Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Przy słowie „usunąć" Berdyczowski zadrżał lekko i dalszej części wypowiedzi oberprokuratora nie wysłuchał zbyt uważnie – w głowie zatrzepotało paniczne myślątko: teraz, w tej właśnie chwili, decyduje się twój los.
Zdaje się, że Konstanty Pietrowicz niewłaściwie zrozumiał skrępowanie rozmówcy.
– Chyba słyszał pan, jakobym był judofobem, wrogiem Żydów? To nieprawda. Nigdy nie klasyfikuję ludzi wedle przynależności narodowej. Nie jestem wrogiem Żydów, ale żydowskiej wiary, dlatego że to trujący kąkol, który wyrasta ze wspólnego z chrześcijaństwem korzenia i bywa stokroć bardziej niebezpieczny niż islam, buddyzm albo pogaństwo. Najgorszym wrogiem staje się nie obcy, ale ten, co jest ci bliski! I dlatego Żyda, który odrzucił fałszywą wiarę ojców i przyjął Chrystusa, cenię wyżej niż Rosjanina, który tkwi w łonie prawdziwej wiary z racji urodzenia. Widzę wszakże, iż chciałby pan mnie o coś zapytać. Teraz można. Proszę pytać.
– Ekscelencjo... – zaczął Matwiej Bencjonowicz, starając się opanować drżenie głosu.
– Konstanty Pietrowiczu – poprawił go łagodnie ober-prokurator.
– Dobrze... Konstanty Pietrowiczu, nie całkiem zrozumiałem to o spisku. Czy to w przenośni, czy też...
– W znaczeniu jak najbardziej bezpośrednim. Tyle że zazwyczaj spisek zawiązywany bywa po to, by obalić istniejący ustrój, tymczasem mój spisek istnieje po to, by go uratować. Nasz kraj, przepełniony cierpieniem, znalazł się na skraju przepaści. Jeśli się zachwieje i upadnie w otchłań – wszystko skończone. Ciągnie go ku zgubie potężna szatańska siła, a mało jest takich, którzy by z nią walczyli. Brak więzi, upadek obyczajów, a najbardziej niewiara – oto gogolowska trójka, która wiedzie Rosję nad urwisko, a bliskie jest ono, zaprawdę bliskie! Buchają stamtąd ogień i siarka!
Przejście od spokojnego racjonalizmu do proroczego patosu dokonało się u Konstantego Pietrowicza w sposób naturalny, bez jakiegokolwiek wysiłku. Niewątpliwie oberprokurator miał nieprzeciętny talent oratorski. Kiedy zaś rozognione spojrzenie przenikliwych oczu i cały ładunek duchowej energii kierowały się na jednego tylko słuchacza, obrona przed takim naporem była niemożliwa. Zresztą on nie ma potrzeby występować wobec tłumów, pomyślał Berdyczowski. Wystarczy mu audytorium jednoosobowe, albowiem osobą tą jest samowładca Wszechrusi.
I Matwiej Bencjonowicz mimo woli poczuł się wyróżniony. Jakże to, sam wielki Pobiedin traci dla niego, takiego pionka, cały zapał i żar swego państwowotwórczego ducha?
Próbując jednak nie poddawać się magnetyzmowi ober-prokuratora, radca stanu powiedział:
– Proszę mi wybaczyć, ale nie do końca rozumiem... – Tu zaplątał się i zaczął raz jeszcze. W tym przypadku słowa trzeba było dobierać bardzo ostrożnie. – Jeśli przyjęta przeze mnie wersja jest słuszna, to przyczyną wszystkich... działań pana Dolinina był zamiar usunięcia sekciarskiego proroka Manujły. Aby osiągnąć ów cel, pan rzeczywisty radca stanu nie cofnął się przed niczym. Trzeba było pozbyć się Bogu ducha winnej mniszki – proszę bardzo. Nawet wiejskiej dziewczynki nie było mu żal!
– Co to za dziewczynka? – przerwał mu Pobiedin, spojrzawszy z niezadowoleniem na Sergiusza Siergiejewicza. – O mniszce wiem, lecz o dziewczynce – niczego.
Dolinin, poruszony, odpowiedział:
– To Racewicz. Zawodowiec, ale zbyt zapalczywy, a ponadto okazało się, że ma zboczone nawyki. Już mówiłem: to był mój błąd, że włączyłem go do naszej sprawy.
– Błędy mogą przydarzyć się każdemu – westchnął oberprokurator. – Bóg wybaczy, jeśli pomyłka wynikała ze szczerych intencji. Proszę mówić dalej, Matwieju Bencjonowiczu.
– A zatem chciałbym zapytać... Co jest w nim takiego szczególnego, w tym szalbierzu Manujle?
Dlaczego z jego powodu trzeba było wszystkie te... zrobić to wszystko?
Konstanty Pietrowicz skinął głową i niezwykle poważnie, wręcz uroczyście odrzekł:
– W istocie jest pan bardzo mądrym człowiekiem. Dostrzegł samo sedno. Niechże pan zatem wie, że persona, o której pan wspomniał, niesie w sobie niebezpieczeństwo dla Rosji, a nawet więcej – dla całego chrześcijaństwa.
– Kto, Manujła? – zdumiał się Berdyczowski. – Proszę wybaczyć, ekscelencjo! Czy to nie przesada? Oberprokurator uśmiechnął się ze smutkiem.
– Jeszcze nie nauczył się pan wierzyć mi tak, jak wierzą moi stronnicy. Mylić się może mój umysł albo serce, ale nigdy nie mylą się jednocześnie. To dar od Boga. Moje posłannictwo. Proszę mi wierzyć, Matwieju Bencjonowiczu, widzę o wiele dalej niż inni ludzie i otwiera się przede mną to, co przed nimi jest zamknięte.
Pobiedin patrzył Berdyczowskiemu prosto w oczy i podkreślał każde słowo. Zawołżski prokurator słuchał jak zaczarowany.
– Każdy, kto zetknie się z Manujłą, zaraża się śmiertelną chorobą niewiary. Rozmawiałem z nim, sam poczułem tę zniewalającą siłę i uratowałem się tylko dzięki modlitwie. Czy wie pan, kim on jest? – Konstanty Pietrowicz zaczął nagle przemawiać straszliwym szeptem.
– Kim?
– Antychrystem.
Wypowiedział to słowo cicho, lecz z naciskiem.
Berdyczowski zamrugał przerażony.
Masz ci los! Najbardziej wpływowy człowiek w państwie, oberprokurator Najświętszego Synodu – to szaleniec! Biedna Rosja!
– Nie jestem szalony i nie jestem religijnym fanatykiem. – Oberprokurator odczytał jego myśli. – Wierzę wszakże w Boga. Od dawna wiedziałem, że pojawi się Nieczysty, od dawna go oczekiwałem, wedle wszelkich zapowiadanych oznak. Okazuje się, że już tutaj jest. Nie wiedzieć skąd się wziął, włóczy się po Rusi, przewąchuje, przepatruje bez pośpiechu – dano mu na to trzy i pół roku. Powiedziane jest wszak w Objawieniu świętego Jana: „I dane jej są usta, mówiące wielkie rzeczy i bluźnierstwa, i dano jej moc czynić czterdzieści i dwa miesiące. I otworzyła usta swoje na bluźnierstwa przeciwko Bogu, aby bluźniła imię jego i przybytek jego, i te, którzy mieszkają na niebie. I dano jej walkę czynić z świętymi i zwyciężać je. I dano jej władzą nad wszelkim pokoleniem i ludem, i językiem, i narodem. I kłaniali się jej wszyscy, którzy mieszkają na ziemi, których imiona nie są napisane w księgach żywota Baranka, który zabity jest od założenia świata".
Owe groźne, wstrząsające słowa poruszyły Matwieja Bencjonowicza. Już nie widział w Pobiedinie szaleńca, ale też wciąż nie był skłonny uwierzyć w to, że żałosny włóczęga Manujła to właśnie owa apokaliptyczna Bestia.
– Wiem – westchnął Konstanty Pietrowicz. – Panu, człowiekowi praktycznego umysłu, trudno w coś takiego uwierzyć. Inna sprawa czytać o Antychryście w literaturze teologicznej, a zupełnie inna wyobrazić go sobie wśród ludzi w naszym wieku pary i elektryczności, i to jeszcze w Rosji. Ale powiem panu. – Oberprokurator ponownie się uniósł. – Właśnie w Rosji. W tym powołanie i przeznaczenie naszego kraju: aby stał się polem bitwy między Światłem a Ciemnością! Bestia wybrała Rosję dlatego, że to szczególne miejsce: nieszczęsna jest najdalej od Boga, a jednocześnie ze wszystkich krain Mu najbliższa! Ponadto dlatego, że od dawna wszystko jest u nas chwiejne – i porządki, i wiara. Nasze państwo to najsłabsze ogniwo w łańcuchu państw chrześcijańskich. Antychryst spostrzegł to i przygotował natarcie. Wiem, jakie to będzie uderzenie – sam mi się do tego przyznał. Pan i Sergiusz Siergiejewicz nie musicie o tym wiedzieć, niechaj ciężar tej wiedzy spoczywa wyłącznie na mnie. Powiem tylko jedno: to cios, po którym nasze państwo się nie podniesie. Bo czymże jest Rosja bez wiary? Dębem bez korzeni. Wieżą bez fundamentów. Obali się i rozsypie w proch.