Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 210
Перейти на страницу:

— Za­wsze tak ga­dasz?

Ofi­cer wy­pro­sto­wał się, z za­kło­po­ta­niem prze­cze­sał pal­ca­mi czer­wo­ne wło­sy. Cho­le­ra…

— Re­gu­la­min Gór­skiej Stra­ży na­ka­zu­je po­rucz­ni­ko­wi co trzy dni wy­gła­szać pod­no­szą­cą na du­chu prze­mo­wę do lu­dzi — roz­legł się głos Ve­ler­gor­fa. — Przez to nie za­uwa­ża­my, jak kiep­sko nam pła­cą za tę par­szy­wą ro­bo­tę. To zna­czy nie za­uwa­ża­li­by­śmy, gdy­by nasz do­wód­ca był w tym lep­szy.

Kil­ku lu­dzi uśmiech­nę­ło się jesz­cze sze­rzej, Ken­neth też. Je­śli Dru­ga wró­ci­ła tak szyb­ko, mu­sia­ło to ozna­czać tyl­ko jed­no.

— Zna­la­złeś dro­gę?

— Pra­wie, pa­nie po­rucz­ni­ku, pod jej ko­niec trze­ba bę­dzie po­pra­co­wać to­po­ra­mi. Ale wi­dzia­łem rufę. Wiel­ka jak za­mek

— Do­bra. — Ofi­cer wło­żył gwiz­dek do ust. Dał sy­gnał do po­wro­tu dla resz­ty kom­pa­nii i Szczu­rów. — Zbiór­ka! Ru­sza­my za kwa­drans.

* * *

Zna­le­zio­na przez dzie­siąt­kę Ve­ler­gor­fa dro­ga wio­dła czymś, co przy­po­mi­na­ło wą­ską ulicz­kę oto­czo­ną przez reszt­ki za­bu­do­wań, na­stęp­nie prze­cho­dzi­ła na wy­lot przez wiel­ki plac, na któ­rym sta­ły drew­nia­ne do­ni­ce z reszt­ka­mi ja­kichś ba­dy­li ster­czą­cych ni­czym pęki wi­kli­no­wych mio­teł, by wresz­cie do­pro­wa­dzić ich do ostro­ko­łu z czar­nych bali, usta­wio­ne­go w po­przek po­kła­du. Ken­neth zmie­rzył kon­struk­cję wzro­kiem. Osiem­na­ście stóp wy­so­ko­ści, po­most dla strzel­ców po­ni­żej zę­ba­te­go grzbie­tu. To pierw­sza bu­dow­la o tak obron­nym cha­rak­te­rze, jaką tu spo­tka­li. Nie­ste­ty pod nią, od bur­ty do bur­ty pię­trzy­ły się ster­ty be­lek, reszt­ki ścian do­mów, po­ła­ma­ne de­ski gro­żą­ce ostry­mi jak że­la­zne szpi­kul­ce koń­ca­mi, a na­wet kil­ka masz­tów owi­nię­tych li­na­mi i reszt­ka­mi ża­gli.

— Dziu­ra jest tam. — Ve­ler­gorf wska­zał w stro­nę zwa­ło­wi­ska. — Psy zna­la­zły. Moż­na się prze­czoł­gać, lecz nie wszy­scy się zmiesz­czą, a Bo­re­he­da z pew­no­ścią nie prze­ci­śnie­my. Mu­si­my ją po­sze­rzyć.

Za­ję­ło im to resz­tę dnia, po­ło­wę nocy i całe przed­po­łu­dnie, bo czar­ne drew­no było cho­ler­nie od­por­ne na rą­ba­nie. Ken­neth wo­lał po­świę­cić ten czas, chciał mieć praw­dzi­we przej­ście, a nie wą­ską jak prze­łyk węża dziu­rę. Wciąż pa­mię­tał o za­ba­ry­ka­do­wa­nej kom­na­cie, z któ­rej ktoś uciekł, wy­rą­bu­jąc so­bie dro­gę w górę. Przed czym ucie­kał, nie mia­ło zna­cze­nia, waż­niej­sze było to, że gdy­by część jego lu­dzi prze­peł­zła na dru­gą stro­nę i zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na, nie mo­gła­by by ani się szyb­ko wy­co­fać, ani li­czyć na wspar­cie, a on stra­cił już zbyt wie­lu żoł­nie­rzy.

W po­łu­dnie na­stęp­ne­go dnia prze­bi­li się do dziu­ry zna­le­zio­nej przez psy.

Otwór miał sze­ro­kość trzech stóp i znaj­do­wał się w miej­scu, gdzie wy­ła­ma­no z ostro­ko­łu trzy bale. Trud­no było oce­nić, czy po­wstał na sku­tek ata­ku na mur, czy też z przy­czyn na­tu­ral­nych. Ken­neth wy­szedł przez dziu­rę i sto­jąc przed mu­rem, twa­rzą w stro­nę dzio­bu, my­ślał. Wy­ła­ma­ne bale znik­nę­ły, a ich pod­sta­wy nie no­si­ły śla­dów ude­rzeń to­po­rów ani ognia. Za to ogień zo­sta­wił bli­zny na pa­li­sa­dzie w kil­ku­na­stu miej­scach na ca­łej jej dłu­go­ści. Pla­my czer­ni na czar­nym drew­nie były le­d­wo wi­docz­ne, ale dziu­ry wy­gry­zio­ne przez żar nie po­zo­sta­wia­ły żad­nej wąt­pli­wo­ści. Te umoc­nie­nia sztur­mo­wa­no i bro­nio­no. Za­cie­kle i z wiel­kim po­świę­ce­niem.

Po­rucz­nik ro­zej­rzał się wo­kół – przed nim, aż do wzno­szą­ce­go się na ru­fie kasz­te­lu, roz­cią­ga­ła się sze­ro­ka na trzy­sta jar­dów wol­na prze­strzeń. Usu­nię­to z niej wszyst­ko, co za­gra­dza­ło pole ostrza­łu, bu­dyn­ki, masz­ty, ta­kie­lu­nek. Mie­li przed sobą hi­sto­rię woj­ny, może bra­to­bój­czej, mię­dzy za­ło­gą, a może hi­sto­rię in­wa­zji na ten sta­tek i jego roz­pacz­li­wej obro­ny. Ale w ta­kim ra­zie, z któ­rej stro­ny nad­szedł atak? Czy na­past­ni­cy zdo­by­li śród­o­krę­cie i umoc­ni­li się na nim, czy też reszt­ki za­ło­gi bro­ni­ły się tu przed tymi, któ­rzy za­ję­li rufę?

— Spraw­dza­li­ście na dole? — za­py­tał Ve­ler­gor­fa. — Czy za­ba­ry­ka­do­wa­no ko­ry­ta­rze pod po­kła­dem?

— Wy­sła­łem tam Szczu­ry, pa­nie po­rucz­ni­ku. Mó­wią, że wszyst­kie przej­ścia, któ­re zna­leź­li, za­mknię­to. So­lid­nie. Ka­zać im spraw­dzić resz­tę?

Ku­si­ło go to.

— Nie. Za­raz idzie­my da­lej. Jak są­dzisz, Var­henn… gdy­byś miał bro­nić ta­kie­go wiel­kie­go, drew­nia­ne­go po­kła­du… za­sta­wił­byś na nim kil­ka pu­ła­pek? Za­ma­sko­wa­nych dziur?

Dzie­sięt­nik po­ki­wał gło­wą.

— Szyk ubez­pie­czo­ny? Z li­na­mi?

— Tyl­ko ci na prze­dzie. Pój­dzie Czwar­ta z psa­mi i Szczu­ry. Resz­ta w szy­ku. Tar­cze pod ręką, strzel­cy w go­to­wo­ści. Bo­re­hed!

Dwóch żoł­nie­rzy przy­drep­ta­ło, nio­sąc sza­ma­na. Po­kry­ta ta­tu­ażem, ozdo­bio­na wy­sta­ją­cy­mi kła­mi twarz wy­krzy­wia­ła się gniew­nie.

— Nie je­stem two­im psem, czło­wie­ku.

— Ale moi lu­dzie są two­imi no­ga­mi, ahe­rze. I do­pó­ki tak jest, do­pó­ty mam cię na każ­de za­wo­ła­nie. Czu­jesz coś? Moc? Sta­re albo nowe cza­ry? Pie­przo­ną ma­gię, któ­ra może nam na­mie­szać w pla­nach?

Cza­row­nik przy­mknął oczy. Ken­neth zło­wił wzrok Fen­lo Nura. Nie, dzie­sięt­nik po­krę­cił gło­wą, sza­man nie uwal­niał du­chów.

— Nie oszu­kuj. Po­tra­fię po­znać, kie­dy uda­jesz. Przyj­mij­my, że te­raz jest na­praw­dę źle.

Czar­ne oczy otwo­rzy­ły się, pło­nął w nich ogień.

— Do­brze — szept Bo­re­he­da był ni­ski jak po­mruk niedź­wie­dzia. — Je­śli tego chcesz. Na two­ją od­po­wie­dzial­ność.

Nur za­chwiał się na­gle, oczy pra­wie wy­szły mu z or­bit, gdy z wpó­ło­twar­ty­mi usta­mi ga­pił się na prze­strzeń nad gło­wą aher­skie­go cza­row­ni­ka. Ken­neth nie­spo­dzie­wa­nie po­czuł na ję­zy­ku smak zgni­łe­go mię­sa, oczy za­pie­kły go i wy­peł­ni­ły się łza­mi.

Mo­iwa Sam­reh krzyk­nę­ła ci­cho i w tej chwi­li jak­by mroź­ny po­dmuch prze­wiał wszyst­kich na wy­lot, a Nur po­chy­lił się w przód i zwy­mio­to­wał, klnąc mię­dzy jed­nym skur­czem a dru­gim.

Ken­neth nie od­ry­wał wzro­ku od sza­ma­na. Źre­ni­ce Bo­re­he­da ucie­kły w głąb czasz­ki, tyl­ko biał­ka bły­ska­ły raz po raz w głę­bi oczo­do­łów.

— Za… za­bij­my go, pa­nie po­rucz­ni­ku… — Fen­lo Nur wy­pro­sto­wał się, z tru­dem ła­piąc od­dech. Po bro­dzie cie­kła mu struż­ka śli­ny. — To, co z nie­go wy­szło… Se­tre­nie… je­śli on ma wię­cej ta­kich du­chów, to mógł­by do­ko­pać wiel­kie­mu bi­tew­ne­mu ma­go­wi.

— Żad­ne­go za­bi­ja­nia bez mo­je­go roz­ka­zu, dzie­sięt­ni­ku. To Rzeź­nik Bo­re­hed i wie­my, co po­tra­fi. Wy­trzyj się, bo za­raz wszy­scy bę­dzie­my tu rzy­gać. I od kie­dy to je­steś wy­znaw­cą Byka?

1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)