Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Antychryst? – niepewnie powtórzył Berdyczowski.
– Tak. Przy czym nie alegoryczny, jak na przykład Napoleon Bonaparte, ale najbardziej dosłowny. Tyle że bez rogów i ogona, za to z łagodną, wzruszającą mową i ujmującym spojrzeniem. Wyczuwam ludzi, znam ich. I pewne jest: Manujła – to nie człowiek.
To, jak zwyczajnie, bez emocji oberprokurator wymówił to zdanie, przyprawiło Matwieja Bencjonowicza o gęsią skórkę.
– A siostra Pelagia? – zaoponował słabym głosem. – Czy w czymkolwiek zawiniła? Oberprokurator odrzekł surowo:
– W każdym państwie stosuje się karę śmierci. W krajach chrześcijańskich odwołuje się do niej w dwóch przypadkach: albo kiedy ktoś najciężej naruszył przyjęte obyczaje, albo kiedy stanowi poważne zagrożenie dla społeczeństwa. W pierwszym przypadku to niepoprawni kryminaliści, w drugim – ci, którzy kwestionują zasady ustrojowe.
– Ale Pelagia nie była ani morderczynią, ani rewolucjonistką!
– Niemniej jednak stanowi ogromne niebezpieczeństwo dla naszej sprawy, a to jeszcze gorsze niż zagrożenie społeczne. To można w końcu wybaczyć, sam Chrystus nam to zalecił. – Tu mięśnie twarzy Pobiedina zadrżały, ale natychmiast się opanował. – A kobieta nie zrozumie mnie nigdy, bo dla niej szczegóły ważniejsze są niż Cel. Pan i ja poświęcimy jednego człowieka gwoli uratowania setek tysięcy i milionów, nawet gdyby ów człowiek był nam najdroższy i gdyby krwawiły nasze serca. Kobieta nigdy by na to nie poszła, a owe miliony zginęłyby razem z owym nieszczęśnikiem, którego pożałowała. Poznałem pańską Pelagię i wiem, o czym mówię. Nie będzie chciała i nie będzie potrafiła milczeć. Bardzo żałuję, że jest skazana i że nic jej nie uratuje. Wzniosła się już nad nią karząca prawica. Bardzo boleję nad tą niezwykłą kobietą, a jeszcze bardziej Sergiusz Siergiejewicz, bo zdążył ją pokochać.
Berdyczowski spojrzał przerażony na Dolinina, temu jednak nie drgnął ani jeden mięsień twarzy.
– Razem będziemy jej żałować – zakończył oberprokurator. – I niechaj pociechą dla nas będzie, że połączy się z Panem w Ziemi Świętej.
Zrozpaczony Matwiej Bencjonowicz z trudem powstrzymał jęk. Wiedzą, o wszystkim wiedzą!
– Tak, wiemy – potwierdził Konstanty Pietrowicz, który opanował sztukę przenikania myśli rozmówcy. – Na razie żyje, bo tak trzeba. Wkrótce jednak, i to niedługo, jej zabraknie. Innego wyjścia, niestety, nie ma. Niekiedy ludzie jednomyślni podejmują z bólem i goryczą podobnie trudne decyzje – i nie zawsze chodzi o zwykłą mniszkę, czasami też o ludzi znacznie bardziej zasłużonych.
Berdyczowskiemu przypomniały się pogłoski o nagłej śmierci młodego generała Skobielewa, który jakoby został skazany przez tajną organizację monarchistyczną pod nazwą „Święta Drużyna".
– „Święta Drużyna"...? – wyrzekł niepewnie. Pobiedin skrzywił się.
– My nie mamy nazwy. A „Święta Drużyna" to była dziecinada, głupi pomysł nadwornych karierowiczów. My zaś nie jesteśmy karierowiczami, chociaż każdy z moich pomocników zajmuje odpowiedzialne stanowisko, na którym może przynieść ojczyźnie maksymalny pożytek. Zadbam również o pański los, może pan być pewien, ale chciałbym, żeby przyłączył się pan do nas nie z uwagi na karierę, tylko z przekonania... Tak właśnie. – Oberprokurator popatrzył uważnie na radcę stanu, Berdyczowski zaś aż skulił się pod tym przenikliwym spojrzeniem. – Powiem panu coś, o czym wie jedynie krąg moich najbliższych przyjaciół. Opracowaliśmy plan przedsięwzięć nadzwyczajnych na wypadek, gdyby groźba wybuchu rewolucyjnego stała się realna. Całe nieszczęście polega na tym, że i władze, i społeczeństwo są niefrasobliwe niczym dzieci. Ludzie zwykli lekceważyć zagrożenie, jakie niosą w sobie idee i teorie. Dopóki nie popłynie krew. Ale my otworzymy społeczeństwu oczy! Przejmiemy inicjatywę! Dzisiaj w Rosji wrzód terroryzmu wypalony został żelazem, ale tylko chwilowo. Kiedy nowa fala rewolucyjnych gwałtów stanie się nieunikniona, my ją wyprzedzimy. Sami wprowadzimy terror.
– Będziecie zabijali rewolucjonistów?
– To nie ma sensu. W ten sposób zapewnimy im tylko współczucie. Nie, zabijemy któregoś spośród powszechnie szanowanych dygnitarzy. Jeśli zajdzie potrzeba, nie jednego.
I przedstawimy to jako początek rewolucyjnego terroru.
Wybierzemy dostojnego, szacownego człowieka – takiego, żeby wszyscy się zatrwożyli... Proszę zaczekać, Matwieju Bencjonowiczu, proszę się nie wzdragać. Nie powiedziałem panu jeszcze wszystkiego. Jeśli mało będzie zabójstwa ministra albo generała-gubernatora, wysadzimy dworce, wysadzimy domy mieszkalne. Niesłychana prowokacja, powie pan zapewne. Tak, odpowiem panu. Niesłychana i ohydna. Czy jednak czytał pan Katechizm rewolucyjny Nieczajewa? Nasi wrogowie dopuszczają i prowokację, i okrucieństwo. A zatem i my mamy prawo wykorzystać tę broń. Błagam Boga, aby do tego nie doszło. – Pobiedin przeżegnał się gwałtownie. – Żeby jednak nie uważał mnie pan za piekielne nasienie, powiem panu coś jeszcze... Zanim zaczną się zamachy, zginie jeszcze jeden nader wysoko postawiony dostojnik, którego szanuje i słucha sam monarcha. Niestety, nie słucha wystarczająco uważnie...
– Pan?! – wykrzyknął Berdyczowski.
– Tak. I nie jest to ostatnia ofiara, jaką gotów jestem złożyć dla ludzkości! – zawołał z bólem Konstanty Pietrowicz, a z jego oczu popłynęły łzy. – Bo czym jest poświęcenie życia? Głupstwem! Ja zaś składam w ofierze coś znacznie bardziej cennego – własną nieśmiertelną duszę! Oto najwyższa cena, jaką w razie konieczności winien zapłacić przywódca duchowy gwoli szczęścia ludzkości! Czy sądzi pan, że nie rozumiem, jakie ściągam na siebie przekleństwo? Nie ma służby, wymagającej większej ofiary niż moja. Powiem rzecz obrazoburczą, wręcz straszną: moja ofiara stanie wyżej niż Jezusowa, albowiem On swoją duszę uchronił. Jezus wzywał do kochania bliźniego jak siebie samego, ja zaś kocham bliźnich bardziej niż siebie. Dla nich nie żal mi będzie nawet mojej nieśmiertelnej duszy. To prawda, nakazując zabijanie niewinnych, ale niebezpiecznych dla naszej sprawy ludzi, gubię duszę! Ale przecież to wszystko gwoli miłości, gwoli prawdy, gwoli ludzkości!
Oczy oberprokuratora były skierowane w tej chwili już nie na Berdyczowskiego, ale ku górze – na sufit, pośrodku którego poblyskiwał wspaniały kryształowy żyrandol.
On nie mówi tego do mnie, ale do Pana Boga, zrozumiał Matwiej Bencjonowicz. Zdaje się, wciąż ma nadzieję, że Bóg mu odpuści.
Konstanty Pietrowicz otarł chustką łzy i zwrócił się do Berdyczowskiego – surowo i wymagająco, na „ty":
– Jeśli gotów jesteś iść ze mną tą drogą krzyżową, bierz krzyż na ramiona i chodźmy. Jeśli nie – odejdź, nie przeszkadzaj! Co zatem? Przyłączasz się czy odchodzisz?
– Przyłączam się – cicho, ale pewnie odrzekł Berdyczowski po ledwie dostrzegalnym wahaniu.
Spacer jego ekscelencji
Z siedziby Najświętszego Synodu Matwiej Bencjonowicz wyszedł po godzinie – i już nie jako radca stanu, tylko jako osobistość czwartej, generalskiej rangi. Awans dokonał się z niewiarygodną szybkością i łatwością. Konstanty Pietrowicz zatelefonował do ministra sprawiedliwości, rozmawiał z nim nie dłużej niż trzy minuty, a potem połączył się z Pałacem i konferował z Kimś Takim, że Berdyczowskiemu spociły się dłonie. „Człowiek dla państwa wyjątkowo przydatny, ręczę za niego całkowicie" – oto co powiedziano o nikomu nieznanym zawołżczaninie, i do kogo to powiedziano!