Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Plotki głosiły, że armia Krwawego Kahelle liczy ponad sto tysięcy ludzi i z dnia na dzień rośnie w siłę.
Co zrobi, jeśli buntownicy zechcą uderzyć na stolicę i zmieść Białe Konoweryn z powierzchni ziemi?
Czarne oczy Aweloney Długi Palec wędrowały po jej ekchaarze, ramionach, dłoniach. Bibliotekarka milczała, za co Deana była jej wdzięczna. Nie potrzebowała kolejnej porcji dobrych rad, ponagleń czy żądań.
Na dodatek stracili Ród Trzcin, który jednoznacznie opowiedział się za Obrarem. Teraz musieli jakoś wypełnić tę lukę. Był to zresztą jeden z powodów, dla których powstanie miało tak gwałtowny przebieg i osiągnęło taki sukces: głównym zadaniem Trzcin była do tej pory kontrola nastrojów wśród niewolników, likwidacja potencjalnych prowodyrów, prewencyjne uderzenia w zarzewia buntu. Bez tego Rodu Wojny powstanie szalało niczym pożar w suchym lesie. Na dodatek Trzciny trzymały także swoich agentów w ościennych księstwach, więc po ich odsunięciu Białe Konoweryn stało się ślepe i głuche na to, co działo się poza jego granicami.
To Evikiat podsunął jej pomysł, jak rozwiązać ten problem. Była jeszcze jedna organizacja, która miała kontakty na całym Dalekim Południu. Filie i oddziały połączone w jeden wielki organizm. Działająca od setek lat w dziedzinie wymiany i gromadzenia informacji, oficjalnie niemieszająca się do konfliktów. Jej neutralność była wręcz legendarna, znana i powszechnie szanowana – miejskie plotkarki opowiadały o uczonych w białych szatach, którzy wędrowali po polach bitew w samym środku walki, by sporządzić dokładny opis starcia, i żaden z walczących ich nie niepokoił.
Deana nie wierzyła w takie bajki. Ale rozległe kontakty Wielkiej Biblioteki zainteresowały ją wystarczająco, żeby im się przyjrzeć. Okazało się, że uczeni naprawdę mają swoje przedstawicielstwa w każdym większym mieście Południa. Od małych, zajmujących ledwo jeden czy dwa pokoiki, aż do olbrzymich, liczących tysiące ksiąg i zwojów, znajdujących się w stolicach innych księstw. Do tego Biblioteka nadzorowała wpisy do Ksiąg Krwi, Zwojów Czystości czy Pism Ognia, jak różnie zwano dokumenty opisujące powiązania między poszczególnymi rodami arystokratycznymi i ich wzajemne koligacje. Na ich podstawie ustalano czystość linii krwi pochodzącej od samych awenderi Pana Ognia. Skomplikowane drzewa genealogiczne, sięgające wiele pokoleń wstecz – więzy czasem tak splątane, że bez wglądu w wiele rozrzuconych po całym Południu dokumentów nie dało się ustalić, kto jest z kim i w jakim stopniu spowinowacony. A tym samym nie dało się stwierdzić hierarchii wśród miejscowej szlachty.
Krew „naczyń” Agara była zaś najcenniejszym skarbem tutejszych księstw. Bez niej nie można było wejść do Oka i stanąć przed obliczem boga. A bez informacji przechowywanych przez Bibliotekę nie dało się wybrać odpowiednich dziewcząt do zapłodnienia przez miejscowych książąt, a tym samym dynastia mogłaby upaść.
To wszystko sprawiało, że Wielka Biblioteka dysponowała potęgą, skrytą w cieniu, niewidoczną, lecz groźną niczym jedwabna apaszka, która zaciska się nagle na gardle.
Jeśli któryś arystokrata albo kapłan spróbowałby zadrzeć z uczonymi, dokumenty opisujące jego linię krwi mogły „zaginąć”, czasem na kilka miesięcy, czasem na wiele lat, co wyrzuciłoby daną rodzinę poza nawias społeczności. Nikt nie chciałby się skoligacić ze szlachcicem, którego miejsce w hierarchii mogło się okazać niewiele wyższe niż pozycja wyzwolonego niewolnika.
Biblioteka miała do tego własną sieć gońców, pocztę gołębią, a nawet, jak głosiły plotki, system magicznej łączności między większymi filiami. Pracowały dla niej tysiące ludzi biegłych w posługiwaniu się pismem, zbieraniu informacji i przekazywaniu ich na duże odległości. Do tego ludzie ci znali języki na tyle rzadkie, że idealnie nadawały się do szyfrowania wiadomości. Jak k’issari.
Dziesięć dni zajęło jej złamanie oporu Wielkiej Biblioteki. Dziesięć dni nalegań, próśb, błagań i prób przekupstwa. Raz po raz wzywała do pałacu Kanhissa z Klew, Ponmeriusza Siwego i Poessę Lombrosse. Trójka najważniejszych bibliotekarzy odmawiała pomocy, okazując jej coś między łaskawą wyrozumiałością dla niesfornego dziecka a irytującym lekceważeniem wynikającym z poczucia władzy. Wielka Biblioteka była na tyle ważna, że nawet Świątynia Ognia u szczytu potęgi nie ośmieliła się narzucać jej swojej woli, a ona, barbarzyńska dziewczyna z plemienia północnych dzikusów, chce zamienić jej sługi w swoich szpiegów? Jest co prawda Płomieniem Agara, podkreślali, weszła i wyszła z Oka, nie będąc potomkiem awenderi Pana Ognia, co nie zdarzyło się nigdy w dziejach. Uczeni odnotowali to skrupulatnie w licznych zwojach i księgach, a nawet, w uznaniu wyjątkowości tego zdarzenia, kazali wyryć opis jej czynu na brązowych płytkach przechowywanych w podziemiach głównego budynku, aby zachować wiedzę o tym wydarzeniu na wieki. Ale na tym koniec. Jej władza nie sięga za mury Biblioteki. Jeśli jednak spróbuje użyć przemocy, zniszczeniu lub uszkodzeniu mogą ulec bezcenne Księgi Krwi, co natychmiast obróciłoby przeciw niej całe Południe.
— A co będzie, jeśli niewolnicy wygrają? — zapytała w pewnej chwili gniewnie.
— Biblioteka nigdy nie kupowała niewolnych — odparła Poessa Lombrosse, patrząc na nią z krzywym uśmiechem — a jeśli jakiś został jej podarowany, to po kilku latach uczciwej służby mógł odzyskać wolność. Nie mamy powodu, by obawiać się niewolników. Nie my jesteśmy ich wrogami.
To był ten moment, w którym Deana popatrzyła na bibliotekarzy z najczystszym zdumieniem. Miłośnicy zapisanej wiedzy i ich naiwność. Gdy płonie miasto, ogień nie oszczędza budynków, które twierdzą, że nie są jego wrogami.