Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 135
Перейти на страницу:

– Adres został odnaleziony. Podać na taśmie?

Skinąłem głową, nie słuchając już operatora. Przypomniałem sobie rozmowę z Lansem, jeszcze zanim do załogi „Terry” dołączyli Redrak i Dańka, gdy włóczyliśmy się po galaktyce w poszukiwaniu śladów Ziemi.

Chyba wszystko zaczęło się w Gesmodei, na „giełdzie pracy”. Tak nazywano restauracyjkę obok kosmoportu. Można było przesiedzieć w niej cały dzień, zamawiając tylko kilka tanich napojów, co wykorzystywała większość gości. Wszyscy byli w ten czy inny sposób związani ze statkami kosmicznymi: piloci i technicy, energo-operatorzy i „rusznikarze”, świeżo upieczeni absolwenci szkół i ukrywający się przed policją bandyci. I wszyscy szukali pracy. W ciągu tygodnia pracę znajdował najwyżej jeden czy dwóch bywalców giełdy, co bynajmniej nie zmniejszało optymizmu pozostałych. Przychodzili na kilka godzin przed otwarciem, broniąc przed obcymi swoich stolików, nierzadko za pomocą atomowych mieczy.

– Dobrze, że urodziłem się na Tarze – powiedział wtedy Lans. – U nas prawo do pracy jest chronione przez ustawy, wszyscy mają zapewnioną pracę.

Uśmiechnąłem się. Monarchistyczny komunizm – tak ochrzciłem ustrój społeczny Tara. Choć, szczerze mówiąc, najbliższą analogią Tara był Kuwejt.

Właśnie wtedy zastanowiłem się nad problemem miejsca w życiu, który to problem rzucał cień na egzystencję większości ludzi. Już nawet nie chodziło o to, że brakowało miejsc pracy. Zawsze istniały zajęcia, z którymi nie radziła sobie technika, a jeśli sobie radziła, to wypadało to zbyt drogo. Znacznie prościej wynająć człowieka, który będzie zbierał na bagnach Repenga drogocenne kwiaty rap, niż budować w tym celu skomplikowany agregat. Lepiej wynająć żołnierzy, niż w nieskończoność przeprogramowywać roboty bojowe. Człowiek, przy wszystkich swoich wadach, jest wytrzymałym, elastycznym, a niekiedy oddanym pracownikiem. Abstrakcyjne pojęcia wiary, miłości i patriotyzmu sprawiają, że ludzie są pewniejsi od maszyn.

Ale podobne abstrakcyjne kwestie – duma, ambicja, ciekawość – drastycznie ograniczały sfery ludzkiej działalności. Zbieracz kwiatów rap mógłby się nie oprzeć pokusie skosztowania narkotycznego pyłku. Kelner w restauracji wcale nie czuł satysfakcji z obsługiwania pijanych próżniaków. Pierwszy lepszy porucznik czy kapitan twierdzy orbitalnej, wypełnionej bronią i kontrolującej całą planetę, był wystawiony na pokusę wzięcia władzy w swoje ręce.

Ludzie wpadli w pułapkę, znaleźli się pomiędzy dwoma skrajnościami. Prymitywne, monotonne zajęcia zadowalały tylko debilów, praca skomplikowana zaś, związana z techniką i władzą, była powierzana wyłącznie absolutnie pewnym ludziom.

Na planetach chronokolonii główną masę niezadowolonej części ludności wchłaniało rolnictwo. Produkując żywność, można było się wzbogacić i zrobić nieprawdopodobną karierę. Rządy tylko popierały taki odpływ siły roboczej. A nasza planeta po prostu nie potrzebowała rolników.

Przysnąłem, prawie nie słuchając wyjaśnień operatora. Właśnie przelatywaliśmy nad stacją łączności Abaza, potem nad tuwińską fabryką hipersilników, nad granicą poligonu doświadczalnego… Ocknąłem się i zerknąłem w dół. Z wysokości kilku tysięcy metrów zobaczyłem żółtobury step z rozrzuconymi tu i ówdzie czarnymi piramidkami. Nad niektórymi drżała gorąca mgiełka, jedna piramidka świeciła słabo. Nie pytałem, jakie eksperymenty przeprowadzają na byłym poligonie. Na pewno jakieś lepsze draństwo.

Potem pod nami przepłynął błękitny pasek jeziora Bałchasz. Operator poinformował mnie, że sterowanie przejmuje stacja Ałma Aty i pożegnał się.

Przegoniłem sen i jeszcze raz przemyślałem swoje plany. Wprosić się z wizytą do miejscowego przywódcy roaderów. Zmienić ubranie w najbliższym nieautomatycznym sklepie, wybierając najtańsze i najprostsze rzeczy. Znaleźć park, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem Terry i czekać tam na nią każdego wieczoru.

Jeśli park nadal istnieje.

Flaer zaczął schodzić do lądowania, dość gwałtownie, ale grawikompensator uwalniał od nieprzyjemnych wrażeń. Patrzyłem przez przezroczystą kopułę kabiny na leżące u podnóża Ałtaju miasto.

Oto powrót do ziemi ojczystej…

Hasło „Przemienimy Ałma Atę w miasto-ogród!” zawsze mi się podobało, mimo utopijnego optymizmu i kategoryczności. Ale jak można urzeczywistniać hasła tak dosłownie! Pode mną leżało zielone morze z archipelagami różnobarwnych wysepek – domków. Nad ożywioną utopią w nierealnie czystym, pozbawionym śladu chmur niebie wzlatywały, opuszczały się i po prostu unosiły kolorowe punkty flaerów. Zrobiło mi się nieswojo. Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo kochałem „moją” Ałma Atę. Rzecz jasna nigdy nie uważałem hotelu Kazachstan za szczytowe osiągnięcie sztuki architektonicznej, tak samo pałacu prezydenckiego czy łaźni Arasan. A chruszczowowskie wieżowce czy elitarne monolityczne domy na osiedlu Samał po prostu musiały się rozpaść. Co do tego nie miałem wątpliwości. Ale chyba powinno pozostać jakieś dziedzictwo architektoniczne? A ja nie widziałem nawet śladu po tym precyzyjnym „szachowym” układzie miasta, które tak zawsze lubiłem. Był za to artystyczny bałagan, zieleń ogrodów i kolorowe domki. Z barwnej kipieli wyłaniały się tylko wieże, śnieżnobiały pałac w centrum i nieporządne skupisko ogromnych zielonych kul na górze Kok-Tiube, które zajęły miejsce wieży telewizyjnej… I jeszcze kilka cylindrycznych, matowo-lustrzanych budowli w różnych punktach miasta – różniących się rozmiarami, ale wyraźnie stworzonych na podstawie tego samego projektu. Wszystko było piękne, lecz to już nie była moja Ałama Ata! Moja znikła bez śladu…

– Kiedy miasto przybrało taki wygląd? – zapytałem.

– Rekonstrukcja Ałma Aty została przeprowadzona po trzęsieniu ziemi w 2070 roku.

Głos był zbyt nieskazitelny. Tym razem nie miałem wątpliwości, że rozmawiam z automatem.

– Wieżowców nie buduje się ze względów bezpieczeństwa?

– Wieżowców… – zapadła cisza. Chyba zadałem niestandardowe pytanie. – Wieżowce buduje się nadal. Są absolutnie bezpieczne.

Skinąłem głową. Rzeczywiście, kto wolałby mieszkanie w wielopiętrowym bloku od samodzielnej willi? Fabryki pewnie umieścili poza granicami miasta. A biura, instytuty i inne administracyjne bzdury stały się po prostu niepotrzebne dzięki rozwojowi telekomunikacji.

– Szukam domu Nurlana Kislicyna, byłego roadera – powiedziałem, z ciekawością czekając na odpowiedź. Każdy automat ma ściśle określoną granicę możliwości informacyjnych. Czy flaerowi wystarczą te skąpe dane, czy też zażąda pełnego adresu? Zerkałem na kartkę z adresem szefa klubu roaderów. Ulica Kurmangazy, dom 567-28. No proszę, nazwa ulicy się nie zmieniła…

– Jest pan umówiony? – zapytał automat. Widocznie informacja była wystarczająca.

– Nie.

– W takim razie lądowanie zostanie przeprowadzone na najbliższym publicznym parkingu. Po wyjściu z flaera przejdzie pan przez podziemne przejście z tabliczką „ulica Kurmangazy”, skręci na prawo i…

– Puść informację na taśmę – poleciłem.

6. Bardzo dobrze urządzona planeta

Najbardziej zszokowało mnie to, że ulice nie były asfaltowe. Wprawdzie nie znalazłem żadnych ruchomych chodników, tyle razy opiewanych przez fantastów, ale ulica, prosta i szeroka, z matowymi kulami latarni na cienkich metalowych słupach, była pokryta trawą. Miękką zieloną trawą, równą niczym korty Wimbledonu. Pochyliłem się, próbując zerwać źdźbło. Gdzie tam! Trawa była sprężysta i mocna jak guma, ale bez wątpienia prawdziwa. Przyjrzałem się bliżej i zobaczyłem, że pod gęstą murawą ułożona jest twarda, porowata masa. Widocznie ziemia była jeszcze głębiej. Z pozornie obojętnym wyrazem twarzy wędrowałem poboczem. Samochodów nie było i nieliczni przechodnie szli ulicą całkiem swobodnie. Czyżby komunikacja naziemna należała do przeszłości? Spojrzałem w niebo – kolorowe krople flaerów były zbyt nieliczne, żeby pełnić rolę komunikacji. Może moi potomkowie po prostu nie mają się dokąd spieszyć?

1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)