Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kosse Oluwer był najstarszym z oficerów Bawołów, którzy przetrwali czystkę, a nie wylądował w lochu chyba tylko dlatego, że w czasie rzezi przy Świątyni i późniejszych walk jego oddział znajdował się poza miastem. Ten czterdziestoletni turanh dowodził wtedy ośmioma setkami ciężkiej piechoty w Twierdzy Czterech Księstw, w miejscu, gdzie spotykały się granice Konoweryn, Kambehii, Geghii Północnego i Wahesi. A gdy przyszedł rozkaz, że ma porzucić zamek i wycofać się do stolicy, zrobił to, staczając po drodze tuzin potyczek, nie pozwalając się rozbić ani zatrzymać.
I dotarł do Białego Konoweryn, przyprowadzając ze sobą pięć tysięcy uchodźców i jeszcze cztery setki żołnierzy zebranych na traktach. Niezły wyczyn, zważywszy, że powstańcy już wtedy potrafili zniszczyć oddziały dwukrotnie liczniejsze niż Oluwera.
Ale o tym, że Deana postanowiła mu zaufać, przesądziło to, co zrobił, nim wyruszył z Twierdzy Czterech Księstw. Poświęcił trzy dni, by rozkopać jej fosę, zwalić mur zewnętrzny, zniszczyć cysterny z wodą, a resztę zamku spalić. Bez żadnego rozkazu zrównał z ziemią jedną z najważniejszych twierdz księstwa. Na pytanie, dlaczego to zrobił, wzruszył tylko ramionami i powiedział: „Jeśli chcesz mnie ukarać, zrób to, pani, ale Kambehia od lat marzyła, by mieć ten zamek. Przynajmniej nie będziemy musieli go zdobywać, gdy skończymy z buntownikami. Po prostu tak było trzeba”. Deana uznała wtedy, że nie może stracić kogoś, kto robi co trzeba i kiedy trzeba, po czym mianowała Kossego dowódcą piechoty. Czyli af’gemidem Bawołów.
Nie ucieszył się z tego ani nie zalał łzami wdzięczności, tylko odwrócił na pięcie i ruszył do obozowiska pod miastem.
Ale od tej pory Bawoły trenowały dzień i noc. A ich obóz zamienił się w otoczony dwoma rzędami wałów fort, z którego żołnierze wychodzili tylko karnymi oddziałami na mordercze ćwiczenia.
Nowym af’gemidem Słowików został z kolei Wuar Sampore, jeden z żołnierzy, którzy chronili Deanę, gdy wyszła z Oka. Wysoki, o oliwkowej skórze, lecz jasnych oczach i włosach – dziedzictwie kilku pokoleń niewolników pochodzących z różnych stron świata – poruszał się ze swobodą wojownika nie tylko szkolonego od najmłodszych lat do walki, ale takiego, który się do tej walki urodził. To właśnie on jako pierwszy z oficerów Domu Słowika złożył jej przysięgę wierności i poprowadził nawróconych żołnierzy do szturmu na ahyrę swoich braci, gdzie zamknęła się grupka najwyższych dowódców Rodu, ze starym af’gemidem na czele.
Żaden ze zdrajców nie wyszedł stamtąd żywy.
A Słowiki miały od teraz nowego wodza.
Deana nie lubiła go, za arogancką pewność siebie i spojrzenia, jakie jej rzucał, gdy myślał, że na niego nie patrzy. Był w nich głód świeżo przebudzonej ambicji. Tacy ludzie potrafili być niebezpieczni, gdy uświadamiali sobie własną siłę i cudzą słabość, ale Suchi i Evikiat twierdzili, że nie ma lepszego kandydata na af’gemida Słowików, bo Wuar jest weteranem walk z pustynnymi plemionami, gdzie dowodził nawet dwoma tysiącami konnych naraz. A ona potrzebowała dobrego dowódcy kawalerii, zwłaszcza że – jak donosili jej szpiedzy – właśnie na konnicy buntownikom zbywało.
Przynajmniej obaj płynnie mówili w meekhu, co bardzo ułatwiało komunikację. Suanari Deany wciąż niestety kulało.
Szybkie oddziały konnych Słowików, uzbrojonych w łuki i lance, oraz kamienne szeregi ciężkozbrojnych Bawołów to była połowa i główna siła konowerskiej armii. Deana wiedziała, że jeśli dojdzie do bitwy, będzie mogła na nich polegać.
Ale reszta… Drugą połowę jej wojsk stanowili nuawachi – lekka piechota, procarze, oszczepnicy i łucznicy, mający za zadanie chronić przed atakami nieprzyjacielskich strzelców kontyngent ponad stu pięćdziesięciu słoni bojowych. Były tam też oddziały opłacone przez co bogatsze rody szlacheckie i gildie kupców i rzemieślników, składające się z najemnych piechurów i jeźdźców zaciąganych skąd się dało. Suchi nie mówił o tych żołnierzach inaczej jak śmierdząca zbieranina i prawdę powiedziawszy, miał rację. Stopniem wzajemnych niechęci i demonstracyjnie okazywanej pogardy niewiele różnili się od pałacowych koterii. Może i najemnicy mieli niezłe uzbrojenie, ale byli też niezdyscyplinowani, źle wyszkoleni, a co najgorsze, nie ufali sobie nawzajem.
Nuawachi zamknęli się w olbrzymim obozie razem ze słoniami i odmawiali nawet wspólnych ćwiczeń. Słonie, jak uświadomiono ją wtedy brutalnie, są bronią potężną niczym kiścień i dla niewprawnego wojownika równie niebezpieczną. Na dwie bitwy wygrane dzięki nim przypada jedna przegrana, spowodowana tym, że słonie wpadły w panikę i stratowały własne wojska. A tylko kilka ze zwierząt, które szykowano na bitwę, brało wcześniej udział w walce. Więc nuawachi przyzwyczajali je do noszenia zbroi i ostrzy zakładanych na ciosy, do atakowania rzędów manekinów imitujących nieprzyjacielską piechotę, do obalania, miażdżenia i tratowania przeciwnika. Ale robili to sami, twierdząc, że na razie jest za wcześnie, by wprowadzać te kolosy między resztę armii.
A najemnicy pili, grali w kości i prowokowali wszystkich wokół do bójek. Brakowało oficerów, którzy ujęliby tę niesforną bandę w karby. Zazwyczaj gdy księstwo mobilizowało się do wojny, Trzciny, Słowiki i Bawoły dostarczały dowódców dla zaciężnych oddziałów. Teraz nie mieli już tego komfortu.
No i brakowało głównodowodzącego. Zwykle to książę stawał na czele wojsk i prowadził je na wroga, ale Laweneres… Deana zabębniła palcami po stole. Znów Laweneres… Truciciel twierdził, że podał mu już wszystkie specyfiki, jakie znał, by książę powrócił do świata żywych. A przynajmniej przytomnych.
A gdy to mówił, miał w oczach nieme oskarżenie…
A ona z taką właśnie armią, podzieloną, skonfliktowaną i pozbawioną dowódcy musiała stawić czoła zbuntowanym niewolnikom. Poczyniła już, za radą Suchiego, pewne przygotowania do wyruszenia na zachód, wciąż modląc się do Baelta’Mathran, by nigdy do tego nie doszło. To była wojna, w której niezależnie czy wygra, czy poniesie klęskę, ubrudzi swoją duszę tak, że nawet miłosierdzie Wielkiej Matki nie wystarczy, by ją doczyścić.