Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
I rzeczywiście. A przez cały czas wrzeszczał: Nie nazywaj mnie tak! Jesteś dla mnie niczym, mały bękarcie! Nigdy mnie tak nie nazywaj!
John zamknął oczy, ale po chwili je otworzył i spojrzał na Emilia.
— Więc otrzymałeś wyjaśnienie. Emilio wzruszył ramionami.
— Nie od razu się zorientowałem. Chryste, byłem kompletnym tępakiem! W każdym razie później, kiedy zakładali mi gips, myślałem sobie: Jak syn może być niczym dla ojca? I wtedy nagle to do mnie dotarło. — Przez jego twarz przebiegł krótki, żałosny uśmiech. — Pomyślałem: Ty kretynie, wciąż nazywa cię bękartem, a do ciebie w ogóle nie dociera, że naprawdę nim jesteś!
— Emilio, nie chciałem…
— Nie! Powiedziałeś, że chcesz zrozumieć. Próbuję ci wyjaśnić, więc po prostu zamknij się i słuchaj! — Emilio opadł na skraj bieżni. — Usiądź, dobrze? — powiedział znużonym głosem, zwiesiwszy głowę. — Kurwa, każdy z was to kawał chłopa — mruknął, szybko mrugając oczami. — Czuję się jak karzeł. Nienawidzę tego.
John zobaczył małego, chudego chłopca, który kulił się i czekał na koniec bicia; małego mężczyznę w kamiennej celi, który czekał na koniec gwałtu… Jezu, pomyślał John, siadając na podłodze naprzeciw Sandoza.
— Słucham — powiedział.
Emilio wziął głęboki oddech.
— Widzisz, cała rzecz w tym, że kiedy w końcu to do mnie dotarło, wcale nie byłem zły. Nie czułem wstydu. Nie czułem się zraniony. No… byłem zraniony, w końcu przez tego faceta wylądowałem w szpitalu. Ale przysięgam: nie czułem się zraniony. — Obserwował Johna uważnie. — Czułem ulgę. Możesz w to uwierzyć? Czułem cholerną ulgę!
— Bo w końcu wszystko nabrało sensu — powiedział John.
Emilio pochylił głowę.
— Tak. W końcu wszystko nabrało sensu. Nadal mi dopieprzało, ale w końcu nabrało sensu.
— I dlatego chcesz wrócić na Rakhat. Żeby znaleźć odpowiedź na pytanie, czy to wszystko miało sens?
Ja chcę tam wrócić?! Chcę? — krzyknął Emilio. Gorycz była dojmująca, ale krótkotrwała. Wkrótce wyparło ją zwykłe zmęczenie. Popatrzył w dół, na podłogę sali gimnastycznej, a potem pokręcił głową; grube, proste włosy, bardziej już srebrne niż czarne, opadły mu na przekrwione ze zmęczenia oczy. — Staram się wciąż myśleć w ten sposób: Jeśli ci każą przejść milę, przejdź dwie. Może to jest ta dodatkowa mila. Może muszę dać temu wszystkiemu jeszcze jedną szansę. Mogę znieść naprawdę wiele, jeśli tylko zrozumiem dlaczego… A jest tylko jedno miejsce, gdzie mogę to zrozumieć. Zapadło długie milczenie.
— John, kiedy wylądujemy na Rakhacie, będziecie dysponowali jedynie wiedzą i umiejętnościami, które staram się wam przekazać. Problemów, które będziecie musieli rozwiązywać, nie jesteście w stanie sobie wyobrazić. Nie jesteście w stanie ich przewidzieć. Nie rozwiąże ich modlitwa. Nie pomogą pieniądze. Zapomnijcie o blefie. Nie wierzcie w siłę waszych pistoletów. Jeśli nie powiem Carlowi i jego ludziom wszystkiego, co wiem, a coś się stanie, to ja będę za to odpowiedzialny. Nie chcę tego.
Wciągnął głęboko powietrze i zatrzymał je w płucach, zanim zapytał:
— Słyszałeś, co powiedział Carlo? Że się boję? — John kiwnął głową. — To nie jest po prostu strach. John, ja chyba będę tak świrował aż do śmierci! — Roześmiał się, wytrzeszczając oczy, by powstrzymać łzy, które jeszcze nie spadły mu na policzki. — Nawet z Giną… Nie wiem, może by było trochę lepiej, ale nawet jak z nią byłem, miałem te koszmary, nawet z nią. A teraz… Jezu! Teraz są gorsze niż kiedykolwiek! Czasami sobie myślę, że tak jest lepiej. Te wycia przerażałaby Celestinę. Sam pomyśl, co to za dzieciństwo, kiedy ojczym wyje co noc!
— Może tak jest lepiej.
— Może — powiedział John powątpiewającym tonem — ale to niezbyt wielka pociecha, prawda?
— Nie — zgodził się Emilio. — Ale godzę się na wszystko. Jakoś to zniosę.
Zerknął na Johna, nieskończenie wdzięczny za to, że nie prawi mu banałów, że nie próbuje go pocieszać. Otrząsnął się i wziął głęboki oddech.
— John, ja… Słuchaj, byłeś…
— Daj spokój — przerwał mu John.
Właśnie po to tu jestem, pomyślał.
Sandoz podniósł się i wszedł z powrotem na bieżnię. Po pewnym czasie John też wstał i powlókł się do swojej kabiny, gdzie padł bezwładnie na koję i zakrył oczy dłońmi.
Myślał o wszystkich sposobach radzenia sobie z niezasłużonym bólem. Złożyć go w ofierze. Wspomnieć na mękę Jezusa na krzyżu. Środek uspokajający: Bóg nigdy nie obarcza nas ciężarem, którego nie jesteśmy w stanie udźwignąć. Wszystko ma jakiś cel. John Candotti wiedział z doświadczenia, że niektórym ludziom pomagają te stare powiedzenia. Jako ksiądz parafialny miał jednak okazję nieraz stwierdzić, że ufność pokładana w Bogu może być dodatkowym ciężarem dla dobrych ludzi powalonych na kolana przez jakąś bezsensowną tragedię. Ateista może też upaść, ale niewierzący często doświadczają czegoś w rodzaju spokojnej akceptacji: gówno istnieje, a w tym szczególnym przypadku właśnie im zdarzyło się w nie wdepnąć. Osobie wierzącej może być trudniej dźwignąć się na nogi właśnie dlatego, że musi pogodzić miłość Boga z bezsensownym, brutalnym faktem, że stało się coś nieodwracalnie strasznego.
— Podobno wiara ma być pociechą, ojcze! — wykrzyczała mu kiedyś w twarz pewna matka nad grobem swojego dziecka. — Jak Bóg mógł na to pozwolić? Te wszystkie modlitwy, cała nadzieja… to tylko wycie do księżyca w wietrzną noc.
Był taki młody. Zaledwie kilka tygodni po święceniach, pełen zapału i optymizmu. To był jego pierwszy pogrzeb, wydawało mu się, że nieźle sobie ze wszystkim poradził, nie zająknął się w modlitwach, był czuły na smutek żałobników, gotów spieszyć im z pociechą.
— Uczniowie i sama Maria musieli czuć to samo, co ty teraz, kiedy stali u stóp krzyża — odpowiedział, zadowolony z łagodności swojego głosu, ze swojego szczerego współczucia.
Co mi ksiądz pieprzy! — warknęła kobieta, ciskając iskry z oczu. — Mój dzieciak jest martwy i nie zmartwychwstanie po trzech dniach! Gówno mnie obchodzi, czy zmartwychwstaniemy na końcu tego cholernego świata. Chcę, żeby to dziecko żyło teraz! — Szloch ucichł, miejsce żalu natychmiast zajął zimny gniew. — Bóg będzie musiał wytłumaczyć się z wielu rzeczy, ojcze. To wszystko, co mogę ojcu powiedzieć. Bóg będzie się musiał gęsto tłumaczyć.
Ojciec i brat, pomyślał. Czy to tak się zaczęło u Emilia?
Ojciec, na którego mógł liczyć, brat, na którym mógł się wzorować. Jak długo opierał się Duchowi? Jak długo zdołał uchronić się przed lękiem, że Bóg to tylko piękna bajka, że religia to kupa śmieci? Jakiego rodzaju odwagi to wymagało — wzbudzenie w sobie ufności, której żąda wiara? I skąd, do cholery, czerpie teraz Emilio siłę, by znowu mieć nadzieję, że to wszystko może mieć jakiś sens? Że jeśli tylko będzie uważnie słuchać, Bóg mu to wszystko wyjaśni?
A jeśli Bóg rzeczywiście mu to wyjaśni i okaże się, że to, co się wydarzyło, było winą Emilia? Nie te uprawy — na nie zgodził się każdy z załogi „Stelli Maris” i nikt nie mógł przewidzieć, co się stanie. Ale później… Jeśli Emilio powiedział albo zrobił coś, co było zupełnie inaczej zrozumiane na Rakhacie?
Posłuchaj, modlił się John, nie mówię Ci, co masz robić, ale jeśli Emilio w jakiś sposób sam ściągnął na siebie te gwałty, a potem Askama z tego powodu zginęła, to może lepiej nie wyjaśniaj mu niczego, dobrze? To tylko moje zdanie. Sam wiesz, co mogą znieść ludzie, ale myślę, że trochę go przeceniasz. Albo… Pomóż mu zrozumieć, że to miało jakiś sens. Pomóż mu. O to Cię proszę. Po prostu mu pomóż. Jest naprawdę na dnie. Pomóż mu.