Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Miał przed sobą perspektywę wieczności w piekle. Zabił wielebnego! Nie chciał, nie planował tego, ba, nawet nie wiedział, że Hanks tam będzie, ale to wszystko nie miało żadnego znaczenia: wziął broń w imię Boga, a szatan wciągnął go w pułapkę i użył do zabicia sługi bożego, zacniejszego i pobożniejszego niż ktokolwiek, kogo Martin znał.
Tak był pewien, że słyszał głos Boga i wypełniał Jego wolę, a tymczasem okazało się, że był to podszept szatana… a jeśli od początku szatan go zwodził, to co z lady Harrington? Czy była narzędziem diabła?… Mogła być, boć przecie szatan był królem oszustów, a użycie swego narzędzia, by doprowadzić Martina do zabicia wielebnego, byłoby godnym go pomysłem… ale mogła też wcale nie być narzędziem szatana… a to by oznaczało, że wielebny Hanks miał cały czas rację i to z woli bożej znalazła się ona na Graysonie, i czyniła dobro… a jeśli tak, to on, Edward Martin, pozwolił zaślepić się własnym obawom tak dalece, że słuchał głosu szatana, uważając go za głos Boga… i zabił bez żadnej potrzeby tylu niewinnych ludzi… a pomógł innym zabić dzieci!
Jęknął, pragnąc śmierci z jednej strony, z drugiej bojąc się, że nadejdzie, nim dowie się prawdy i będzie miał okazję błagać Boga i ludzi o wybaczenie. Jedyną odpowiedzią było echo jego jęku odbite od gołych ścian celi.
Samuel Mueller był wściekły jak nigdy dotąd i gdyby miał Fitzclarence’a w zasięgu ręki, udusiłby go za głupotę. Nie miał bowiem żadnych wątpliwości, kto był odpowiedzialny za całe to zamieszanie w domenie Harrington. Był nawet w stanie odtworzyć tok myślowy tego kretyna, który doprowadził go do tej decyzji. I w którym nie było odrobiny miejsca na zdrowy rozsądek, bowiem ryzyko przewyższało korzyści, a zamach nawet na kogoś takiego jak ona, i nawet udany, przysparzał ofierze popularności, a nie o to im przecież chodziło.
Wyłączył wiadomości i zaczął analizować sytuację. Najważniejsze było, czy Harrington przeżyła. A drugie w kolejności było znalezienie odpowiedzi na pytanie, kto blokował informacje. Logika podpowiadała, że Mayhew, bo tylko on mógł na tym skorzystać — potrzebował czasu, by zdecydować, co dalej robić, a czas mógł zyskać tylko w ten sposób. Dodatkową zaletą było trzymanie przeciwników w niepewności…
Potarł górną wargę, co zwykle pomagało mu w pracy koncepcyjnej. Nie licząc Machabeusza, od ponad czterystu lat nikt nie próbował zabić patrona i nie miał pojęcia, jak wieść o tym podziała na skierowaną przeciw Harrington nienawiść, którą pomagał rozdmuchać. Jeśli przeżyła, to atak prawie na pewno zadziała na jej korzyść, co samo w sobie już było złe. Gorsze i to znacznie było to, że kogo by Burdette nie użył, istniała spora szansa, że da się go zidentyfikować i połączyć z nim. A to z kolei znaczyło, że ten bezmyślny kretyn naraził nie tylko siebie, ale i jego, Samuela Muellera.
Na szczęście Mueller był przewidujący i przygotował się na podobną ewentualność, ale nie miał zamiaru przedwcześnie realizować swych planów. Jeśli bowiem Burdette jakimś cudem przetrwa, to nie wplątany w zamach będzie zbyt cennym sojusznikiem. Zakładając, ma się rozumieć, że da się go powstrzymać przed kolejnym równie głupim posunięciem. Natomiast jeśli ten nieprzemyślany pomysł zakończy się tak, jak podejrzewał…
Patron Mueller podszedł do biurka i wybrał stosowną kombinację na klawiaturze modułu łączności. Na ekranie pojawił się mężczyzna w żółto-czerwonym uniformie Gwardii Mueller. Zanim zdążył się odezwać, Samuel Mueller polecił:
— Umieść zespoły w Burdette i czekaj.
I przerwał połączenie.
Drzwi celi otwarły się.
Martin gwałtownie uniósł głowę i wytrzeszczył pełne przerażenia i niedowierzania oczy, gdy rozpoznał stojące w nich osoby. A byli to Benjamin IX Protektor Graysona i Jeremiah Sullivan, Drugi Starszy Synodu Kościoła Ludzkości Uwolnionej. Jakoś znalazł siły, by wstać… nie mógł spojrzeć im w oczy, ale przynajmniej mógł spotkać się z nimi na stojąco.
— Edwardzie Julianie Martinie — przemówił chłodnym, beznamiętnym głosem Sullivan niczym przeznaczenie. — wiesz, co uczyniłeś tej nocy?
Martin spróbował odpowiedzieć. Naprawdę próbował, ale słowa uwięzły mu w gardle. Czuł płynące po policzkach łzy, a jedyne co mógł zrobić, to kiwnąć twierdząco głową.
— W takim razie zdajesz sobie sprawę, kim stałeś się w oczach Boga i wedle prawa ludzkiego — dodał Sullivan, a Martin ponownie przytaknął. — Spójrz mi w oczy, Edwardzie Martinie!
Duchowny, mówiąc to, podszedł bliżej, a głos miał na tyle rozkazujący, że Martin wbrew swej woli posłuchał go i spojrzał w ciemne oczy pod krzaczastymi brwiami. To, co w nich dostrzegł, zmroziło do reszty jego duszę.
— Wstydzę się tego, ale Bóg mi świadkiem, nie mogę ci wybaczyć — oznajmił takim samym jak na początku głosem — tego, co dziś w nocy zrobiłeś ani też tego, co próbowałeś zrobić… Ale to nie mojego wybaczenia potrzebujesz… my, słudzy Kościoła, jesteśmy sługami Boga, ale i ludźmi… a Bóg potrafi przebaczać winy, których ludzie nie są w stanie. Wyznasz swe grzechy władzom świeckim Graysona i będziesz błagał o miłosierdzie boże?
Bladą, mokrą od łez twarz więźnia wykrzywił grymas, gdy walczyła w nim desperacka potrzeba upewnienia się, że jednak miał rację i realizował boski plan, ze straszliwym podejrzeniem, że tak nie było. A potem opadł powoli na kolana i pochylił głowę.
— Tak — powiedział złamanym, pełnym winy głosem i ciągnął, wypowiadając często używaną formułkę, lecz tym razem tak szczerze jak nigdy dotąd. — Wysłuchaj mojej spowiedzi, ojcze, bo zgrzeszyłem i pomóż… pomóż mi znaleźć przebaczenie Boga, bo zawiodłem Go w próbie i boję się…
— Dobrowolnie zgadzasz się, by to co powiesz, ujawnić świeckim władzom Graysona, i zwalniasz mnie ze świętej przysięgi dochowania tajemnicy spowiedzi? — spytał Sullivan.
— Ja… — Martin przełknął ślinę i zdecydował się ostatecznie zadośćuczynić za zło, które sprawił, w każdy możliwy sposób — …zgadzam się.
Sullivan wyjął z kieszeni czerwoną stułę, rozłożył ją i założył na szyję. Kiedy się odezwał, głos miał nadal zimny, ale pojawił się w nim ślad współczucia.
— W takim razie zacznij mówić, Edwardzie Martinie, i pamiętaj, że jeśli cenisz swą duszę, musisz mówić prawdę i niczego nie zatajać, a być może znajdziesz łaskę w oczach wszechwiedzącego Boga.
ROZDZIAŁ XXIX
Salę wypełniał cichy pomruk głosów czekających patronów. Nikt nie ważył się mówić głośniej i napięcie wypełniające amfiteatralne, półkoliste pomieszczenie było wręcz namacalne. Nikt nie wiedział, co ma się tego dnia wydarzyć, ale wszyscy się tego obawiali.
Wszystkich zaprzątały ostatnie wydarzenia w domenie Harrington. Od podania pierwszych zaskakujących informacji minęło pięćdziesiąt godzin i wszystko co znali to plotki. A okazało się, że zamiast w zamkniętej tajnej sesji uczestniczyć będą w zgromadzeniu transmitowanym na żywo przez wszystkie stacje na planecie, bowiem galeria dla widzów pełna była holokamer, dziennikarzy i reporterów. Wszyscy niecierpliwie czekali, ale nikt niczego konkretnego nie wiedział.