Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Aviendha wyłoniła się oczywiście z bramy jako ostatnia i to dopiero w momencie, gdy miała pewność, że wszyscy inni przeszli. Kiedy kobieta Aiel pozwoliła bramie zaniknąć, Dziedziczka Tronu ruszyła w jej stronę tak wielkimi krokami, że członkinie jej eskorty musiały podbiec, by ponownie otoczyć ją kręgiem. Chociaż Elayne szła szybko, Birgitte, kobieta z grubym złotym warkoczem zwisającym aż do talii, zjawiła się przy Aviendzie pierwsza. Pomogła kobiecie Aiel zsiąść z siwej klaczy i przekazała lejce stajennej o pociągłej twarzy i nogach niemal równie długich jak kończyny Siswai. Aviendha zawsze miała więcej problemów ze zsiadaniem niż z dosiadaniem konia, Birgitte wszakże nie chodziło jedynie o pomoc. Elayne wraz z eskortą przybyła w samą porę, toteż usłyszała pospieszne pytania kobiety wypowiedziane cichym głosem:
— Czy ona piła kozie mleko? Czy dostatecznie dużo spała? Czy czuje się...? — Birgitte nagle umilkła, po czym wciągnęła głęboki wdech, odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Dziedziczką Tronu. Wyglądała na kompletnie spokojną i z pozoru nie dziwiła się, że widzi swoją panią przed sobą. Więź działała w obie strony.
Birgitte nie była szczególnie dużą kobietą, chociaż w butach na obcasie przewyższała Elayne i mniej więcej dorównywała wzrostem Aviendzie, jednak zazwyczaj prezencji dodawał jej uniform Kapitan-Generał Gwardii Królowej, na który składał się krótki, czerwony płaszcz z wysokim, białym kołnierzem oraz workowate, niebieskie spodnie wsunięte w błyszczące, czarne kozaki, cztery złote węzły na lewym ramieniu i cztery złote koła na każdym białym mankiecie. Ostatecznie była przecież Birgitte Srebrny Łuk, legendarną bohaterką. Pozostała ostrożna, próbując sprostać tym legendom. Twierdziła, że jedne historie rażąco rozdęto, inne przejaskrawiono, niektóre zaś nazywała całkowitymi wymysłami. A jednak Birgitte była wciąż tą samą kobietą, która dokonała czynów stanowiących sedno lub początek znanych jej i nieznanych legend. W chwili obecnej — wbrew pozornemu spokojowi — w jej zainteresowaniu Elayne było sporo niepokoju; Dziedziczka Tronu wyczuwała wszystko poprzez więź, wraz z bólem głowy i niestrawnością Birgitte. A kobieta Strażnik bardzo dobrze wiedziała, że Elayne nienawidzi, gdy się ją sprawdza za jej plecami. Dzięki więzi Birgitte znała wszystkie emocje Elayne, zdawała zatem sobie także sprawę z jej rozdrażnienia i zdenerwowania.
Aviendha spokojnie rozwinęła chustę, zdjęła ją z głowy i rozłożyła na ramionach, usiłując wyglądać na osobę, która nie zrobiła niczego niewłaściwego i na pewno nie miała związków z nikim, kto postępował źle. Niestety, mimo starań wyglądała podejrzanie, szczególnie że wytrzeszczyła oczy, by wyglądać bardziej niewinnie, a skutek okazał się dokładnie przeciwny. W pewnym sensie Birgitte miała na nią zły wpływ.
— Piłam kozie mleko — odezwała się Elayne spokojnie, świadoma bliskości trzech Gwardzistek. Choć żołnierki stały tyłem i rozglądały się wokół, uważnie przeglądając dziedziniec, balkony i dachy, na pewno uważnie słuchały. — Spałam dostatecznie dużo. Chcesz mnie jeszcze o coś spytać?
Na policzkach Aviendhy pojawił się lekki szkarłat.
— Myślę, że w tej chwili otrzymałam wszystkie potrzebne mi odpowiedzi — odparła Birgitte bez rumieńca, na który liczyła Dziedziczka Tronu. Ta kobieta doskonale wiedziała, jak bardzo Elayne jest zmęczona, wiedziała zatem również, że Dziedziczka Tronu kłamie, mówiąc o śnie.
Więź okazywała się czasami straszliwie niewygodna. Elayne wypiła ubiegłej nocy jedynie pół kubka mocno rozwodnionego wina, a jednak czuła się rano jak skacowana Birgitte — bolała ją głowa i miała zgagę. Żadna z Aes Sedai opowiadających o więzi nigdy nie wspomniała o tego rodzaju doznaniach, a jednak Elayne i Birgitte aż za często wyczuwały siebie nawzajem, zarówno w sposób fizyczny, jak i emocjonalny. Te ostatnie kwestie stanowiły prawdziwy problem, odkąd Elayne zaczęła doświadczać huśtawki nastrojów. Czasami udawało jej się zlekceważyć ogarniające ją emocje Birgitte albo je zwalczyć, dzisiaj jednak wiedziała, że pocierpi do czasu, aż jej Strażnik zostanie Uzdrowiona. Dziedziczka Tronu obarczała za tę ciągłą wymianę odczuć fakt, że obie były kobietami. Nikt wcześniej nie słyszał o więzi między kobietami. Po prawdzie, i teraz mało kto o takiej więzi słyszał, a jeszcze mniej osób wierzyło w jej istnienie. Strażnik powinien być mężczyzną, dokładnie tak samo jak samcem był byk. W takich przypadkach ludzie po prostu nie dopuszczali do siebie myśli o innej możliwości.
Złapana na kłamstwie, kiedy próbowała żyć zgodnie z nakazami Egwene, czyli tak, jakby już złożyła Trzy Przysięgi, Elayne usiłowała się bronić.
— Czy Dyelin wróciła? — spytała ostro, zmieniając temat.
— Nie — odparła Birgitte równie ostrym tonem.
Dziedziczka Tronu westchnęła. Dyelin opuściła miasto na kilka dni przed pojawieniem się armii Arymilli. Wzięła z sobą Reanne Corly, która miała konstruować dla niej bramy i tym samym przyspieszać podróż. A od powrotu Dyelin zależało sporo. I od wieści, jakie Dyelin przyniesie. Oraz od tego, czy przyniesie coś oprócz wieści.
Wybór Królowej Andoru był właściwie sprawą całkiem prostą. W królestwie istniało czterysta Dynastii, ale tylko dziewiętnaście z nich uważano za wystarczająco silne, by inne podążyły za ich przykładem. Zwykle cała dziewiętnastka — albo większa część tej liczby — opowiadała się za daną Dziedziczką Tronu, chyba że kobieta była wyraźnie niekompetentna. Po śmierci Mordrellen, Dom Mantear stracił tron na rzecz Dynastii Trakand tylko z powodu zniknięcia Dziedziczki Tronu Tigraine, która nie pozostawiła po sobie córki, a jedynie syna, oraz dlatego, że Morgase Trakand zdołała zyskać poparcie trzynastu Domów. Zgodnie z prawem i zwyczajami do wstąpienia na tron konieczne było poparcie jedynie dziesięciu z tychże dziewiętnastu Dynastii. Nawet pretendentki, które były pewne swego prawa do tronu, rezygnowały z roszczeń i ustępowały, gdy inna kobieta miała za sobą dziesięć spośród najważniejszych Domów.
Sytuacja Elayne nie była jednoznaczna. Wcześniej Dziedziczka Tronu miała trzy poważne rywalki, ale teraz Naean i Elenia zjednoczyły się z Arymillą Marne, najmniej prawdopodobną z trzech kandydatek. Zmiana ta oznaczała, że Elayne posiada poparcie dwóch Domów (to znaczy dwóch dużych i liczących się, gdyż Matherin i osiemnaście innych, które właśnie odwiedziła, były na to zbyt małe) — własnego Domu Trakand i Dynastii Dyelin, czyli Taravin — przeciwko sześciu. Och, Dyelin twierdziła, że po stronie Dziedziczki staną Carand, Coelan i Renshar, a także Norwelyn, Pendar i Traemane, jednak pierwsze trzy pragnęły posadzić na tronie samą Dyelin, ostatnie trzy natomiast zachowywały się tak, jak gdyby zapadły w sen zimowy. Dyelin na szczęście pozostawała niezmienna w swej lojalności i niezmordowanie działała w sprawie Elayne. Nie przestawała wierzyć, że Domy, które na razie zachowywały milczenie, można przekonać do poparcia Dziedziczki Tronu. Elayne oczywiście nie mogła się do nich zbliżyć, Dyelin natomiast mogła. A teraz sytuacja stawała się rozpaczliwa. Sześć Domów popierało Arymillę. Tylko głupcowi by nie przyszło do głowy, że Arymillą z pewnością namawia w tej chwili inne. Niektóre z nich mogły ją poprzeć tylko dlatego, że miała już za sobą sześć.
Mimo iż Caseille wraz ze swoimi Gwardzistkami wcześniej opróżniła dziedziniec z ludzi, Elayne i jej towarzyszki znów przemierzały brukowaną nawierzchnię wśród tłumu. Mężczyźni z Matherin w końcu zsiedli z koni, ale nadal kręcili się niepewnie, upuszczali halabardy, podnosili je i znów upuszczali; próbowali też rozładować juczne zwierzę, tam, na dziedzińcu przed stajniami. Jeden z chłopców ścigał kurczę, które skądś uciekło i przemykało między nogami koni, a któryś z pomarszczonych starców wykrzykiwał słowa zachęty, choć Elayne nie wiedziała, kogo ów człowiek zachęca — chłopca czy kurczę. Stary chorąży o twardej, ogorzałej twarzy i lichych, białych włosach, ubrany w jasnoczerwony mundur, którego kurtka opinała mu wydatny brzuch, próbował zaprowadzić porządek z pomocą tylko nieznacznie młodszego od siebie Gwardzisty; obaj najprawdopodobniej porzucili emeryturę, tak jak wielu im podobnych. Z kolei jakiś młokos zamierzał chyba wejść ze swoim kudłatym koniem do samego pałacu i Birgitte musiała usunąć go z drogi przed przejściem Elayne. Chłopak, zaledwie z meszkiem zarostu na twarzy, zapewne najwyżej czternastoletni, zamiast odpowiedzi zagapił się na Birgitte z buzią otwartą tak szeroko, jakby chciał połknąć cały pałac. Strażnik bez wątpienia prezentowała się w swoim mundurze bardziej malowniczo niż Dziedziczka Tronu w sukni do jazdy konnej, zresztą młokos już przypuszczalnie wcześniej widział Elayne. Rasoria popchnęła go lekko ku wiekowemu chorążemu, potrząsając przy tym mocno głową.