Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Szwarcwald pliocenu był czymś całkowicie odmiennym.
Zanim erozja małych lodowców pleistocenu zdarła pokrywę łańcucha górskiego, był znacznie wyższy oraz ponury. Naprzeciw doliny tektonicznej Proto-Renu znajdowała się skarpa, wznosząca się ostro prawie półtora kilometra w górę, tylko miejscami poprzecinana wąskimi wąwozami wyrytymi przez płynące z gór potoki. Piesi wędrowcy zbliżający się do Czarnego Lasu od strony rzeki musieli się wspinać jedną z tych szczelin, podążać stromymi ścieżkami zwierzyny oraz wdrapywać się na wielkie bloki granitu osłonięte bujną roślinnością i nawet w suchej porze roku wilgotne od mgieł unoszących się znad łańcuchów wodospadów. Pełnosprawni wędrujący Firvulagowie weszli na skarpę w ciągu ośmiu godzin. Madame Guderian i jej okaleczonemu oddziałowi zabrało to trzy dni.
Ponad skrajem wschodniego zrębu łańcucha wyrastał właściwy Czarny Las. Od strony rzeki, gdzie wzdłuż łęku wiały silne wiatry z Alp, świerki i jodły rosły powykrzywiane w fantastyczne kształty. Niektóre pnie przypominały skręcone ciała smoków lub wijących się brązowych pytonów, a nawet człekokształtnych gigantów na zawsze zastygłych w agonii, z górnymi kończynami splecionymi jakby w dach o dwadzieścia czy nawet trzydzieści metrów nad ziemią.
Dalej ku wschodowi ten Wykrzywiony Las łagodniał w formach i prostował się. Południowy Szwarcwald wznosił się stromo w kierunku wieńczącego go grzbietu z trzema szczytami wysokości ponad dwóch tysięcy metrów. Zbocza zachodnie były pokryte drzewami iglastymi osiągającymi niesłychaną wysokość. Siedemdziesięciometrowe białe jodły i świerki norweskie rosły tu tak gęsto, że gdy jedno z drzew umierało, nie było miejsca, na które mogłoby upaść; wspierało się więc o sąsiadów tak długo, aż zgniło i rozpadło się. W baldachimie lasu rzadko trafiały się prześwity umożliwiające Ryszardowi wyznaczanie trasy według słońca lub Gwiazdy Polarnej. Wyraźnie zaznaczonego szlaku nie było, więc eks-kosmonauta musiał go sam określać posuwając się z trudem od punktu do punktu orientacyjnego, nie widząc dalej niż na piętnaście, dwadzieścia metrów, tak gęsto rosły drzewa.
Do najniższej warstwy tego wiecznie zielonego obszaru dochodziło bardzo mało światła słonecznego. Panował tu posępny błękitnawy półmrok nie pozwalający rosnąć niskm roślinom zielonym, a tylko saprofitom żywiącym się szczątkami wielkich drzew. Na zgniliznie tuczyły się też zdegenerowane rośliny o bladych łodygach i chwiejących się na nich widmowych kwiatach w kolorach sinawej bieli, brązu czy nakrapianej żółcieni. Wśród pożeraczy trupów prym wiodły śluzówce i grzyby. Pięciorgu ludziom wędrującym przez plioceński Czarny Las zdawało się, że to one, a nie wyniosłe konifery, są dominującą formą życia.
Były to drgające płachty pomarańczowej, białej lub mgliście przeświecającej galerety, pełznące powoli jak gigantyczne ameby po uginającej się warstwie igieł i gnijącego drewna. Były grzyby nadrzewne, od delikatnie różowych jak uszy dziecka do sztywnych gigantów wystających z pni«, drzewnych jak stopnie schodów, zdolne do utrzymania ciężaru człowieka. Były gąbczaste masy cętkowane czarno i biało, które rozciągały się na obszarze wielu metrów kwadratowych leśnej gleby, jakby zakrywały coś niewypowiedzianie ohydnego. Były powiewające włókna, jasnobłękitne, kremowe i szkarłatne, zwieszające się z gnijących gałęzi jak podarte koronki. Rosły też purchawki, jedne dwuipółmetrowej średnicy, inne nie większe niż perły naszyjnika.
Osobniki jakiegoś grzybowego gatunku okrywały rozkładające się kształty kruchymi łuskami przypominającymi zabarwione ziarna pękającej kukurydzy. Były wstrętne twory podobne do zrakowaciałych członków, wdzięczne szeregi wzniesionych w górę wachlarzy, fałszywe połcie surowego mięsa, ładne błyszczące kształty jak czarne gwiazdy, ociekające materią chore purpurowe fallusy, czarodziejskie odwrócone parasole, włochate kiełbasy oraz grzyby kapeluszowe i muchomory w niezliczonych odmianach.
W nocy wszystko fosforyzowało.
Przejście przez Grzybowy Las zabrało idącym osiem dni. W tym czasie nie widzieli zwierzęcia większego od owada, ale bezustannie im się zdawało, że tuż poza ich polem widzenia czatują niewidoczni obserwatorzy. Madame Guderian nie przestawała zapewniać współtowarzyszy, że pomimo złowieszczego wyglądu, teren jest zupełnie bezpieczny. W grzybowym królestwie życia wśród śmierci nie było pożywienia dla drapieżników, a jeszcze mniej dla Firvulagow, znanych powszechnie jako smakosze. Ściśle splecione górne gałęzie uniemożliwiały Latającemu Polowaniu dostrzeżenie pod nimi kogokolwiek. Inne oddziały zwiadowcze Motłochu, które penetrowały podobne lasy w górach dalej ku północy, doniosły, że są one zupełnie puste, z wyjątkiem drzew, dominujących grzybów i ich pasożytów.
Ale uczucie zagrożenia trwało nadal.
Podczas marszu po strasznym lesie cierpieli i narzekali brnąc po miękkim gruncie skrywającym podstępne dziury — w każdej chwili można było zwichnąć nogę w kostce. Ryszard oświadczył, że się dusi od unoszących się w powietrzu zarodników. Marta najpierw prześladowała Madame meldunkami, że coś czai się wśród gigantycznych muchomorów, a następnie, uczyniwszy to o jeden raz za dużo, zamknęła się w bezsilnym milczeniu. Klaudiusz nabawił się ostrej pokrzywki, pełznącej po jego ciele od dołu aż po pachy. Nawet Felicja miała podczas tej nie kończącej się wędrówki ochotę wrzeszczeć; była przekonana, że coś rośnie w jej uszach.
Gdy wreszcie wydostali się z Grzybowego Lasu, wszyscy, nawet Madame, zaczęli krzyczeć z ulgi. Weszli na jaskrawo oświetloną łąkę alpejską, ciągnącą się na północ i południe wzdłuż zbocza falistego grzbietu górskiego. Z urwiska po lewej stronie samotnie wyrastał nagi, skalisty pagórek, na prawo dwie dalsze jałowe kopuły. Przed wędrowcami i dalej na zachód leżał zaokrąglony wierzchołek Feldbergu.
— Niebieskie niebo! — zawołała Marta. — Zielona trawa! — Nie zważając na swoją słabość zaczęła skakać po kwiecistej hali, a następnie wdrapała się na szczyt wschodniego grzbietu. — Tam w dole jest jeziorko, nie dalej niż o pół kilosa! — zawołała znowu. — I śliczne normalne drzewa! Idę się kąpać, szorować i wylegiwać na słońcu, aż usmażę się na skwarek! I do końca życia nie chcę widzieć już żadnego grzyba!
— Podpisuję się pod tym kochanie! — zgodził się Ryszard podążający tuż za nią. — Nawet trufli.
Zeszli do pięknego stawu górskiego z lodowatą w głębi wodą, lecz nagrzaną słońcem w płytszych zagłębieniach wokół kamienistego brzegu i oddali się luksusowi kąpieli. Brudną skórzaną odzież pozostawili w malutkim strumyczku wypływającym ze stawu w stronę wschodniej doliny, by się namoczyła.
Wrzeszcząc jak dzjeci zaczęli się pluskać, nurkować i kotłować w wodzie.
Nigdy jeszcze od chwili przybycia do pliocenu Ryszard nie był tak szczęśliwy. Najpierw przepłynął na drugi brzeg jeziorka i z powrotem. (Miało ledwie pięćdziesiąt metrów średnicy. ) Następnie znalazł płytkie zagłębienie z wodą nagrzaną dokładnie do właściwej temperatury i unosił się na niej z zamkniętymi oczami. Słońce przeświecało mu czerwono przez powieki. Ciemny piasek, błyszczący jak mika, wyścielał maleńki stawek. Ryszard nabierał go pełnymi rękami i nacierał nim sobie całe ciało, nawet głowę. A później ostatni raz rzucił się do jeziorka i wyszedł na suchą płytę granitową, by wyschnąć.