Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Poprosił raz jeszcze Boga o wybaczenie i nacisnął spust.
Honor usłyszała przeraźliwy ryk, gdy Nimitz dopadł celu ale cel nie był sam. Coś, a raczej ktoś był tam jeszcze i próbowała go rozpoznać, zmuszając obolały mózg do pracy. Tej nocy jednakże zbyt wiele wydarzyło się w zbyt krótkim czasie i szare komórki reagowały jak zanurzone w melasie, toteż nie całkiem pojmowała, co się dzieje.
Zrozumiała wszystko, gdy zobaczyła w rękach nadbiegającego broń! To znów nie był wypadek — ktoś wymordował tyle osób, by zabić ją… i wyglądało na to, że tym razem w końcu mu się uda, bowiem nie była w stanie nic zrobić.
— Panie Bo…!
Okrzyk przerwała seria wystrzałów. Ciało wielebnego Juliusa Hanksa, głowy Kościoła Ludzkości Uwolnionej, zadygotało konwulsyjnie, przecięte serią pocisków, gdyż rzucił się między zabójcę a jego wybraną ofiarę. Honor krzyknęła tak z przerażenia, jak i z bólu, gdy kule, które przebiły ciało duchownego w fontannie krwi trafiły ją w pierś. Upadła, łapiąc gorączkowo oddech, obolała, ale żywa. Zawdzięczała to strojowi, a konkretnie kuloodpornej górnej części sukni zaprojektowanej przez LaFolleta z myślą o pazurach Nimitza. W normalnych warunkach nie zdołałaby ona powstrzymać kuł wystrzelonych z pistoletu maszynowego, ale straciły one większość energii i prędkości, przechodząc przez ciało Hanksa, i kamizelka zdołała przechwycić dość ich energii kinetycznej, by nie zdołały jej przebić i dotrzeć do ciała.
Honor leżała na dnie rowu skąpana w krwi Hanksa i przygnieciona przez jego ciało. Była zbyt oszołomiona, tak przez uderzenia pocisków, jak i przez świadomość jego poświęcenia, by móc się ruszyć. Zabójca tymczasem podszedł do krawędzi rowu, przyklęknął i starannie wycelował w jej głowę.
Martin przyklęknął, czepiając się rozpaczliwie resztek zdrowego rozsądku. Ona nadal żyła! Ile razy musi zebrać się na odwagę, by wreszcie zabić tę przeklętą kobietę, i ilu niewinnych jeszcze przy tej okazji zginie — tłukło mu się pod ciężką czaszką. Normalny człowiek nie przeżyłby katastrofy pinasy, nie mówiąc o ciągu dalszym… a tak miał na sumieniu tylu niewinnych, że nawet świadomość, iż działa w imieniu Boga, przestała stanowić wystarczające wsparcie. Spojrzał z uznaniem na ciało zastrzelonego przed chwilą, który oddał życie, broniąc swego patrona, jak przystało gwardziście…
Wszechświat Edwarda Martina rozpadł się na kawałki, gdy rozpoznał zabitego. Patrząc na twarz tego, który własnym ciałem zasłonił patronkę Harrington, usłyszał ohydny, pełen tryumfu śmiech szatana. Diabeł ryczał niczym pożar i tryumfował, a z bezsilnych rąk Martina wysunął się pistolet maszynowy. Przerażony wpatrywał się w twarz tego, którego zabił, skazując tym samym swą duszę na wieczne potępienie.
— Boże! — krzyknął. — Boże, coś pozwolił mi zrobić!?
W pierwszej sekundzie Honor sądziła, że zwariowała, widząc, jak zabójca upuszcza broń i wrzeszczy tak, że słychać go było mimo ryku płomieni i wycia syren. Potem dostrzegła na jego twarzy przerażenie, które ustąpiło niedowierzaniu i natychmiast zostało zastąpione przez pozbawioną nadziei rezygnację i ból, tak głębokie, że przez moment zrobiło się jej go żal. Na szczęście natychmiast jej przeszło, gdy przypomniała sobie, że to on zabił jednego z najlepszych i najłagodniejszych ludzi, jakich znała. Sądząc po reakcji, on także właśnie zdał sobie z tego sprawę.
Ktoś z boku poruszył się, więc odwróciła głowę. Jamie Candless zdołał wstać, choć widać było, że kosztowało go to naprawdę wiele i że cały czas musiał walczyć z własnym ciałem pragnącym paść i znieruchomieć. Jego twarz była krwawą maską wściekłości, gdy spoglądał na zabójcę wielebnego Hanksa.
Powoli, z przerażającą precyzją kata wyjął z kabury pulser, odbezpieczył i wycelował w głowę oddalonego o niespełna trzy metry, klęczącego zabójcy wstrząsanego nieopanowanym szlochem.
— Żywego! — zdołała wychrypieć Honor. — Musimy go mieć żywego!
Nadal brakowało jej tchu i przez moment sądziła, że Jamie nie usłyszał jej w ogólnym zamieszaniu. A potem przez drugi moment była pewna, że nie ma zamiaru wykonać polecenia. Był jednak gwardzistą — klnąc aż powietrze jęknęło, podszedł do klęczącego i rąbnął go na odlew lufą pulsera.
Siła ciosu posłała Martina na dno rowu, a Candlessa na kolana. Trzeci raz nie miał już siły wstać, ale nie było takiej potrzeby — Edward Martin leżał nieprzytomny i nic nie wskazywało, by szybko odzyskał świadomość. A jak długo to nie nastąpi, będzie wolny od koszmaru wynikającego z jego własnego czynu.
ROZDZIAŁ XXVIII
William Fitzclarence śledził przekrwionymi ze zmęczenia oczami wiadomości na całodobowym kanale informacyjnym, czekając na tę jedną informację, która stanowiła odpowiedź na wszystkie pytania wypełniające jego umysł, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
Teraz już cały Grayson wiedział, że coś się stało w porcie kosmicznym Harrington, ale nikt nie wiedział co, bo Gwardia Harrington otoczyła port niezwykle szczelnym kordonem i nie przepuszczała nikogo. Pierwsza (i jak dotąd jedyna) ekipa telewizyjna, która próbowała wlecieć w przestrzeń powietrzną portu, znalazła się o włos od ostrzelania, toteż pozostali woleli nie kusić losu, niezależnie od wolności prasy.
Burdette w przeciwieństwie do reszty mieszkańców Graysona wiedział, co powinno się wydarzyć, i właśnie dlatego wręcz desperacko potrzebował informacji, bo jedyne, czego nie wiedział, to czy misja się powiodła. Rzecznik prasowy domeny Harrington poinformował z grobową miną o śmierci ponad osiemdziesięciu osób, ale jak dotąd nie podano ani jednego nazwiska, a na wykrzyczane pytania dotyczące patronki Harrington zareagował milczeniem. W związku z czym nie wiadomo było, czy dziwka żyje czy też nie. Nie wiedział też, co z wykonawcami — nie powinni się poddać, ale jeśli zdołali uciec, powinien już mieć od nich jakąś wiadomość. A jeśli zginęli, powstawało następne pytanie — w jakim stanie znaleziono ich ciała, to znaczy inaczej mówiąc, czy zdołają je zidentyfikować.
Przetarł twarz nagle drżącymi dłońmi, żałując, że nie ma z nim brata Marchanta potrafiącego zawsze go uspokoić lub wymyślić coś sensownego. Był on jednakże zajęty zbieraniem informacji z własnych źródeł i Burdette w samotności musiał zmagać się z koszmarem.
Ta suka zasłużyła na śmierć! Samym swym istnieniem obrażała Boga i nie żałował jej ani przez moment, ale planując zamach, nigdy nie liczył się z tym, że zginie tylu niewinnych ludzi. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że będzie się martwił, czy jego ludzie zostali wystarczająco zmasakrowani, by ich identyfikacja była niemożliwa. Był tak pewien, że Bóg dopilnuje ich sukcesu, tak jak miało to miejsce w przypadku kopuły, że nie pomyślał o żadnym sposobie przekazania wiadomości. A teraz siedział i denerwował się, bo jeśli szatan ją uratował i przeżyła albo jeśli Martin i Taylor zostali zidentyfikowani…
Zaklął siarczyście i natychmiast zamknął usta, prosząc Boga o wybaczenie bluźnierstwa, wątpliwości i paniki, której nie potrafił opanować.
Ale Bóg nie odpowiedział i Jego milczenie jeszcze bardziej przeraziło patrona Burdette.
Edward Martin siedział w małej, pustej celi, której jedynym wyposażeniem był przykręcony do podłogi taboret, i tępo gapił się w ścianę. Został rozebrany do majtek i starannie przeszukany, ręce miał skute za plecami, a głowa pulsowała mu bólem niczym uczciwy bęben, tym niemniej został potraktowany znacznie łagodniej niż się spodziewał. Nie chciał, by go tak traktowano. Koszmar, którego sam był sprawcą, był niczym krwawiąca rana, z której wyciekały pogarda i nienawiść do samego siebie, wołające o karę. A nikt go nie chciał karać.