Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 130
Перейти на страницу:

Skaurus szczerze współczuł osłowi. Marsz w czasie pory deszczowej był syzyfową pracą, tyle że ciężar, który musiał dźwigać trybun, nie staczał się ze szczytu góry, ale rósł z każdym krokiem. Błoto oblepiało jego caligae i za każdym razem, kiedy wyciągał z niego nogę, towarzyszyło temu głośne, protestujące cmoknięcie. Miejscami w ogóle nie mógł podnieść stóp, ale musiał je przesuwać po dnie, pchając przed sobą wstrętną falę błota. Zaczynał zazdrościć swoim więźniom, którzy nie musieli nieść zbroi ani żadnych bagaży.

Choć przez cały dzień z utęsknieniem wyczekiwał chwili, kiedy zatrzymają się na noc, postój okazał się niewiele lepszy od marszu. Obóz musiał być rozbity byle jak, bo nie miał zbyt wielu ludzi do kopania, a zresztą przy tej pogodzie, nic by z tego nie wyszło. Oczywiście, nie dało się rozpalić ognia pod gołym niebem. Rzymianie i ich towarzyszki przygotowali w namiotach żałosne posiłki, ledwo podgrzane nad lampkami oliwnymi czy miskami z olejem.

— Dobrze się czujesz? — zapytał trybun Helvis, kiedy pocierał krzemieniem o stal nad hubką, która nie była tak sucha jak powinna. Klik! Klik! Metal i żółtozielony kamień zdawały się z niego drwić.

Helvis suszyła ręcznikiem włosy.

— Zdrętwiała, zmęczona, przemoczona… poza tym, nie najgorzej — powiedziała, uśmiechając się krzywo.

Kiedy siedziała na ośle, miała na sobie gruby, wełniany płaszcz, teraz odrzucony na bok, ale żółta lniana sukienka, w którą się przebrała, była na tyle wilgotna, że przykleiła się do jej brzucha i nabrzmiałych piersi. Znowu zabrała się do wycierania, tym razem energiczniej.

— Muszę teraz wyglądać jak ten potwór z twojego kraju, ten z wężami na głowie.

— Meduza? — spytał Marek, wciąż zaciekle klikając. — Nie, wcale nie. Kiedy patrzę na ciebie, kamienieję tylko w jednym miejscu.

Helvis prychnęła. Nie zwrócił na to uwagi, pochylając się nisko nad hubką, by rozdmuchać delikatnie maleńką pomarańczową iskierkę, która w końcu się tam pojawiła. Kiedy zamieniła się w płomień, westchnął z ulgą.

— No, zrobione. Teraz możemy zamknąć namiot.

Helvis zasłaniała wejście, a trybun rozpalał lampki. Kiedy zaczął pytać: — Czy dziecko…? — przerwała mu stanowczo.

— Dziecko — oznajmiła — na pewno ma się lepiej niż ja. A czemu nie? Nie jest mu zimno ani nie jest głodne. Tak mnie dzisiaj kopnęło, kiedy zsiadałam z tej zawszonej, kościstej bestii, że myślałam już, że to on — głowa wskazała na Malrika, który z zapałem przewracał i łaskotał Dostiego na posłaniu. Znudzony całodzienną jazdą, musiał teraz wyładować nadmiar energii.

— Nie w błoto! — krzyknęła Helvis i skoczyła do przodu, ale było już za późno.

Potem, kiedy obaj chłopcy wreszcie zasnęli, wzięła dłoń Marka i przyłożyła ją do swojego brzucha. Jej skóra była ciepła i delikatna jak jedwab. Trybun uśmiechnął się, czując nieregularne uderzenia i przesunięcia, kiedy dziecko poruszało się w niej.

— Masz rację — powiedział. — Żywy dzieciak.

Milczała tak długo, iż zaczął się zastanawiać, czy w ogóle go usłyszała. Kiedy w końcu przemówiła, usłyszał w jej głosie przelane łzy.

— Jeśli to będzie chłopiec — powiedziała — nazwiemy go Soteric? Teraz on zamilkł na chwilę, potem dotknął jej policzka.

— Będzie jak zechcesz — odpowiedział, najłagodniej jak potrafił.

— Pamiętam, jak maszerowaliśmy z Videssos do Garsavry niecały tydzień — powiedział Marek do Senpata Sviodo. — Dlaczego w drugą stronę jest o wiele dalej?

— Ach, bo teraz ta ziemia zna cię i kocha, mój przyjacielu — odparł Senpat, wesoły pomimo opłakanego stanu w jakim się znajdował.

Różnokolorowe tasiemki, które zwisały z vaspurakanerskiego kapelusza o trzech szpicach ociekały wodą, kładąc jaskrawe paski na plecach jego płaszcza. Ukochana pandoura Vaspurakanera spoczywała bezpiecznie w skórzanej torbie. Uśmiechając się szelmowsko, kontynuował:

— No, bo gdyby cię nie kochała, dlaczego miałaby cię tak tulić do siebie? Najwyraźniej płacze za tobą i chce, żebyś został tu na zawsze.

— Dobrze ci się śmiać, tam na koniu — burknął Skaurus, ale mimo wszystko z przyjemnością słuchał bredzenia Senpata.

Co do żyznej gleby przybrzeżnej równiny Imperium, gotów był ją teraz oddać Namdalajczykom, Yezda czy nawet demonom Skotosa. W miarę jak zbliżali się do morza, ziemia stawała się coraz bardziej miękka i bagnista. Podróżowanie po niej przy takiej pogodzie, było jak brodzenie w zimnej, rozgotowanej owsiance. Oddział trybuna był chyba jedyny na tej drodze. Wcale się temu nie dziwił — tylko szaleńcy albo desperaci wyruszali w podróż w czasie jesiennych deszczów.

— A do której grupy ty należysz? — zapytał Senpat, kiedy powiedział to głośno.

— Jesteś tu ze mną, więc sam sobie odpowiedz — odparował Marek. Coś innego przyszło mu do głowy: — Zaczynam rozumieć, dlaczego symbolem videssańskiej magnaterii jest parasol.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, osioł Styppesa znowu upadł, wrzucając go do błota. Kapłan podniósł się, spluwając i przeklinając w sposób zupełnie nie przystający jego profesji, a jego broda, twarz i ubranie całe oblepione były szlamem. Osioł już nie wstał — miał złamaną przednią nogę. Ryczał żałośnie kiedy Baili, który znał się na koniach lepiej niż którykolwiek z Rzymian, badał złamaną kość.

— Wątpię czy dasz mi do ręki nóż, więc sam mu poderżnij gardło — powiedział do Marka. Odwracając się do Styppesa, dodał: — A ty, tłuściochu, będziesz musiał teraz podróżować na własnych kopytach.

— Lód Skotosa czeka na ciebie, bezczelny heretyku — warknął Styppes, próbując zetrzeć brud z twarzy, ale tylko go rozmazał. Spojrzenie, jakie rzucił Bailiemu, świadczyło o tym, że nie był zachwycony czekającym go marszem.

Osioł znowu zaryczał, szarpiąc Skaurusowi nerwy. Głośno zapytał:

— Czemu go nie wyleczysz, Styppes?

Videssański kapłan spurpurowiał pod swoją błotnistą maską i wrzasnął:

— Do lodu z tobą pogański ignorancie! Moja sztuka polega na leczeniu ludzi, a nie bydląt. Chcesz, żebym się sprostytuował? Nie mam pojęcia, jak to bezużyteczne stworzenie wygląda w środku i wcale mnie to nie interesuje.

— Szukałem tylko pomocy… — zaczął trybun, ale Styppes, obrażony i oburzony, rozpędził się na dobre i nie dał sobie przerwać. Złorzeczył Markowi za wszystkie większe i mniejsze potknięcia, które zapamiętał od dnia kiedy się poznali, wyciągając sprawy, o których Rzymianin dawno już zdążył zapomnieć.

Cała partia zatrzymała się, by wysłuchać jego tyrady. Dwóch legionistów uklękło w błocie, poprawiając rzemyki swoich caligae. Helvis, jak to często robiła, popędziła osła do przodu, by przez chwilę porozmawiać ze swoim bratem i jego towarzyszami. Rzymianie nie zwracali na nią uwagi, rozumiejąc dlaczego do nich podjeżdżała. Turgot wyciągnął rękę, dotykając jasnych włosów Do-stiego. Pokręcił z bólem głową, kiedy przypomniał sobie o swojej straconej Mavii.

Skaurus pochylił się i skrócił mękę osła. Zwierzę kopnęło raz czy dwa w ziemię i znieruchomiało. Styppes nadal sypał przekleństwami.

— Zamknij się, ty nadęty, próżny głupcze — nie wytrzymał w końcu Drax. — Zachowujesz się jak czteroletni gówniarz, płaczący nad zepsutą zabawką.

Wielki książę nie podniósł nawet głosu, ale błysk zimnej pogardy w jego oczach uciszył Styppesa, który otwierali zamykał usta jak wyjęta z wody ryba. Drax ukłonił się lekko Markowi.

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)