Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Aweloney błądziła natarczywym spojrzeniem po zasłonie na twarzy Deany, najwyraźniej czekając na odpowiedź.
— Kłopoty? — powtórzyła pytanie.
Deana znów wzruszyła ramionami.
— U nas powiadają: „Uważaj, gdy kopiesz kamień na górskiej ścieżce, możesz wywołać lawinę”.
Bibliotekarka przymknęła oczy, powtarzając jej słowa szeptem. Kolejne przysłowie Issaram, kolejny miedziak do skarbnicy wiedzy Wielkiej Biblioteki.
I kolejna prawda, która uwierała Deanę od wielu dni.
Potęga, którą dzierżyła w dłoni jako Płomień Agara, Błogosławiona Przez Oko, Pani Żaru, była dziwaczną mieszaniną władzy absolutnej oraz bezustannego ustępowania i podporządkowywania się miejscowym zwyczajom. A te okazały się sto razy bardziej skomplikowane, niż sobie wyobrażała.
Na przykład zdradzieccy kapłani, którzy jawnie poparli Obrara z Kambehii. Owszem, pozbyła się całej hierarchii Świątyni Ognia, w widowiskowy sposób każąc wepchnąć ich w Oko, a tysięczne tłumy wiwatowały, gdy przerażeni mężczyźni obracali się w popiół. Ale to było tymczasowe i jak się okazało błędne rozwiązanie. Bo – o czym nie wiedziała, wydając wtedy rozkazy – pustka po tych ludziach nie dała się zapełnić byle kim. Kamień Popiołu, Ciemna Iskra, Lodowy Płomień, Miecz Żaru, Dłoń Litości, Ognik w Mroku… Te tytuły kapłanów Agara mógł przyznać i usankcjonować tylko pierwszy wśród nich – Dziecię Ognia. Czyli Laweneres, który nadal leżał nieprzytomny. W rezultacie od dwóch miesięcy w Świątyni nie mianowano nowych hierarchów ani nie odprawiono prawdziwego nabożeństwa, bo po prostu nie było komu tego zrobić. A nie do pomyślenia była sytuacja, gdy najświętsze miejsce Dalekiego Południa znajdzie się pod opieką mnicha z jakiejś lokalnej świątyni.
Tymczasem Świątynie Agara z innych księstw słały do Konoweryn tuziny posłów, z ofertami „pomocy”, „wsparcia” i „doradztwa”. Tak. Objęcie opieką Oka było tym, o czym marzył każdy świętoszkowaty gnojek na całym Dalekim Południu. I oczywiście coraz głośniej powtarzano opinie, że sukcesy zbuntowanych niewolników biorą się z tego, że Pan Ognia jest niezadowolony. Zupełnie jakby nie pamiętano, że niewolnicza armia odnosiła sukcesy, zanim konowerska hierarchia spłonęła w Oku.
— Zamknij oczy.
Deana nalała sobie jeszcze trochę wina. Trunek był słaby, rozcieńczony tak, że nie sposób było się nim upić. Bardziej oblepiał język kwaskowatą słodyczą niż pozwalał poczuć choćby lekki szum w głowie. To była jedna z tych rzeczy, które uświadamiały jej, że nawet władza Płomienia Agara ma swoje ograniczenia. Varala nie pozwalała jej już pić nic mocniejszego.
Dla dobra dziecka.
Zasłoniła twarz.
— Już.
Jej zaciśnięte w pięści dłonie przyciągnęły zdumione spojrzenie Aweloney. Nie, nie zdumione. Raczej pełne zrozumienia i współczucia. Deana sama nie wiedziała, czy to podnosi ją na duchu, czy irytuje.
— Jak sytuacja w mieście?
— Napięta. Ludzie próbują sprzedawać swoich niewolników, ale… — Bibliotekarka rozłożyła ręce w geście bezradności.
— Nie ma kupców?
— Nie ma.
Oczywiście.
Mimo iż w pałacu wszyscy udawali, że Konoweryn ma się dobrze, całe księstwo chwiało się w posadach. Do cholery, całe Dalekie Południe chwiało się w posadach. Bunt niewolników wstrząsnął nim o wiele bardziej, niż można by sądzić. Plantacje i kopalnie płonęły, a bez dostarczanych z nich jedwabiu, bawełny, przypraw i rud warsztaty przestawały pracować, huty wytapiać metale, kupcy nie mieli zaś czym handlować.
Evikiat co kilka dni przynosił jej wykaz kolejnych spustoszonych przez buntowników regionów z przewidywanymi stratami dla skarbca. Skarbca, który jak się okazało, ma jednak swoje dno, bo nowe podatki pokrywały ledwo trzecią część utraconych dochodów. Nie pomagało i to, że raportom towarzyszyły dziesiątki, a później setki próśb o pomoc, od miast, miasteczek, a nawet pojedynczych plantacji. Deana odpowiadała im zawsze tak samo – zamknąć bramy, obsadzić mury albo uciekać do najbliższego dużego miasta, które ma jedno i drugie. Nie rozdzieli Rodów Wojny na małe oddziały uganiające się za wrogiem, który zawsze będzie liczniejszy i bardziej zdesperowany. I umie walczyć.
Bitwa pod Pomwe była ukoronowaniem serii haniebnie przegranych potyczek, które dostarczały buntownikom broni i pozwalały im się otrzaskać z prawdziwą wojną oraz, co najgorsze, podnosiły ich morale. Na dodatek ruchy niewolniczej armii, jej liczebność, plany i cele wciąż pozostawały niejasne. A ona miotała się, rozdarta sprzecznymi uczuciami. Czy Deana d’Kllean, córka meekhańskiej szlachcianki, tak jak ona wyznająca Wielką Matkę, ma się przyczynić do rzezi zbuntowanych meekhańskich niewolników, jej braci w wierze? Mogła być Płomieniem Agara, ale niech Pan Ognia nie liczy na to, że stanie się jego ognistym mieczem, wypalającym bunt do korzeni. Nawet gdyby miała dość sił, by tego dokonać.
Powstanie. By je zakończyć, potrzebowała armii, bo z ludźmi pokroju Krwawego Kahelle nie da się negocjować bez broni w ręku.
A ta armia… Słowiki i Bawoły stanowiły jej trzon, w tej chwili – po stratach, jakie ponieśli w pierwszych dniach powstania i bratobójczej walce – liczący niecałe czternaście tysięcy ludzi. I to tylko dlatego, że do oddziałów wcielono starsze roczniki Nielotów i Cieląt oraz uzupełniono je weteranami. Deana wciąż ściągała żołnierzy z całego kraju w jedno miejsce, by nie wykrwawiali się w bezsensownych potyczkach, dzięki czemu miała teraz w ręku jakąś siłę. Co prawda brakowało jej doświadczonych dowódców, bo większość ze starej kadry siedziała w lochach lub się ukrywała, lecz młodsi oficerowie, awansowani czasem z dnia na dzień, dawali z siebie wszystko. Mogło to jednak nie wystarczyć, bo choć udało im się utrzymać dyscyplinę i sprawność oddziałów, to jednak nieliczni z nich dowodzili kiedykolwiek grupą liczniejszą niż stu czy dwustu ludzi.
Do tej pory znalazła w tej armii tylko dwóch oficerów, których doświadczeniu zaufała wystarczająco, by wyróżnić ich dowodzeniem większymi oddziałami.