Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Lakhara. To coś więcej niż portowa dziwka, ale mniej niż luksusowa utrzymanka. Wiele ich ostatnio odwiedza pałac.
Deana zabębniła palcami po krysztale, nalała sobie lekkiego wina, rozcieńczonego wodą z miodem.
— Zamknij oczy — poleciła.
Bibliotekarka zacisnęła powieki. Deana odchyliła ekchaar, pociągnęła kilka łyków, obserwując uważnie twarz kobiety. To był olumney – rytuał zaufania, na który pozwalała tylko trzem osobom. Varali, Suchiemu i Aweloney. Nikomu więcej, nawet Samiyemu, bo dzieci bywają nierozsądne. Dla Issaram było to coś bardzo intymnego i osobistego. Odsłonię twarz, ufając, że wy zasłonicie zwierciadła swojej duszy i nie spróbujecie skraść mojej. Bibliotekarka nadal wydawała się wstrząśnięta i głęboko przejęta tym zaszczytem.
Deana odstawiła kielich i poprawiła zasłonę na twarzy. Potrzebowała tych kilku chwil, by przyswoić nową wiedzę i przekuć ją na właściwe pytania.
— Już. Dlaczego lakhary zaczęły odwiedzać pałac?
— Bo Dom Kobiet stał się trudno dostępny dla mężczyzn. Poza tym wyzwoliłaś i odprawiłaś wszystkie niewolnice, a to one tradycyjnie zaspokajały żądze sług i strażników w pałacu.
— To ładna nazwa dla gwałtu. I pierwszy z powodów, dla których je odesłałam. Mężczyźni dużo gadają przed i po. Drugi jest taki, że nie ufam nikomu z obrożą na szyi, nawet atłasową. Więc mówisz, że wcześniej kwitły tu, hm, „romanse”?
— Oczywiście. Wiele. Nie tylko niewolnice pracują w pałacu, prawda? Młoda służąca łatwo może stracić głowę dla szlachcica. Albo udawać, że straciła, za kilka ładnych świecidełek i jedwabną suknię. Teraz jednak Varala zamieniła komnaty kobiet w twierdzę. A mężczyźni… ci najbogatsi mają własne nałożnice w pałacu lub poza nim, najubożsi chodzą do miasta albo portu, ale ci średnio zamożni sprowadzają sobie towarzystwo na popołudnia, wieczory i noce. W tym stroju — Aweloney zamachała pstrokatymi rękawami i wypięła demonstracyjnie biust — znacznie mniej rzucam się w oczy niż w bibliotekarskiej bieli. Pałac znów się zaludnił, choć zapewne dobrze o tym wiesz, Deano d’Kllean.
Wiedziała. Pałac zaludnił się zaskakująco szybko, zważywszy, jak niewiele osób towarzyszyło Laweneresowi w jego wędrówce do Oka, gdzie miał zostać zaszlachtowany w parodii pojedynku. Ale, co Deana odkryła wkrótce po powrocie do swoich komnat, nie da się kierować tak wielkim i bogatym księstwem bez armii sług, urzędników, zarządców, szambelanów i koniuszych. Na szczęście jedną z osób, które dochowały wierności upadającej dynastii, okazał się Evikiat, Wielki Kohir dworu. Deana i Suchi dali mu wolną rękę w tych szalonych dniach zaraz po rzezi na świątynnym placu, a on szybko i sprawnie rozkręcił machinę rządów, pozbywając się przy okazji z pałacu wielu swoich wrogów. Ale nowi urzędnicy, których przyjął na miejsce odprawionych, szybko utworzyli niezliczoną rzeszę biurokratów.
Deana westchnęła ciężko, przyciągając uważne spojrzenie siedzącej naprzeciw bibliotekarki.
— Znowu kłopoty?
Pytanie było tak głupie, że tylko wzruszyła ramionami.
Kłopoty? Jej życie nie składało się z kłopotów, tylko z serii nieustannych potyczek. Czasem zwycięskich, lecz najczęściej takich, których wyniku sama nie znała. Codziennie jako Pani Płomieni podpisywała dziesiątki papierów, dekretów i dokumentów, które podsuwał jej Evikiat. Czasem nawet nie wiedziała, co podpisuje, bo sporządzono je w Mowie Ognia, a tego języka nie opanowała jeszcze zbyt dobrze. Ale skoro po księciu była jedyną osobą, która mogła wejść w Oko, jej podpis miał swoją wagę. Nowe prawa – stan wojenny w całym księstwie, zmniejszenie przywilejów rad miejskich, nowe podatki i daniny… Wielki Kohir tłumaczył Deanie z początku, co jej podsuwa i dlaczego trzeba wydać nowe dekrety, ale ostatnio nie miała ani czasu, ani ochoty wysłuchiwać tych wykładów. Po prostu podpisywała.
Ufała draniowi z jednego powodu – wykazał się niezachwianą lojalnością w stosunku do książęcego rodu, a to znaczyło, że póki Laweneres żyje, Evikiat będzie działał dla dobra Konoweryn. Na dodatek jego lojalność w ten pokrętny, miejscowy sposób obejmowała też ją samą i dziecko, które nosiła.
To musiało wystarczyć.
Miała na koncie pewne sukcesy. Pałac działał coraz sprawniej, książęca armia gromadziła się pod miastem, niewolnicy albo uciekli, albo skuci strachem, nie śmieli nawet głośniej oddychać. Poselstwa z sąsiednich krajów zapewniały o lojalności i pełnym poparciu dla Płomienia Agara. Co prawda za zapewnieniami nie szły ani pieniądze, ani wojska do pomocy, ale przynajmniej większość okolicznych władców zdawało się uznawać jej pozycję.
Issarskie wojowniczki, które zatrudniła, codziennie ćwiczyły z dziewczynami z Domu Kobiet podstawy posługiwania się bronią. Oczywiście chodziło o najbanalniejsze rzeczy: jak trzymać szablę, jak brać zamach do cięcia z nadgarstka, a jak z łokcia, i jak nosić broń w sposób, który nie grozi samookaleczeniem. Rash wprowadziła obowiązkową godzinę ćwiczeń rano i dwie wieczorem. A zajęciom tym towarzyszyły ból i krew, łzy i siniaki. Ale też jakaś dzika zawziętość.
Lecz najważniejsze zmiany starsza wojowniczka wprowadziła w samym Domu Kobiet.
Gdy zapoznała się z rozkładem pokoi, altanek i ogródków w tej części pałacu, zaczęła działać. Niektóre przejścia zamknięto na głucho, przy innych postawiono warty, droga do komnat Laweneresa stała się teraz długa, kręta i łatwo było się na niej zgubić. Na dodatek co dwa, trzy dni zmieniano jej przebieg, odblokowując jedne przejścia, a zamykając dotychczasowe. Deana już dwa razy musiała prosić, by ktoś wskazał jej aktualny sposób dotarcia do księcia. Ale nie protestowała ani się nie skarżyła. W końcu po to wynajęła Rash y’Wannu.
Małe sukcesy, drobne zwycięstwa i olbrzymia góra problemów, których rozwiązywanie rodziło kolejne kłopoty.