Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 210
Перейти на страницу:

Kos­se Olu­wer był naj­star­szym z ofi­ce­rów Ba­wo­łów, któ­rzy prze­trwa­li czyst­kę, a nie wy­lą­do­wał w lo­chu chy­ba tyl­ko dla­te­go, że w cza­sie rze­zi przy Świą­ty­ni i póź­niej­szych walk jego od­dział znaj­do­wał się poza mia­stem. Ten czter­dzie­sto­let­ni tu­ranh do­wo­dził wte­dy ośmio­ma set­ka­mi cięż­kiej pie­cho­ty w Twier­dzy Czte­rech Księstw, w miej­scu, gdzie spo­ty­ka­ły się gra­ni­ce Ko­no­we­ryn, Kam­be­hii, Ge­ghii Pół­noc­ne­go i Wa­he­si. A gdy przy­szedł roz­kaz, że ma po­rzu­cić za­mek i wy­co­fać się do sto­li­cy, zro­bił to, sta­cza­jąc po dro­dze tu­zin po­ty­czek, nie po­zwa­la­jąc się roz­bić ani za­trzy­mać.

I do­tarł do Bia­łe­go Ko­no­we­ryn, przy­pro­wa­dza­jąc ze sobą pięć ty­się­cy uchodź­ców i jesz­cze czte­ry set­ki żoł­nie­rzy ze­bra­nych na trak­tach. Nie­zły wy­czyn, zwa­żyw­szy, że po­wstań­cy już wte­dy po­tra­fi­li znisz­czyć od­dzia­ły dwu­krot­nie licz­niej­sze niż Olu­we­ra.

Ale o tym, że De­ana po­sta­no­wi­ła mu za­ufać, prze­są­dzi­ło to, co zro­bił, nim wy­ru­szył z Twier­dzy Czte­rech Księstw. Po­świę­cił trzy dni, by roz­ko­pać jej fosę, zwa­lić mur ze­wnętrz­ny, znisz­czyć cy­ster­ny z wodą, a resz­tę zam­ku spa­lić. Bez żad­ne­go roz­ka­zu zrów­nał z zie­mią jed­ną z naj­waż­niej­szych twierdz księ­stwa. Na py­ta­nie, dla­cze­go to zro­bił, wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i po­wie­dział: „Je­śli chcesz mnie uka­rać, zrób to, pani, ale Kam­be­hia od lat ma­rzy­ła, by mieć ten za­mek. Przy­naj­mniej nie bę­dzie­my mu­sie­li go zdo­by­wać, gdy skoń­czy­my z bun­tow­ni­ka­mi. Po pro­stu tak było trze­ba”. De­ana uzna­ła wte­dy, że nie może stra­cić ko­goś, kto robi co trze­ba i kie­dy trze­ba, po czym mia­no­wa­ła Kos­se­go do­wód­cą pie­cho­ty. Czy­li af’ge­mi­dem Ba­wo­łów.

Nie ucie­szył się z tego ani nie za­lał łza­mi wdzięcz­no­ści, tyl­ko od­wró­cił na pię­cie i ru­szył do obo­zo­wi­ska pod mia­stem.

Ale od tej pory Ba­wo­ły tre­no­wa­ły dzień i noc. A ich obóz za­mie­nił się w oto­czo­ny dwo­ma rzę­da­mi wa­łów fort, z któ­re­go żoł­nie­rze wy­cho­dzi­li tyl­ko kar­ny­mi od­dzia­ła­mi na mor­der­cze ćwi­cze­nia.

No­wym af’ge­mi­dem Sło­wi­ków zo­stał z ko­lei Wuar Sam­po­re, je­den z żoł­nie­rzy, któ­rzy chro­ni­li De­anę, gdy wy­szła z Oka. Wy­so­ki, o oliw­ko­wej skó­rze, lecz ja­snych oczach i wło­sach – dzie­dzic­twie kil­ku po­ko­leń nie­wol­ni­ków po­cho­dzą­cych z róż­nych stron świa­ta – po­ru­szał się ze swo­bo­dą wo­jow­ni­ka nie tyl­ko szko­lo­ne­go od naj­młod­szych lat do wal­ki, ale ta­kie­go, któ­ry się do tej wal­ki uro­dził. To wła­śnie on jako pierw­szy z ofi­ce­rów Domu Sło­wi­ka zło­żył jej przy­się­gę wier­no­ści i po­pro­wa­dził na­wró­co­nych żoł­nie­rzy do sztur­mu na ahy­rę swo­ich bra­ci, gdzie za­mknę­ła się grup­ka naj­wyż­szych do­wód­ców Rodu, ze sta­rym af’ge­mi­dem na cze­le.

Ża­den ze zdraj­ców nie wy­szedł stam­tąd żywy.

A Sło­wi­ki mia­ły od te­raz no­we­go wo­dza.

De­ana nie lu­bi­ła go, za aro­ganc­ką pew­ność sie­bie i spoj­rze­nia, ja­kie jej rzu­cał, gdy my­ślał, że na nie­go nie pa­trzy. Był w nich głód świe­żo prze­bu­dzo­nej am­bi­cji. Tacy lu­dzie po­tra­fi­li być nie­bez­piecz­ni, gdy uświa­da­mia­li so­bie wła­sną siłę i cu­dzą sła­bość, ale Su­chi i Evi­kiat twier­dzi­li, że nie ma lep­sze­go kan­dy­da­ta na af’ge­mi­da Sło­wi­ków, bo Wuar jest we­te­ra­nem walk z pu­styn­ny­mi ple­mio­na­mi, gdzie do­wo­dził na­wet dwo­ma ty­sią­ca­mi kon­nych na­raz. A ona po­trze­bo­wa­ła do­bre­go do­wód­cy ka­wa­le­rii, zwłasz­cza że – jak do­no­si­li jej szpie­dzy – wła­śnie na kon­ni­cy bun­tow­ni­kom zby­wa­ło.

Przy­naj­mniej obaj płyn­nie mó­wi­li w me­ekhu, co bar­dzo uła­twia­ło ko­mu­ni­ka­cję. Su­ana­ri De­any wciąż nie­ste­ty ku­la­ło.

Szyb­kie od­dzia­ły kon­nych Sło­wi­ków, uzbro­jo­nych w łuki i lan­ce, oraz ka­mien­ne sze­re­gi cięż­ko­zbroj­nych Ba­wo­łów to była po­ło­wa i głów­na siła ko­no­wer­skiej ar­mii. De­ana wie­dzia­ła, że je­śli doj­dzie do bi­twy, bę­dzie mo­gła na nich po­le­gać.

Ale resz­ta… Dru­gą po­ło­wę jej wojsk sta­no­wi­li nu­awa­chi – lek­ka pie­cho­ta, pro­ca­rze, oszczep­ni­cy i łucz­ni­cy, ma­ją­cy za za­da­nie chro­nić przed ata­ka­mi nie­przy­ja­ciel­skich strzel­ców kon­tyn­gent po­nad stu pięć­dzie­się­ciu sło­ni bo­jo­wych. Były tam też od­dzia­ły opła­co­ne przez co bo­gat­sze rody szla­chec­kie i gil­die kup­ców i rze­mieśl­ni­ków, skła­da­ją­ce się z na­jem­nych pie­chu­rów i jeźdź­ców za­cią­ga­nych skąd się dało. Su­chi nie mó­wił o tych żoł­nier­zach ina­czej jak śmier­dzą­ca zbie­ra­ni­na i praw­dę po­wie­dziaw­szy, miał ra­cję. Stop­niem wza­jem­nych nie­chę­ci i de­mon­stra­cyj­nie oka­zy­wa­nej po­gar­dy nie­wie­le róż­ni­li się od pa­ła­co­wych ko­te­rii. Może i na­jem­ni­cy mie­li nie­złe uzbro­je­nie, ale byli też nie­zdy­scy­pli­no­wa­ni, źle wy­szko­le­ni, a co naj­gor­sze, nie ufa­li so­bie na­wza­jem.

Nu­awa­chi za­mknę­li się w ol­brzy­mim obo­zie ra­zem ze sło­nia­mi i od­ma­wia­li na­wet wspól­nych ćwi­czeń. Sło­nie, jak uświa­do­mio­no ją wte­dy bru­tal­nie, są bro­nią po­tęż­ną ni­czym ki­ścień i dla nie­wpraw­ne­go wo­jow­ni­ka rów­nie nie­bez­piecz­ną. Na dwie bi­twy wy­gra­ne dzię­ki nim przy­pa­da jed­na prze­gra­na, spo­wo­do­wa­na tym, że sło­nie wpa­dły w pa­ni­kę i stra­to­wa­ły wła­sne woj­ska. A tyl­ko kil­ka ze zwie­rząt, któ­re szy­ko­wa­no na bi­twę, bra­ło wcze­śniej udział w wal­ce. Więc nu­awa­chi przy­zwy­cza­ja­li je do no­sze­nia zbroi i ostrzy za­kła­da­nych na cio­sy, do ata­ko­wa­nia rzę­dów ma­ne­ki­nów imi­tu­ją­cych nie­przy­ja­ciel­ską pie­cho­tę, do oba­la­nia, miaż­dże­nia i tra­to­wa­nia prze­ciw­ni­ka. Ale ro­bi­li to sami, twier­dząc, że na ra­zie jest za wcze­śnie, by wpro­wa­dzać te ko­lo­sy mię­dzy resz­tę ar­mii.

A na­jem­ni­cy pili, gra­li w ko­ści i pro­wo­ko­wa­li wszyst­kich wo­kół do bó­jek. Bra­ko­wa­ło ofi­ce­rów, któ­rzy uję­li­by tę nie­sfor­ną ban­dę w kar­by. Za­zwy­czaj gdy księ­stwo mo­bi­li­zo­wa­ło się do woj­ny, Trzci­ny, Sło­wi­ki i Ba­wo­ły do­star­cza­ły do­wód­ców dla za­cięż­nych od­dzia­łów. Te­raz nie mie­li już tego kom­for­tu.

No i bra­ko­wa­ło głów­no­do­wo­dzą­ce­go. Zwy­kle to ksią­żę sta­wał na cze­le wojsk i pro­wa­dził je na wro­ga, ale La­we­ne­res… De­ana za­bęb­ni­ła pal­ca­mi po sto­le. Znów La­we­ne­res… Tru­ci­ciel twier­dził, że po­dał mu już wszyst­kie spe­cy­fi­ki, ja­kie znał, by ksią­żę po­wró­cił do świa­ta ży­wych. A przy­naj­mniej przy­tom­nych.

A gdy to mó­wił, miał w oczach nie­me oskar­że­nie…

A ona z taką wła­śnie ar­mią, po­dzie­lo­ną, skon­flik­to­wa­ną i po­zba­wio­ną do­wód­cy mu­sia­ła sta­wić czo­ła zbun­to­wa­nym nie­wol­ni­kom. Po­czy­ni­ła już, za radą Su­chie­go, pew­ne przy­go­to­wa­nia do wy­ru­sze­nia na za­chód, wciąż mo­dląc się do Ba­el­ta’Ma­th­ran, by ni­g­dy do tego nie do­szło. To była woj­na, w któ­rej nie­za­leż­nie czy wy­gra, czy po­nie­sie klę­skę, ubru­dzi swo­ją du­szę tak, że na­wet mi­ło­sier­dzie Wiel­kiej Mat­ki nie wy­star­czy, by ją do­czy­ścić.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)