Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Aviendha uśmiechnęła się, po czym dotknęła policzka Elayne.
— Sądzę, że wiele się od ciebie nauczę o odpowiednim dla Mądrej zachowaniu i postępowaniu.
Ku swemu upokorzeniu zakłopotana Dziedziczka Tronu straszliwie się zarumieniła. Odnosiła wrażenie, że jej policzki płoną! Och, może huśtawka nastrojów była jednak gorsza niż rozpieszczanie przez otoczenie. O Światłości, przed Elayne były jeszcze całe miesiące oczekiwania! Nie po raz pierwszy zawrzała gniewem na myśl o Randzie. Miała prawo być na niego oburzona. Zrobił jej to — no może sama mu w tym pomogła, sama go w gruncie rzeczy do tego namówiła, choć w tej chwili jej pomoc nie miała zbytniego znaczenia — tak czy owak, zrobił jej to, co zrobił, a później odszedł z zadowolonym uśmiechem na twarzy. Wątpiła, czy Rand był naprawdę w tamtym momencie taki ogromnie z siebie zadowolony, ale aż za łatwo potrafiła go sobie wyobrazić z kołtuńskim uśmieszkiem. Ach, gdyby to on przeżywał taką huśtawkę nastrojów, gdyby w jednej godzinie miał zawroty głowy, był roztargniony, a później płakał bez powodu... ciekawe, jak by mu się taki stan spodobał! „Ech, nie mogę się skupić na jednej konkretnej rzeczy” — pomyślała z irytacją. Za swój obecny brak koncentracji również obarczała winą Randa.
Stajenne w końcu uznały Płomienne Serce i Siswai za dostatecznie potulne dla obu lady i Aviendha wspięła się na siodło ze specjalnego, służącego do tego celu kamiennego bloku, okazując przy tym znacznie więcej gracji niż kiedykolwiek wcześniej, poprawiwszy uprzednio szerokie, lecz nieprzecięte spódnice, które w ten sposób skrywały większą część jej nóg w ciemnych pończochach. Aviendha nadal czuła niechęć do jazdy konnej, jednak jeździła już zupełnie przyzwoicie. Chociaż czasem zaskakiwało ją, że koń słucha jej poleceń. Płomienne Serce spróbował się kręcić, gdy Elayne znalazła się na jego grzbiecie, ale zapanowała nad nim elegancko i nieco ostrzej niż zazwyczaj. Teraz miała problem nie tylko ze swoimi zmiennymi nastrojami, ale także z nagłym poczuciem strachu o Randa, któremu nie mogła w tej chwili zapewnić bezpieczeństwa.
Sześć Gwardzistek stępa ruszyło drogą prowadzącą z rezydencji, gdyż szybszą jazdę utrudniał głęboki śnieg, reszta oddziału zaś ruszyła za Elayne i Aviendhą w równiutkich szeregach, przy czym ostatnie amazonki prowadziły na postronkach zwierzęta juczne. Miejscowi mężczyźni wlekli się za nimi w nierównym rzędzie z własnym koniem jucznym, kudłatym stworzeniem obciążonym rondlami, nieforemnymi pakunkami, a nawet pół tuzinem żywych kurcząt. Niewiele osób pozdrawiało ich, gdy przejeżdżali przez wieś, wśród krytych strzechą chat i przez kamienny most przerzucony nad krętym niczym wąż zamarzniętym strumieniem. Czasem ktoś głośno skandował: „Elayne, Złota Lilia!”, „Trakand! Trakand!” albo „Dynastia Matherin!”, choć Dziedziczka Tronu widziała też kobietę łkającą na piersi męża, a i on miał łzy na twarzy, dostrzegła także inną niewiastę, która odwróciła się do jeźdźców plecami i spuściła głowę, nie zamierzając nawet zerknąć przez ramię. Elayne miała nadzieję, że synowie tych matek wrócą dzięki niej do swoich domów. Walki w Caemlyn nie powinny być szczególnie zaciekłe, chyba że Elayne popełni jakiś straszny błąd, na pewno jednak czekały ich bitwy — wtedy, gdy na głowie Dziedziczki Tronu znajdzie się już Różany Wieniec. Na południu leżał Seanchan, na północy zaś gotowały się do Tarmon Gai’don Myrddraale i trolloki. W najbliższej przyszłości Andor zażąda krwi od swoich synów. Bodajby sczezła, nie będzie z tego powodu płakała!
Za mostem droga znów zaczęła się wspinać. Wjeżdżali między sosnami, jodłami i okazami mahoniowca, na szczęście do górskiej łąki, której szukali, pozostało już tylko niewiele ponad milę. Na śniegu połyskującym w porannym słońcu nadal widać było ślady kopyt ciągnących się do miejsca, w którym głęboką bruzdę w śniegu pozostawiła brama. Obecność obcych ludzi w pobliżu otwartej niegdyś bramy zawsze łączyła się z niebezpieczeństwem.
Podczas drogi ku łące Aviendhę otoczyła poświata saidara. Właśnie kobieta Aiel utworzyła bramę, przez którą zjawiły się tutaj wczorajszego popołudnia z poprzedniego miejsca postoju, czyli rezydencji położonej sto mil na północ, więc i Aviendha miała teraz utkać bramę do Caemlyn. Na widok rozświetlonej Jedyną Mocą przyjaciółki Elayne się zadumała. Ktokolwiek wykonał bramę służącą do opuszczenia Caemlyn, zawsze musiał później konstruować inne bramy, aż do powrotu, tym niemniej podczas każdej z ich pięciu podróży Aviendha stale prosiła o pozwolenie wykonania pierwszej bramy. Może po prostu rzeczywiście — tak jak twierdziła — chciała poćwiczyć, chociaż Elayne nie była wcale od niej bardziej doświadczona... Dziedziczce Tronu skojarzyła się wszakże również inna możliwość. Może Aviendha chciała ją uchronić przed przenoszeniem Mocy, przynajmniej w jakimś stopniu. A chciała ją uchronić, ponieważ Elayne była w ciąży! Splotu, który uczynił je siostrami tej samej matki, nie można było użyć, jeśli któraś z sióstr była ciężarna, gdyż nienarodzone dziecko uczestniczyłoby w więzi, czego — jako istota słaba — mogłoby nie przeżyć. Z drugiej strony, gdyby kobieta w stanie błogosławionym powinna unikać przenoszenia Mocy, na pewno jedna z Aes Sedai w pałacu poinformowałaby o tym Elayne. Tyle że... naprawdę niewiele Aes Sedai rodziło dzieci, więc może nie znały wszystkich ograniczeń związanych z ciążą. Dziedziczka Tronu zdawała sobie sprawę z istnienia wielu spraw, o których Aes Sedai nie miały pojęcia, jakkolwiek intensywnie udawały swe obycie przed resztą świata — sama od czasu do czasu korzystała z dobrodziejstw takiego stwarzania pozorów — tym niemniej wydawało jej się bardzo dziwne, iż Aes Sedai mogły być nieświadome kwestii tak ważnej dla większości kobiet. Skoro wiedziały wszystko o przenoszeniu Mocy, powinny też znać związki między tym aktem a stanem ciąży.
Tak czy inaczej, Mądre, które częściej od Aes Sedai zachodziły w ciążę i rodziły dzieci, również nijak nie przestrzegły Elayne przed przenoszeniem...
Nagle coś brutalnie wypchnęło z myśli Dziedziczki Tronu rozważania na temat związku jej dziecka z przenoszeniem Jedynej Mocy oraz pytania o zakres wiedzy Aes Sedai w tej kwestii. Elayne całym swym jestestwem poczuła, że ktoś gdzieś przenosi saidar. Nie Aviendha jednakże ani też żadna osoba na jednej z otaczających gór czy w ich bliskiej odległości. Ten ktoś znajdował się daleko i dysponował ogromną siłą. Dziedziczce Tronu skojarzyła się latarnia morska błyskająca tak silnym światłem, że docierało w nocy na znaczną odległość, choć sama latarnia znajdowała się na jakimś niezwykle odległym klifie. Bardzo, bardzo odległym klifie. Elayne nie potrafiła sobie wyobrazić, jak dużo Jedynej Mocy potrzebuje ten osobnik, skoro mogła wyczuć przenoszenie z takiej odległości. A prawdopodobnie wyczuwała je w tejże chwili każda umiejąca przenosić Moc kobieta na świecie. I każda potrafiła wskazać kierunek, z którego przenoszono. Ta „latarnia morska” znajdowała się gdzieś na zachodzie. Nic nie zmieniło się w więzi z Randem i Elayne nadal nie potrafiła dokładnie określić miejsca jego pobytu, na pewno nie było go w zasięgu stu mil... A jednak wiedziała o jego związku z tamtym miejscem.
— Rand jest w niebezpieczeństwie — oświadczyła. — Musimy do niego iść, Aviendho.
Jej pierwsza siostra potrząsnęła głową, po czym przestała się wpatrywać na zachód i odwróciła głowę. Wciąż otaczała ją poświata saidara, a Elayne wiedziała, że towarzyszka czerpała wcześniej moc ze Źródła najgłębiej, jak tylko potrafiła. Z drugiej strony, gdy Aviendha na nią popatrzyła, Dziedziczka Tronu wyczuła, że ilość dzierżonego przez drugą kobietę saidara zanika.