A ja tego nie kupowałem.

Cholera, ile mogłem mieć wtedy? Trzy, cztery lata? Wiedziałem tylko, że coś się dzieje, ale nic nie rozumiałem. Więc wciąż szukałem wyjaśnienia. Byłeś kiedyś w Puerto Rico? — John potrząsnął głową. — Puerto Rico to prawdziwa mieszanka. Hiszpanie, Afrykanie, Holendrzy, Anglicy, Chińczycy, co tylko chcesz. Najróżniejsze kolory skóry. Przez długi czas jakoś mnie nie uderzało to, że moja matka, jej mąż i mój starszy brat mają jasne włosy i jasnąskórę, a tylko ja wyglądałem jak mały Indianin.

Jak pisklę kukułki w gnieździe pokrzewki. Aż pewnego dnia… miałem wtedy chyba jedenaście lat… zapomniałem się i nazwałem męża mojej matki „papa”. Nie powiedziałem tego wprost do niego… zapytałem, już nie pamiętam kogo, matkę czy brata, kiedy „papa” wrócił do domu. Zawsze był wredny, jak się upił, ale tym razem… Jezu! Myślałem, że połamie mi wszystkie kości.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)