Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– Czy ktoś wchodził do sekretariatu, zanim skończyłaś i zamknęłaś szafkę na klucz?
– Czy ktoś… Tak, było kilka osób, szukali cię. Nic ważnego, więc nie mówiłam ci o tym przy kolacji, ale zapisywałam nazwiska. – Podeszła do biurka i zajrzała do notatnika. – Jessica Taylor wpadła na chwilę, pytała, czy czegoś jeszcze od niej nie potrzebujesz. Powiedziałam jej, że nie wiem, gdzie jesteś.
– Byłem na dole, z Helderingiem, żeby dopilnować doręczenia notatek. Kto jeszcze przyszedł?
– Był Elwin Alexander i… no jasne, jak mogłam zapomnieć. Jego też zapisałam, spójrz tutaj, Steve. – Pokazała palcem nazwisko u dołu strony: doktor Florian Knight.
– Knight? – zdziwił się Randall.
– Tak, doktor Knight – odparła Angela z wyraźną ulgą. – Dzięki Bogu, teraz się wszystko wyjaśni. Teraz mi uwierzysz. Knight przyszedł, kiedy segregowałam papiery. Chciał się zobaczyć z tobą, powiedział, że obiecałeś dać mu jakieś materiały, żeby wiedział, jakich informacji będziesz od niego potrzebował. Rzeczywiście tak było?
– Tak.
– Knight zobaczył na moim biurku segregatory i powiedział, że może sam w nich znajdzie to, o czym mówiłeś. Pokazał mi swoją przepustkę, taką, jaką mam ja i inni konsultanci, więc nie widziałam powodu, żeby mu odmówić. Przejrzał teczki i stwierdził, że większość materiałów jest chyba jednak u ciebie, ale na razie chciałby pożyczyć ostatnie notatki służbowe, bo dopiero od niedawna jest w zespole. Powiedział, że zwróci to wszystko rano, kiedy przyjdzie do ciebie.
– I zwrócił?
– Najwyraźniej nie – odparła Angela, wskazując bezradnym gestem biurko. – Na pewno ma jeszcze tę twoją notatkę.
– Na pewno jej nie ma – rzekł ponuro Randall. – Ma ją Maertin de Vroome. – Uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Florian Knight, niech to diabli. Powinienem był się domyślić.
– Domyślić? Czego?
– Nieważne.
– Źle zrobiłam, że mu pożyczyłam te papiery?
– To teraz nie ma znaczenia. Nie mogłaś wiedzieć, że źle.
– Ale już rozumiesz, że nie mam nic wspólnego z pastorem de Vroome'em, Steve? Teraz musisz mi uwierzyć. Chodź, pójdziemy do niego razem. Niech potwierdzi w twojej obecności, jak to było, i niech to wszystko wyjaśni się do końca.
– Ja nie potrzebuję żadnych wyjaśnień – stwierdził z goryczą Randall.
Przeklinał się w myśli za swój sentymentalizm. Już w chwili gdy usłyszał od narzeczonej Knighta o jego nienawiści do Jeffriesa i projektu, zdawał sobie sprawę, że nie powinien wciągać na siłę młodego uczonego do zespołu Drugiego Zmartwychwstania. Knight od samego początku był najsłabszym ogniwem i najbardziej ze wszystkich mógł pragnąć zarobku, którego nowa Biblia go pozbawiła. Przypomniał sobie wczorajsze obawy i decyzję, żeby nie posyłać fałszywej notatki Knightowi, w próżnej nadziei, że prawdziwym sabotażystą jest ktoś inny. A jednak był nim doktor Florian Knight. Niech to diabli.
– Pójdziemy do niego, Steve? – zapytała Angela.
– Ty nie musisz – odparł. Próbował się uśmiechnąć. – Angelo, wybacz mi, że ci nie zaufałem. Mogę powiedzieć tylko jedno: kocham cię.
Wtuliła się w jego ramiona, ich usta się spotkały. Kiedy skończyli się całować, powiedziała:
– Kocham cię, kocham cię tak, że nie potrafiłbyś odwzajemnić tej miłości.
– To się jeszcze okaże – rzucił z uśmiechem, wypuszczając ją z objęć. – A wracając do doktora Knighta, to chcę się z nim spotkać w cztery oczy.
Randall zszedł szybko do gabinetu Knighta, lecz sekretarka poinformowała go, że doktora nie ma.
– Dzwonił, że dzisiaj nie przyjdzie – powiedziała.
– A gdzie jest?
– Pracuje w hotelu. Hospice San Luchesio.
– Co takiego?
– Zapiszę panu na kartce. W San Luchesio mieszkają prawie wszyscy nasi teolodzy i duchowni. To dziwne miejsce. Tu jest adres, Waldeck Pyrmontlaan dziewięć.
Randall nie miał czasu na dociekanie, co takiego dziwnego jest w tym hotelu. Wziął kartkę i ruszył do drzwi.
– Czy mam zadzwonić do doktora Knighta, że pan przyjdzie? – zapytała jeszcze sekretarka.
– Nie, nie. Zrobię mu niespodziankę.
Hotel San Luchesio rzeczywiście był dziwny.
Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwyczajny czteropiętrowy budynek mieszkalny, stojący przy szerokiej ulicy. Było to jednak miejsce, o jakim Randall nigdy dotąd nie słyszał – hotel przeznaczony wyłącznie dla protestanckich i katolickich duchownych i zakonnic oraz ich rodzin.
Theo, który wiózł Randalla na konfrontację z Knightem, okazał się kopalnią informacji na ten temat, bo przez ostami rok woził trasą między Krasnapolskym i San Luchesio niezliczonych księży, a także świeckich teologów, którzy otrzymali specjalne pozwolenia.
Hotel, zbudowany w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym, nazwano od imienia świętego, który był pierwszym naśladowcą świętego Franciszka z Asyżu. Były tu trzydzieści cztery pokoje z pięćdziesięcioma łóżkami. Obok holu, jak wyjaśnił Theo, znajdowała się duża sala z wieloma oknami, służąca jednocześnie jako sala modlitwy i jadalnia. Stały tam przestawne siedziska, każde z osobnym stolikiem. Jeżeli gość chciał się modlić lub medytować, odwracał siedzisko ku świętym obrazom na ścianie. W porze posiłków mógł je odwrócić ku środkowi sali i jeść przy swoim stoliku. Hotel miał również własną kaplicę z witrażowym oknem. Wisiały tam dwie sutanny, jedna dla księdza katolickiego, druga dla anglikańskiego pastora. W szafie na środku trzymano naczynia liturgiczne, potrzebne do odprawiania mszy.
Hol budynku zupełnie nie kojarzył się z hotelem, lecz raczej z salonikiem przytulnej i schludnej prywatnej rezydencji. Wokół ścian biegły poziome pasy boazerii, do której umocowano tapicerowane oparcia dla siedzących na stołkach. Wisiało tu wiele obrazów i gobelinów ze scenami biblijnymi, co dawało cudownie barwny efekt. Klasyczny hotel przypominała tylko recepcja, w której rezydowała piersiasta matrona około pięćdziesiątki.
Niezłe miejsce, pomyślał Randall, na spotkanie z wybitnym teologiem i wygarnięcie mu, że jest sukinsynem i przeklętym zdrajcą.
– Chciałbym się widzieć z doktorem Florianem Knightem – zwrócił się do recepcjonistki. – Pracujemy razem.
Tęga matrona sięgnęła po telefon.
– Czy spodziewa się pana? – zapytała.
– Być może – odparł Randall.
– Zadzwonię do pokoju. Pańska godność, jeśli można? Podał nazwisko i przeszedł nerwowym krokiem do drzwi sali jadalno-modlitewnej, a kiedy wrócił do recepcji, kobieta odkładała już słuchawkę.
– Doktor Knight jest u siebie – powiedziała. – Zaczeka na pana przy windzie. Czwarte piętro.
Gdy Randall wysiadł z windy, uczony istotnie stał już na korytarzu. Był tym samym doktorem Knightem, którego Randall widział zaledwie wczoraj, jakby wyjętym z obrazów Beardsleya, a jednak wyglądał jakoś inaczej. Nie był nerwowy, pobudzony i gniewny, lecz dziwnie spokojny i rozluźniony. Wydawał się również głęboko nad czymś zadumany i niemal nieobecny duchem.
Weszli do niewielkiego, skromnie umeblowanego pokoju i Knight zaprosił go, żeby usiadł.
– Zaproponowałbym panu drinka – powiedział tonem mniej wyniosłym niż zazwyczaj, niemal sympatycznym – ale alkohol jest w tym franciszkańskim hotelu surowo zabroniony. Poza tym jest tu bardzo przyjemnie. Poczciwi braciszkowie prowadzą to miejsce tak, jakby dyrektorem był sam święty Franciszek, a że on upodobał sobie rozmowy z ptakami, tutejsza obsługa też świergocze do gości. Wszystko to jest bardzo urocze. – Knight usiadł na brzegu łóżka i mówił dalej: – Przykro mi, że musiał pan sam się do mnie fatygować, panie Randall. Zamierzałem być w Krasie jutro od rana i byłbym do pana dyspozycji. No, ale skoro już pan jest, proszę powiedzieć, o co chodzi. Czy coś się stało?