Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 130
Перейти на страницу:

Apokavkos zasalutował i wybiegł z biura gubernatora prowincji. Krople deszczu bębniły o szybę za plecami trybuna.

Posłaniec wszedł do środka kilka minut później. Pomimo podróżnego, skórzanego kapelusza z szerokim rondem, jego włosy i broda były kompletnie przemoczone. Błoto niemal całkiem pokrywało wysokie do kolan buty. Śmierdział mokrym koniem.

— Paskudna pogoda — zauważył Marek ze współczuciem. — Może trochę gorącego wina? Gdy mężczyzna przytaknął z wdzięcznością, Rzymianin zapalił świeczką olej z oliwek, którym wypełniony był niewielki palnik ustawiony na rogu stołu. Postawił na nim miedziany dzbanek z winem, owinął dłoń kawałkiem szmatki i kiedy było już gorące, ściągnął z płomienia i rozlał wino do kielichów.

Wysłannik Imperatora trzymał puchar przy twarzy, wdychając głęboko aromatyczną parę. Wypił wszystko jednym haustem, by napełnić żołądek czymś gorącym.

— Nalej sobie jeszcze — powiedział Marek, popijając swoje wino. — Teraz będziesz mógł już spokojnie się napić.

— Serdeczne dzięki. Jeśli pozwolisz, wezmę na chwilę tę szmatkę. O, dzięki raz jeszcze. — Vi-dessańczyk nalał i znowu zaczął, tym razem o wiele wolniej. — Taak? Teraz lepiej. Szkoda tylko, że mój biedny koń nie może zrobić tego samego.

Skaurus poczekał, aż kurier odstawi pusty kielich, po czym zapytał:

— Masz coś dla mnie?

— W rzeczy samej. — Mężczyzna podał mu tulejkę z nasączonego olejem jedwabiu, zamkniętą z obu stron drewnianymi korkami i zalakowaną pieczęcią Imperatora. — Wodoszczelny, rozumiesz?

— Tak.

Marek złamał pieczęć i rozwinął pergamin, który był w środku. Rozłożył go na wypolerowanym marmurowym blacie i by nie się nie zwijał, przyłożył z jednej strony kielichem, a z drugiej rogiem liczydła.

Skaurus od razu rozpoznał wyraźne, zdradzające siłę charakteru pismo Imperatora. Styl listu także był typowy dla Gavrasa — prosty i bezpośredni, zupełnie różny od okraszonych retorycznymi zawijasami wywodów Draxa.

„Thorisin Gavras, Autokrator, do swojego kapitana, Marka Emiliusz Skaurusa. Pozdrawiam cię. Dzięki nieskończonej głupocie jakiegoś gryzipiórka, twój ostatni list nie opuścił miasta i czekał na mój powrót, więc mam go w rękach dopiero teraz. Mogę ci tylko powiedzieć — dobra robota. Przysłużyłeś mi się lepiej, niż mogłem oczekiwać. Wysłałem część twoich namdalajskich więźniów, żeby nacieszyli się zimą w garnizonie na Astris, a resztę wymienię za moich ludzi pojmanych przez tych bandytów. To zajmie nieco czasu, bo zepchnąłem ich z kontynentu na Opsikon i nieźle ich przetrzepałem, choć piraci i tak napadają jeszcze na nasze wybrzeże. Kiedy tylko będę mógł, wyślę Garsavranom złoto, które od nich pożyczyłeś — mam nadzieję, że wziąłeś jakieś kwity”. Trybun uśmiechnął się przy tej szelmowskiej aluzji do jego krótkiej biurokratycznej kariery. Czytał dalej: „Przywieź tu Draxa i innych przywódców buntu jak najszybciej i weź z sobą tylko tylu ludzi, ilu trzeba, żeby ich upilnować — nie osłabiaj załogi w Garsavrze bardziej niż musisz. Oddział z jeńcami poprowadź sam, żebym mógł cię odpowiednio wynagrodzić — twój zastępca jest wystarczająco sprytny, żeby poradzić sobie bez ciebie. Napisano w mieście Videssos, dziewiętnastego dnia jesieni”.

Marek policzył szybko i spojrzał na posłańca.

— Sześć dni, tak? Niezły czas w taką pluchę.

— Dziękuję, panie. Czy będzie jakaś odpowiedź?

— Nie, nie ma sensu. Będziesz w stolicy tylko kilka dni wcześniej niż ja. Powiedz Jego Wysokości, że wykonam rozkazy. To powinno wystarczyć.

— Dobrze, zrobię to. Czy mógłbym cię prosić o jakieś suche ubranie?

— Tak, to nie powinna być trudna służba — powiedział Gajusz Filipus. — Yezda nie będą się specjalnie ruszać w taką pogodę, chyba że nauczą te swoje koniki pływać. — Sardoniczny uśmiech rozjaśnił jego twarz. — A skoro o tym mowa, będziesz miał wesołą podróż przez to bagno, co?

— Nawet mi o tym nie przypominaj — odparł Marek.

Tęsknił za dobrą rzymską drogą; szeroką, zabezpieczoną na poboczach, tak by nie dostał się na nią śnieg i błoto, porządnie wybrukowaną płaskimi, kwadratowymi kamieniami osadzonymi na betonie. Każdej jesieni i wiosny, kiedy zaczynały się ulewne deszcze, błotniste drogi Videssos zamieniały się w głębokie trzęsawiska. To, że prościej było przejechać po nich konno niż wybrukować, nie przemawiało wcale do trybuna i nie zmieniało faktu, że na kilka miesięcy w roku stawały się bezużyteczne.

— Dwa tuziny wystarczą? — spytał starszy centurion.

— Do pilnowania czterech ludzi? No, niechby nie wystarczyły. A z kobietami, dziećmi i całym tym majdanem, będziemy wyglądali na dostatecznie silnych, żeby odstraszyć bandytów. Zresztą, oni też muszą się taplać po pachy w tej brei. Poza tym mam rozkazy, a Thorisin się nie myli — to ty będziesz potrzebował żołnierzy bardziej ode mnie. Przepraszam, że zabieram ci Blesusa.

— Nie ma za co przepraszać. Większość twoich ludzi jest z jego manipułu, więc on ich najlepiej zna. A jak go nie będzie — kontynuował Gajusz Filipus, praktyczny jak zawsze — będę mógł na chwilę awansować Minucjusza. Na pewno sobie poradzi.

— Masz rację. Ten chłopak nadaje się na centuriona. — Skaurus uśmiechnął się do weterana. — Ty też na chwilę awansujesz.

— Taak, rzeczywiście. Nie pomyślałem o tym wcześniej, ale będę pamiętał, kiedy przyjdzie do wypłaty, obiecuję.

— A niech cię! — roześmiał się trybun.

Deszcz lał grubymi strugami, ściągany niemal do poziomu przez wściekły północny wiatr. Dlatego też, kiedy mała procesja z namdalajskimi jeńcami opuszczała Garsavrę, tylko kilku mieszczan przyszło na nich popatrzeć. Senpat i Nevrata Sviodo jechali przed głównym oddziałem legionistów jako zwiadowcy. W środku natomiast szli czterej wyspiarze, którzy na rozkaz Skaurusa wciąż mieli zasłonięte oczy. Za nimi kroczyły muły i osły z bagażami rodzin legionistów, a Juniusz Blesus prowadził tylną straż złożoną z pięciu żołnierzy.

Legioniści przechodzili właśnie obok cmentarza na przedmieściach Garsavry, kiedy trybun obejrzał się do tyłu i dojrzał za ścianą deszczu niewyraźną sylwetkę samotnego jeźdźca podążającego ich tropem.

— Kto to jest? — zawołał do Blesusa.

Wyjący wiatr poniósł ze sobą odpowiedź młodszego centuriona. Po raz setny wycierając twarz, Marek zaczerpnął powietrza, by krzyknąć jeszcze raz.

Zanim zdążył to zrobić, głośno chlupocząc podjechał do niego Styppes. Siedział okrakiem na małym, chudym ośle o nieszczęśliwym pysku, który z trudem unosił wielki brzuch kapłana. Deszcz przemoczył niebieskie szaty Videssańczyka, tak iż teraz wyglądały niemal na czarne. Spoglądając z góry na idącego piechotą Skaurusa, oznajmił:

— Będę ci towarzyszył w drodze do stolicy. Za długo byłem już poza moim klasztorem, a w Garsavrze są doskonali fachowcy, którzy uleczą twoich żołnierzy w razie potrzeby.

Jak już nieraz się to zdarzało, jego apodyktyczny ton rozdrażnił trybuna.

— Proszę bardzo — powiedział krótko, ale w gruncie rzeczy nie żałował, że ma ze sobą Styppe-sa — nie teraz, kiedy jadąca sto stóp za nim Helvis zaczynała właśnie siódmy miesiąc ciąży. Starał się przekonać ją, by została w Garsavrze, ale kiedy odmówiła, poddał się. W końcu — pomyślał — najprawdopodobniej nie zobaczy już więcej swojego brata.

Osioł Styppesa wszedł do wyjątkowo głębokiej koleiny wypełnionej błotem — wyjeżdżono ją kiedy droga była sucha — i omal nie upadł. Kapłan szarpnął ostro cuglami. Zwierzę wróciło do równowagi, ale spojrzało na niego z wyrzutem.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)