Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
O dziwo, Deargon nie sprawiał wrażenia urażonego. Wyglądał, jakby coś notował w pamięci. Chłopak kontynuował:
– Trzeba by sprawdzić, czy któryś z mnichów nie miał kłopotów z pieniędzmi, kobietami czy jakimś nałogiem. Albo czy nie otrzymał niepokojących wieści o rodzinie. Może któryś chodził ostatnio roztrzęsiony, podenerwowany lub przestraszony. Niech wasza wielebność każe przepytać o to braciszków. Czy w świątyni się spowiadacie?
– Tak, brat Strażnik Pieczęci jest głównym spowiednikiem Świątyni Miecza. Jest nas w mieście tylko siedemdziesięciu trzech, więc on wystarczy.
– Może coś wie?
– Może. Ale tajemnica spowiedzi jest święta. On ma prawie osiemdziesiąt lat i zasady. Nie piśnie słówka, choćby miał skonać w mękach.
– Nawet jeśli chodzi o Miecz?
– Nawet wtedy. Uzna to za próbę wiary, której poddaje nas Pan.
– Rozumiem. – Altsin podrapał się po brodzie. – Ale gdyby wasza wielebność go przepytał, ot tak, niewinnie, to obserwując jego zachowanie, może dałoby się wyczuć, czy rzeczywiście szukamy kogoś ze Świątyni? Jeśli nasze podejrzenia są słuszne, brat spowiednik musi być w wielkiej rozterce.
– Rozumiem. – Deargon spojrzał na niego, jakby zobaczył go po raz pierwszy. – Nie myślałem do tej pory w ten sposób. Co jeszcze?
– W jaki sposób złodzieje mogliby wywieźć Miecz z miasta? Z tego, co pamiętam, relikwia jest olbrzymia.
– Ha, więc jednak brałeś udział w naszych uroczystościach. – Kapłan pokiwał głową.
– Zdarzyło się raz czy dwa... – Altsin wolał nie wyjaśniać, co właściwie robił w tłumie świętującym Drogę Poświęcenia. – Więc po kolei, jak udało im się wynieść Miecz ze świątyni? Jak mogą go wywieźć z miasta? Czy w ogóle zamierzają to zrobić? Może zadowoli ich fakt samego zniknięcia relikwii. Do kogo mogą się zwrócić o pomoc? Czemu nie można ich znaleźć, używając magii? Kto mógłby najwięcej zyskać na osłabieniu Świątyni Reagwyra?
Deargon wyglądał na lekko przytłoczonego.
– On tak zawsze?
– Tylko kiedy ma zły dzień – wycedził Cetron. – Stara się sprawiać wrażenie bystrzejszego, niż jest naprawdę, i maskuje wewnętrzną pustkę cynicznymi uwagami i skakaniem z tematu na temat.
Altsin zerknął na niego spode łba. Grubas oczywiście się nie przejął.
– Gdyby był taki mądry – kontynuował – zapytałby, czy ktoś już nie skontaktował się z kapłanami.
– Nie zrobili tego. – Młody złodziej wzruszył ramionami.
– A dlaczego?
– Skąd wiesz?
Pytania padły jednocześnie i na chwilę zapadła krępująca cisza.
– Byliby głupcami, gdyby tak zrobili. Ten Miecz nie został skradziony dla okupu, bo nawet meekhański imperator nie nacieszyłby się tym okupem zbyt długo. Mam rację, wasza dostojność?
Kpiące iskierki znikły z oczu kapłana i to wystarczyło za odpowiedź.
– A poza tym – Altsin wbił spojrzenie w Cetrona – nie ściągalibyście mnie wtedy z molo. Mam rację?
– Masz, chłopcze. A teraz przestań się wymądrzać i słuchaj. Wszystko, co wiemy, jest na tych pergaminach, pamiętasz? Miecz Reagwyra to rzeczywiście duża rzecz, tu są wymiary. – Wyciągnął dość czytelny rysunek.
– Długość zachowanej klingi pięć stóp, dwa i trzy szesnaste cala. Długość rękojeści dwie stopy i siedem szesnastych cala, szerokość jelca dwie stopy i hm, trochę zamazane. Grubość jelca na łączeniu trzy i pół cala. Szerokość klingi przy jelcu osiem i jedna ósma, szerokość klingi przy miejscu złamania, i tak dalej. Sam sobie poczytaj resztę. Całość waży ponad pięćdziesiąt funtów. W sumie to potężny kawał że... sztuki kowalskiej – wybrnął.
– Raczej boskiego kunsztu, Cetron. – Kapłan uśmiechnął się pobłażliwie i pochylił nad stołem. – Ale do rzeczy, Altsin. Mogę tak do ciebie mówić?
Złodziej nagle zobaczył, że ma przed sobą Wielkiego Skarbnika Świątyni Miecza. Przemiana była szybka i subtelna, ale teraz za nic w świecie nie przerwałby temu człowiekowi w pół słowa.
– Siedzimy tu sobie i rozmawiamy od dłuższego czasu, jakby chodziło o zniknięcie worka grochu. Wydaje mi się, że powinienem ci uświadomić, o jaką stawkę chodzi. – Brązowe oczy zrobiły się naraz bardzo, bardzo zimne. – Ja od przeszło trzydziestu lat służę w świątyni. Od dziesięciu należę do kręgu ludzi, mających bezpośredni dostęp do Miecza. Dotykałem Go, czyściłem, godzinami leżałem przed Nim plackiem, czując Moc naszego Pana. Modląc się i medytując. Ja wierzę, nie, ja wiem, że to jest Miecz Reagwyra, wykuty przez niego z serca upadłej gwiazdy, zahartowany w krwi Leaffary i po trzykroć przeklęty przez sługi Niechcianych. I wiem, że nadejdzie dzień, gdy nasz Pan znów będzie potrzebował Miecza, a Ostrze zostanie przekute na nowo, i to tak, że żadna siła już go nie złamie.
Głos Deargona zgrzytał jak dwa kawałki pocieranego o siebie lodu. A Altsin zaczął się pocić.
– Wasza wielebność, ja nie rozumiem...
– Właśnie synu, wielu rzeczy nie rozumiesz. A zwłaszcza tego, że tu chodzi nie o jakąś błyskotkę, tylko o Dengothaag – Miecz Boga.
Kapłan pochylił się do przodu i Altsin zdziwił się, jak mógł wyczuwać lód w jego głosie, skoro w oczach płonęły mu piekielne ognie.
– Widzisz, synu, ja widziałem cuda dokonywane przez ten Miecz, także te najbardziej wyszydzane, niemowy zachwycające elokwencją i ślepców odzyskujących wzrok. Dla mnie, dla mojego zakonu, jego utrata jest klęską, zaprzeczeniem sensu istnienia. Wolałbym osobiście podpalić świątynię, niż pozwolić, żeby czyjeś plugawe, bezbożne łapy choć o jeden dzień dłużej dotykały Miecza. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek – złodziej, kapłan, czarownik czy sam Przeklęty – trzymał go w rękach! Jeśli będzie trzeba, przewrócę to miasto do góry nogami, rozbiorę kawałek po kawałku, a potem złożę do kupy i zacznę wszystko od nowa.
Nagle uśmiechnął się strasznie.
– A jeśli mimo wszystko mi się nie uda, i tak znajdę winnych. I urządzę im taką kaźń, że przez następne sto lat będą ich losem straszyć dzieci.
Złodziej nawet nie mrugnął. Choć miał wielką ochotę uśmiechnąć się drwiąco, zachował kamienny spokój. Raptem Deargon wstał i ruszył do drzwi.
– Muszę już iść. Mam nadzieję, że będziecie mogli pomóc mi w rozwiązaniu naszego wspólnego problemu.