Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Ćwiczy w swojej kabinie. Już go nawet nie podglądam na monitorze, to zbyt okropny widok.
— No dobra — powiedział John. — Zobaczę, co da się zrobić.
Nie było odpowiedzi na pierwsze pukanie, więc John załomotał pięścią.
— Co jest, do cholery? — ryknął Emilio, nie otwierając drzwi.
— To ja… John. Wpuść mnie, dobrze?
— Chwila ciszy, a potem chrobot przy klamce.
— Jasna cholera — zaklął ponownie Sandoz. — Otwórz sobie sam.
John otworzył drzwi. Sandoz stał z osłoną VR [virtual reality — rzeczywistość wirtualna.] podsuniętą wysoko na czoło jak konkwistador w hełmie.
John załamał się na jego widok. Pełne uzbrojenie! Rękawice VR na protezach, skóra wokół oczu zaczerwieniona od długiego wysiłku.
— Na miłość boską, Emilio — wybuchnął John, zapominając o grzeczności — przecież to głupota…
— Żadna głupota! — warknął Emilio. — Co, Frans cię tutaj przysłał? Mało mnie obchodzi, co on sobie myśli. Muszę się tego nauczyć! Gdybym tylko nie miał tego gówna na rękach…
— Ale masz to gówno na rękach, ja nie jestem w stanie naprawić lewej protezy, a pilotowanie promem jest trochę trudniejsze od symulacji wirtualnej…
— Muszę się tego nauczyć — przerwał mu Emilio cichym, ale jadowitym głosem — bo nie chcę, by mój powrót z tej cholernej planety zależał od kogokolwiek. Rozumiesz?
John zamrugał oczami.
— W porządku — powiedział w końcu. — Zrozumiałem.
— Wielkie dzięki — mruknął sarkastycznie Emilio. — Może sobie przypominasz, że jak poprzednio byłem na Rakhacie, kawaleria trochę się spóźniła z ratunkiem.
John pokiwał głową, ale wciąż miał nadzieję go przekonać.
— Wyglądasz okropnie — powiedział, postanawiając walczyć dalej. — Nie przyszło ci do głowy, że jak trochę odpoczniesz, to pójdzie ci lepiej? Kiedy ty w ogóle śpisz?
— Jak nie śpię, to nie mam snów — odpowiedział mu Emilio z przesadną uprzejmością i zamknął drzwi, zostawiając Johna samego w korytarzu, spoglądającego w metalową powierzchnię.
— Odpocznij trochę, do cholery! — ryknął John.
— Idź do diabła! — odkrzyknął mu Emilio.
John westchnął i odszedł, kręcąc głową i mówiąc do samego siebie.
Po odstawieniu quella Sandoz złamał jezuicki monopol na znajomość obu rakhatańskich języków, upierając się, by Carlo, Frans i Nico nauczyli się podstaw ruanja i k’ sanu, choć Frans miał pozostać na statku podczas ich pobytu na planecie. Wkrótce zażądał, by wszyscy zaczęli pracować razem, przechodząc coraz trudniejsze kursy. Dzień po dniu, noc po nocy kazał im tłumaczyć to, co mówił w ruanja lub k’sanie, zarzucając ich pytaniami i krytykując ich odpowiedzi w różnych warstwach znaczeniowych: gramatycznej, logicznej, psychologicznej, filozoficznej i teologicznej.
— Bądźcie przygotowani na pomyłki — powtarzał im. — Bądźcie pewni, że jeśli napotkacie coś prostego lub oczywistego, prawie na pewno się omylicie. My myliliśmy się najczęściej w sprawach, które uważaliśmy za zrozumiałe, bo wspólne nam i im: dotyczących seksu, jedzenia, muzyki, stosunków rodzinnych.
Robił im ćwiczenia o północy, symulując różne sytuacje w różnych warunkach geograficznych i meteorologicznych, w tym lądowanie i ewakuację zdalnie sterowanym promem z dwu różnych miejsc. Pozwalał im na dwie lub trzy godziny snu, a potem znowu budził ich sygnałami alarmu, bombardując pytaniami w języku k’san lub ruanja, kim są, po co przyjechali, czego chcą, rozkładając ich odpowiedzi na czynniki pierwsze, ujawniając słabości, martwe punkty, uprzedzenia i zwykłą głupotę. Nie pozostawiał na nich suchej nitki, traktował ich brutalnie i obraźliwie, a kiedy Sean ośmielił się zaprotestować, zmieszał go z błotem i upokorzył, doprowadzając do łez.
Kiedy inni, po jakimś wyczerpującym ćwiczeniu lub przesłuchaniu, padali na koje i zasypiali kamiennym snem, sam Sandoz robiłjeszcze parę kilometrów na mechanicznej bieżni. Bez względu na to, jak wyczerpujący był program ćwiczeń dla całej reszty, musieli przyznać, że sobie wyznaczał jeszcze trudniejsze cele, mimo że był najmniejszy i prawie o dwadzieścia lat starszy od najmłodszego z nich.
Nie siadał nawet wtedy, kiedy jadł. Lecz nocne koszmary nękały go nadal.
— Sandoz! — krzyknął Carlo, potrząsając nim.
Nie było żadnej reakcji, więc potrząsnął nim jeszcze mocniej, aż podsinione oczy otworzyły się, a źrenice skupiły na nim.
— Jesus! — krzyknął Sandoz, szarpiąc się gwałtownie do tyłu. — Dejame…
Carlo puścił jego ramiona, pozwalając, by osunął się na przegrodę.
— Zapewniam cię, don Emilio, że moje intencje były całkowicie zgodne z nakazami honoru — oświadczył przesadnie uprzejmym tonem, siadając na końcu koi. — Znowu krzyczałeś.
Wciąż ciężko oddychając, Sandoz rozejrzał się nieprzytomnie, próbując zebrać myśli.
— Pieprz się — powiedział po chwili.
— To jest myśl — odrzekł Carlo, przymykając oczy, jakby się zastanawiał. — Jak wiesz, wszechstronność może być zaletą.
— Sandoz wytrzeszczył na niego oczy. — To nie musi boleć.
— Jeśli się zbliżysz — ostrzegł go Sandoz znużonym głosem — znajdę sposób, by cię zabić.
— To była tylko luźna sugestia — odpowiedział Carlo spokojnie. Wstał i podszedł do biurka, na którym uprzednio położył dozownik do wstrzykiwania leków. — Skoro rezygnujemy z ciekawszej drogi wiodącej do ulgi i odpoczynku, co sobie zafundujemy tej nocy? Szybkie zapomnienie, mam nadzieję. Może powinienem kazać Nicowi przenieść bieżnię do przedziału dla chorych, żeby reszta nas nie musiała wysłuchiwać tych łomotów przez całą noc. — Wziął dozownik i odwrócił się, unosząc brwi.
— Notabene, przestajesz na to reagować. W ciągu ostatnich dwu tygodni podwoiłem dawkę.
Sandoz, który najwidoczniej był przedtem zbyt zmęczony, by się rozebrać przed padnięciem na koję, wyskoczył z niej, założył protezy i wypadł z kabiny, ocierając się w drzwiach o Nica, który zawsze wstawał, gdy robił to don Carlo.
— A więc jednak bieżnia — mruknął Carlo. Westchnął, czekając na bezlitosne dudnienie stóp. Z jego tempa wywnioskował, że Sandoz zamierza przebiec dziesięć kilometrów w ciągu trzydziestu siedmiu minut. Sandoz mógł mieć nadzieję, że padnie z wyczerpania, ale w ten sposób spędzał sen z powiek reszcie załogi.
Carlo postanowił z tym skończyć. Poszedł do małej salki gimnastycznej i stanął przed bieżnią, zakładając ręce z tyłu i przekrzywiając głowę.
— Sandoz — powiedział po dłuższej chwili milczącego kontemplowania widoku — zdążyłem się zorientować, że przejąłeś dowództwo nad statkiem. Ta sytuacja mi odpowiada, chociaż, szczerze mówiąc, uważam, że twojemu stylowi dowodzenia brakuje finezji. — Napotkał rozbawione spojrzenie czarnych oczu; Sandoz już odzyskał kontrolę nad sobą i łaskawie pozwalał na takie zaczepki. — Z początku myślałem sobie, że to coś w rodzaju zemsty… Facet mówi sobie: Teraz ja wam pokażę. Później pomyślałem: To jest eksjezuita, który przez całe życie wykonywał czyjeś rozkazy. Teraz je wydaje. Upaja się władzą. Teraz jednak…
— Mam ci powiedzieć, dlaczego pozwoliłeś mi przejąć dowodzenie? — przerwał mu Sandoz. — Twój ojciec nie mylił się co do ciebie, Cio-Cio-San. Gdybyś cokolwiek zrobił do końca, można by to ocenić i stwierdzić, że nawaliłeś. Szukasz więc pretekstu, żeby się wycofać, okłamując sam siebie wizją renesansowego księcia. Zabierasz się za coś innego, zanim zademonstrujesz swój brak kompetencji. Mój zamach stanu bardzo ci odpowiada, bo teraz masz już kogoś, kogo by można winić za niepowodzenie wyprawy.