Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 210
Перейти на страницу:

Awe­lo­ney błą­dzi­ła na­tar­czy­wym spoj­rze­niem po za­sło­nie na twa­rzy De­any, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

— Kło­po­ty? — po­wtó­rzy­ła py­ta­nie.

De­ana znów wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— U nas po­wia­da­ją: „Uwa­żaj, gdy ko­piesz ka­mień na gór­skiej ścież­ce, mo­żesz wy­wo­łać la­wi­nę”.

Bi­blio­te­kar­ka przy­mknę­ła oczy, po­wta­rza­jąc jej sło­wa szep­tem. Ko­lej­ne przy­sło­wie Is­sa­ram, ko­lej­ny mie­dziak do skarb­ni­cy wie­dzy Wiel­kiej Bi­blio­te­ki.

I ko­lej­na praw­da, któ­ra uwie­ra­ła De­anę od wie­lu dni.

Po­tę­ga, któ­rą dzier­ży­ła w dło­ni jako Pło­mień Aga­ra, Bło­go­sła­wio­na Przez Oko, Pani Żaru, była dzi­wacz­ną mie­sza­ni­ną wła­dzy ab­so­lut­nej oraz bez­u­stan­ne­go ustę­po­wa­nia i pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia się miej­sco­wym zwy­cza­jom. A te oka­za­ły się sto razy bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, niż so­bie wy­obra­ża­ła.

Na przy­kład zdra­dziec­cy ka­pła­ni, któ­rzy jaw­nie po­par­li Ob­ra­ra z Kam­be­hii. Ow­szem, po­zby­ła się ca­łej hie­rar­chii Świą­ty­ni Ognia, w wi­do­wi­sko­wy spo­sób ka­żąc we­pchnąć ich w Oko, a ty­sięcz­ne tłu­my wi­wa­to­wa­ły, gdy prze­ra­że­ni męż­czyź­ni ob­ra­ca­li się w po­piół. Ale to było tym­cza­so­we i jak się oka­za­ło błęd­ne roz­wią­za­nie. Bo – o czym nie wie­dzia­ła, wy­da­jąc wte­dy roz­ka­zy – pust­ka po tych lu­dziach nie dała się za­peł­nić byle kim. Ka­mień Po­pio­łu, Ciem­na Iskra, Lo­do­wy Pło­mień, Miecz Żaru, Dłoń Li­to­ści, Ognik w Mro­ku… Te ty­tu­ły ka­pła­nów Aga­ra mógł przy­znać i usank­cjo­no­wać tyl­ko pierw­szy wśród nich – Dzie­cię Ognia. Czy­li La­we­ne­res, któ­ry na­dal le­żał nie­przy­tom­ny. W re­zul­ta­cie od dwóch mie­się­cy w Świą­ty­ni nie mia­no­wa­no no­wych hie­rar­chów ani nie od­pra­wio­no praw­dzi­we­go na­bo­żeń­stwa, bo po pro­stu nie było komu tego zro­bić. A nie do po­my­śle­nia była sy­tu­acja, gdy naj­święt­sze miej­sce Da­le­kie­go Po­łu­dnia znaj­dzie się pod opie­ką mni­cha z ja­kiejś lo­kal­nej świą­ty­ni.

Tym­cza­sem Świą­ty­nie Aga­ra z in­nych księstw sła­ły do Ko­no­we­ryn tu­zi­ny po­słów, z ofer­ta­mi „po­mo­cy”, „wspar­cia” i „do­radz­twa”. Tak. Ob­ję­cie opie­ką Oka było tym, o czym ma­rzył każ­dy świę­tosz­ko­wa­ty gno­jek na ca­łym Da­le­kim Po­łu­dniu. I oczy­wi­ście co­raz gło­śniej po­wta­rza­no opi­nie, że suk­ce­sy zbun­to­wa­nych nie­wol­ni­ków bio­rą się z tego, że Pan Ognia jest nie­za­do­wo­lo­ny. Zu­peł­nie jak­by nie pa­mię­ta­no, że nie­wol­ni­cza ar­mia od­no­si­ła suk­ce­sy, za­nim ko­no­wer­ska hie­rar­chia spło­nę­ła w Oku.

— Za­mknij oczy.

De­ana na­la­ła so­bie jesz­cze tro­chę wina. Tru­nek był sła­by, roz­cień­czo­ny tak, że nie spo­sób było się nim upić. Bar­dziej ob­le­piał ję­zyk kwa­sko­wa­tą sło­dy­czą niż po­zwa­lał po­czuć choć­by lek­ki szum w gło­wie. To była jed­na z tych rze­czy, któ­re uświa­da­mia­ły jej, że na­wet wła­dza Pło­mie­nia Aga­ra ma swo­je ogra­ni­cze­nia. Va­ra­la nie po­zwa­la­ła jej już pić nic moc­niej­sze­go.

Dla do­bra dziec­ka.

Za­sło­ni­ła twarz.

— Już.

Jej za­ci­śnię­te w pię­ści dło­nie przy­cią­gnę­ły zdu­mio­ne spoj­rze­nie Awe­lo­ney. Nie, nie zdu­mio­ne. Ra­czej peł­ne zro­zu­mie­nia i współ­czu­cia. De­ana sama nie wie­dzia­ła, czy to pod­no­si ją na du­chu, czy iry­tu­je.

— Jak sy­tu­acja w mie­ście?

— Na­pię­ta. Lu­dzie pró­bu­ją sprze­da­wać swo­ich nie­wol­ni­ków, ale… — Bi­blio­te­kar­ka roz­ło­ży­ła ręce w ge­ście bez­rad­no­ści.

— Nie ma kup­ców?

— Nie ma.

Oczy­wi­ście.

Mimo iż w pa­ła­cu wszy­scy uda­wa­li, że Ko­no­we­ryn ma się do­brze, całe księ­stwo chwia­ło się w po­sa­dach. Do cho­le­ry, całe Da­le­kie Po­łu­dnie chwia­ło się w po­sa­dach. Bunt nie­wol­ni­ków wstrzą­snął nim o wie­le bar­dziej, niż moż­na by są­dzić. Plan­ta­cje i ko­pal­nie pło­nę­ły, a bez do­star­cza­nych z nich je­dwa­biu, ba­weł­ny, przy­praw i rud warsz­ta­ty prze­sta­wa­ły pra­co­wać, huty wy­ta­piać me­ta­le, kup­cy nie mie­li zaś czym han­dlo­wać.

Evi­kiat co kil­ka dni przy­no­sił jej wy­kaz ko­lej­nych spu­sto­szo­nych przez bun­tow­ni­ków re­gio­nów z prze­wi­dy­wa­ny­mi stra­ta­mi dla skarb­ca. Skarb­ca, któ­ry jak się oka­za­ło, ma jed­nak swo­je dno, bo nowe po­dat­ki po­kry­wa­ły le­d­wo trze­cią część utra­co­nych do­cho­dów. Nie po­ma­ga­ło i to, że ra­por­tom to­wa­rzy­szy­ły dzie­siąt­ki, a póź­niej set­ki próśb o po­moc, od miast, mia­ste­czek, a na­wet po­je­dyn­czych plan­ta­cji. De­ana od­po­wia­da­ła im za­wsze tak samo – za­mknąć bra­my, ob­sa­dzić mury albo ucie­kać do naj­bliż­sze­go du­że­go mia­sta, któ­re ma jed­no i dru­gie. Nie roz­dzie­li Ro­dów Woj­ny na małe od­dzia­ły uga­nia­ją­ce się za wro­giem, któ­ry za­wsze bę­dzie licz­niej­szy i bar­dziej zde­spe­ro­wa­ny. I umie wal­czyć.

Bi­twa pod Po­mwe była uko­ro­no­wa­niem se­rii ha­nieb­nie prze­gra­nych po­ty­czek, któ­re do­star­cza­ły bun­tow­ni­kom bro­ni i po­zwa­la­ły im się otrza­skać z praw­dzi­wą woj­ną oraz, co naj­gor­sze, pod­no­si­ły ich mo­ra­le. Na do­da­tek ru­chy nie­wol­ni­czej ar­mii, jej li­czeb­ność, pla­ny i cele wciąż po­zo­sta­wa­ły nie­ja­sne. A ona mio­ta­ła się, roz­dar­ta sprzecz­ny­mi uczu­cia­mi. Czy De­ana d’Klle­an, cór­ka me­ekhań­skiej szlach­cian­ki, tak jak ona wy­zna­ją­ca Wiel­ką Mat­kę, ma się przy­czy­nić do rze­zi zbun­to­wa­nych me­ekhań­skich nie­wol­ni­ków, jej bra­ci w wie­rze? Mo­gła być Pło­mie­niem Aga­ra, ale niech Pan Ognia nie li­czy na to, że sta­nie się jego ogni­stym mie­czem, wy­pa­la­ją­cym bunt do ko­rze­ni. Na­wet gdy­by mia­ła dość sił, by tego do­ko­nać.

Po­wsta­nie. By je za­koń­czyć, po­trze­bo­wa­ła ar­mii, bo z ludź­mi po­kro­ju Krwa­we­go Ka­hel­le nie da się ne­go­cjo­wać bez bro­ni w ręku.

A ta ar­mia… Sło­wi­ki i Ba­wo­ły sta­no­wi­ły jej trzon, w tej chwi­li – po stra­tach, ja­kie po­nie­śli w pierw­szych dniach po­wsta­nia i bra­to­bój­czej wal­ce – li­czą­cy nie­ca­łe czter­na­ście ty­się­cy lu­dzi. I to tyl­ko dla­te­go, że do od­dzia­łów wcie­lo­no star­sze rocz­ni­ki Nie­lo­tów i Cie­ląt oraz uzu­peł­nio­no je we­te­ra­na­mi. De­ana wciąż ścią­ga­ła żoł­nie­rzy z ca­łe­go kra­ju w jed­no miej­sce, by nie wy­krwa­wia­li się w bez­sen­sow­nych po­tycz­kach, dzię­ki cze­mu mia­ła te­raz w ręku ja­kąś siłę. Co praw­da bra­ko­wa­ło jej do­świad­czo­nych do­wód­ców, bo więk­szość ze sta­rej ka­dry sie­dzia­ła w lo­chach lub się ukry­wa­ła, lecz młod­si ofi­ce­ro­wie, awan­so­wa­ni cza­sem z dnia na dzień, da­wa­li z sie­bie wszyst­ko. Mo­gło to jed­nak nie wy­star­czyć, bo choć uda­ło im się utrzy­mać dys­cy­pli­nę i spraw­ność od­dzia­łów, to jed­nak nie­licz­ni z nich do­wo­dzi­li kie­dy­kol­wiek gru­pą licz­niej­szą niż stu czy dwu­stu lu­dzi.

Do tej pory zna­la­zła w tej ar­mii tyl­ko dwóch ofi­ce­rów, któ­rych do­świad­cze­niu za­ufa­ła wy­star­cza­ją­co, by wy­róż­nić ich do­wo­dze­niem więk­szy­mi od­dzia­ła­mi.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)