Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Członkinie jej eskorty siedziały już na koniach, ponieważ zapewne nie chciały dłużej stać w śniegu. Było to dwadzieścia kilka amazonek w czerwonych płaszczach z białymi kołnierzami, jaskrawo błyszczących napierśnikach i hełmach Gwardii Królowej. Wątpliwości mistrza Rosa wiązały się właśnie najprawdopodobniej ze strojami tych kobiet — ich płaszcze były jedwabne, podobnie jak czerwone spodnie z białymi lampasami, zaś kołnierze i mankiety obszyto jasną koronką. Ubrania na pewno wyglądały bardziej odświętnie niż skutecznie. A może chodziło mu o to, że miały ją chronić same przedstawicielki jej płci. Kobiety rzadko pracowały w zawodach wymagających użycia broni, czasem pojawiła się jakaś w grupach chroniących kupców lub w armii podczas wojny, jednak Elayne nigdy nie usłyszała o oddziale złożonym wyłącznie z żeńskich żołnierzy, zanim sama takiego nie stworzyła. Och, oczywiście oprócz Panien Włóczni, tyle że one były kobietami Aiel, a Aielowie stanowili w tym sensie zupełnie odmienny naród. Elayne spodziewała się, że ludzie uznają jej obrończynie za kaprys Dziedziczki Tronu i nie będą się obawiać kobiet ubranych w piękne jedwabie i koronki. Mężczyźni z pewnością nie docenią ich umiejętności posługiwania się bronią, póki nie staną do walki z nimi, a nawet większość kobiet uzna jej pomysł za infantylny i niemądry. Przedstawiciele eskorty zwykle starali się prezentować dziko i zawzięcie, dzięki czemu wiele osób w ogóle nie ośmielało się do nich zbliżyć, Elayne wiedziała wszakże, iż jej wrogowie zawsze znajdą sposób podejścia i ataku, nawet gdyby Dziedziczka Tronu otoczyła się całą Gwardią Królowej. Pragnęła więc utworzyć grupę obrończyń, których jej wrogowie nie baliby się, więc podchodziliby w kilka osób i niemal bez uzbrojenia, po czym żałowaliby, że nie przedsięwzięli lepszej strategii. Postanowiła też zaprojektować dla nich szczególnie wyszukane mundury, które podsycą wśród niechętnych jej osób błędne pojęcie na temat miernego jakoby profesjonalizmu strażniczek, a równocześnie karmiła tymi strojami dumę swoich żołnierek pięknie odznaczających się od reszty. Sama jednak nie żywiła najmniejszych nawet wątpliwości co do ich talentów. Wyselekcjonowała swój oddział starannie, tworząc go z kobiet reprezentujących wcześniej rozmaite jednostki — od straży kupców po Myśliwych Polujących Na Róg — rozważnie dobierając je ze względu na ich umiejętności, doświadczenie i odwagę. Aż w końcu była gotowa złożyć swe życie w ich ręce. I złożyła je.
Szczupła kobieta z dwoma złotymi węzłami porucznika naszytymi na ramionach czerwonego płaszcza zasalutowała Elayne, przykładając rękę do piersi, a dereszowaty wałach strażniczki odrzucił głowę, jakby także pozdrawiał Dziedziczkę Tronu; cicho zadźwięczały srebrne dzwoneczki wplecione w jego grzywę.
— Czekamy w gotowości, moja pani, a teren jest czysty. — Caseille Raskovni należała uprzednio do straży kupców, przemawiała z silnym akcentem niewykształconej Arafelianki, jednak dziarskim głosem i rzeczowym tonem. Zwracała się do Elayne we właściwy sposób, tytułem, który Dziedziczka Tronu będzie nosić aż do czasu koronacji, tym niemniej była gotowa z całych sił walczyć o Różany Wieniec dla Elayne. Bardzo niewiele osób, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, trafiało ostatnio do Gwardii Królowej, chyba że były to osoby już wcześniej przeszkolone. — Ludzie wyznaczeni przez pana Rosa również trwają w gotowości. W maksymalnej gotowości, jak na nich.
Fridwyn Ros odchrząknął, słysząc te słowa, po czym przesunął swoją kulę i zaczął się z uwagą wpatrywać w śnieg wokół swoich butów.
Elayne rozumiała, co miała na myśli Caseille. Pan Ros przydzielił jej z trudem znalezionych w rezydencji jedenastu mężczyzn, których wyposażył w halabardy i krótkie miecze oraz ubrał w resztki zbroi, jakie znaleziono w posiadłości. Dziedziczka Tronu naliczyła dziewięć staroświeckich hełmów bez przyłbic i siedem napierśników z wklęśnięciami, które narażały żołnierzy na zranienie. Wierzchowce mężczyzn przedstawiały się całkiem nieźle, chociaż nosiły grubą, zimową okrywę, jednak Elayne zauważyła, że spośród dosiadających ich jeźdźców — skulonych i opatulonych w płaszcze — ośmiu nie goliło się zapewne od ponad tygodnia. Ludzie, których pan Ros opisał jako doświadczonych, mieli pomarszczone twarze, kościste ręce i widoczne braki w uzębieniu. Podsumowując, Ros dał jej, co mógł. Nie kłamał, gdy mówił, że Lord Aedmun zgromadził wszystkich wojowników z okolicy i zabrał ich z sobą, wyposażywszy w najlepsze zbroje i broń, jakie posiadał. Wszędzie powtarzała się ta sama historia. Najwyraźniej wielka liczba krzepkich i zdrowych mężczyzn z całego Andoru próbowała dotrzeć do niej, do Caemlyn. I nikt z nich prawdopodobnie nie wejdzie do miasta, póki nie zostaną podjęte wszystkie ostateczne decyzje. Elayne mogłaby ich szukać całymi dniami i nie znaleźć żadnego. Miała jednak wrażenie, iż przedstawiciele tej małej grupki mężczyzn ze znawstwem trzymają halabardy. Z drugiej strony spokojne siedzenie w siodle z halabardą opartą o strzemię nie było takie trudne. Elayne sama by tak potrafiła.
— Odwiedziłyśmy dziewiętnaście z tych rezydencji, siostro — powiedziała cicho Aviendha, podchodząc, aż wraz z Dziedziczką Tronu zetknęły się ramionami — i licząc tych nowych, zebrałyśmy dwustu pięciu zbyt młodych do walki chłopców oraz starców, którzy dawno temu powinni odłożyć włócznie. Nie pytałam cię wcześniej, znasz wszak swoich ludzi i wiesz, czego chcesz. Ale... Czy ta wyprawa warta jest czasu, który jej poświęcasz?
— Och tak, siostro. — Elayne mówiła równie cicho, nie chciała bowiem, by mógł ją podsłuchać jednonogi dawny żołnierz albo któryś ze służących. Najlepsi z mężczyzn mogą się zmienić w uparte muły, jeśli uświadomią sobie, że ktoś usiłuje ich skłonić do pewnego rodzaju zachowania. Zwłaszcza jeżeli sobie uświadomią, że pomocnicy, których z takim trudem zebrali i zaoferowali, a których Elayne przyjęła, na niewiele jej się przydadzą. — Do tej pory wszyscy mieszkańcy wsi nad rzeką wiedzą, że tu jestem, podobnie jak ludzie z połowy farm w zasięgu kilku mil. Do południa druga połowa się o tym dowie, a jutro następna wioska. I kolejne farmy. Co prawda, nowiny rozchodzą się wolniej w zimie, szczególnie w tym kraju. Mnóstwo osób wie, że wysunęłam żądania wobec tronu, niemniej jednak, gdybym zasiadła na nim jutro rano albo umarła jutro wieczorem, być może nie dowiedzieliby się o tym fakcie przed środkiem wiosny, a może odkryliby to dopiero latem. Natomiast dzięki moim działaniom tutejsi mieszkańcy dziś już wiedzą, że Elayne Trakand żyje, w jedwabiach i klejnotach odwiedziła rezydencję, po czym wezwała mężczyzn pod swój sztandar. Ludzie w odległości dwudziestu mil stąd mogą poświadczyć, że mnie widzieli i dotknęli mojej ręki. W osobistej rozmowie łatwiej kogoś przekonać do swoich racji, a i rozmówca prędzej cię zapamięta, jeśli nie tylko cię widział, ale także z tobą rozmawiał albo przynajmniej się do niego odezwałaś. W dziewiętnastu różnych punktach Andoru istnieją zatem obecnie mężczyźni i kobiety, którzy mogą zaświadczyć, że widzieli Dziedziczkę Tronu w ubiegłym tygodniu, a z każdym dniem ten obszar powiększa się niczym plama atramentowa. Gdybym miała dość czasu, odwiedziłabym każdą wieś w Andorze. Moja wyprawa może nie ma wielkiego znaczenia dla aktualnych zdarzeń w Caemlyn, nie zdziwi mnie wszakże, jeśli się okaże bardzo ważna, gdy wygram. — Elayne oficjalnie nie brała pod uwagę żadnej innej możliwości poza zwycięstwem. Szczególnie kiedy pomyślała, kto objąłby tron w razie jej klęski. — Widzisz, Aviendho, większość Królowych w naszej historii spędziła pierwsze lata swoich rządów na zbieraniu sojuszników, którzy pozostali im w każdej sytuacji wierni. Może niektóre nie musiały tego robić, jednak obecnie nadchodzą cięższe czasy i po objęciu tronu mogę nie mieć nawet roku na przekonanie do siebie Andoran, a chciałabym otrzymać poparcie ich wszystkich. Nie mogę czekać do koronacji. Jak powiedziałam, nadchodzą cięższe czasy i muszę być gotowa na każdą ewentualność. To znaczy... Andor musi być gotów, a ja muszę swój kraj przygotować — dokończyła stanowczo.