Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Zawsze tak gadasz?
Oficer wyprostował się, z zakłopotaniem przeczesał palcami czerwone włosy. Cholera…
— Regulamin Górskiej Straży nakazuje porucznikowi co trzy dni wygłaszać podnoszącą na duchu przemowę do ludzi — rozległ się głos Velergorfa. — Przez to nie zauważamy, jak kiepsko nam płacą za tę parszywą robotę. To znaczy nie zauważalibyśmy, gdyby nasz dowódca był w tym lepszy.
Kilku ludzi uśmiechnęło się jeszcze szerzej, Kenneth też. Jeśli Druga wróciła tak szybko, musiało to oznaczać tylko jedno.
— Znalazłeś drogę?
— Prawie, panie poruczniku, pod jej koniec trzeba będzie popracować toporami. Ale widziałem rufę. Wielka jak zamek
— Dobra. — Oficer włożył gwizdek do ust. Dał sygnał do powrotu dla reszty kompanii i Szczurów. — Zbiórka! Ruszamy za kwadrans.
* * *
Znaleziona przez dziesiątkę Velergorfa droga wiodła czymś, co przypominało wąską uliczkę otoczoną przez resztki zabudowań, następnie przechodziła na wylot przez wielki plac, na którym stały drewniane donice z resztkami jakichś badyli sterczących niczym pęki wiklinowych mioteł, by wreszcie doprowadzić ich do ostrokołu z czarnych bali, ustawionego w poprzek pokładu. Kenneth zmierzył konstrukcję wzrokiem. Osiemnaście stóp wysokości, pomost dla strzelców poniżej zębatego grzbietu. To pierwsza budowla o tak obronnym charakterze, jaką tu spotkali. Niestety pod nią, od burty do burty piętrzyły się sterty belek, resztki ścian domów, połamane deski grożące ostrymi jak żelazne szpikulce końcami, a nawet kilka masztów owiniętych linami i resztkami żagli.
— Dziura jest tam. — Velergorf wskazał w stronę zwałowiska. — Psy znalazły. Można się przeczołgać, lecz nie wszyscy się zmieszczą, a Boreheda z pewnością nie przeciśniemy. Musimy ją poszerzyć.
Zajęło im to resztę dnia, połowę nocy i całe przedpołudnie, bo czarne drewno było cholernie odporne na rąbanie. Kenneth wolał poświęcić ten czas, chciał mieć prawdziwe przejście, a nie wąską jak przełyk węża dziurę. Wciąż pamiętał o zabarykadowanej komnacie, z której ktoś uciekł, wyrąbując sobie drogę w górę. Przed czym uciekał, nie miało znaczenia, ważniejsze było to, że gdyby część jego ludzi przepełzła na drugą stronę i została zaatakowana, nie mogłaby by ani się szybko wycofać, ani liczyć na wsparcie, a on stracił już zbyt wielu żołnierzy.
W południe następnego dnia przebili się do dziury znalezionej przez psy.
Otwór miał szerokość trzech stóp i znajdował się w miejscu, gdzie wyłamano z ostrokołu trzy bale. Trudno było ocenić, czy powstał na skutek ataku na mur, czy też z przyczyn naturalnych. Kenneth wyszedł przez dziurę i stojąc przed murem, twarzą w stronę dziobu, myślał. Wyłamane bale zniknęły, a ich podstawy nie nosiły śladów uderzeń toporów ani ognia. Za to ogień zostawił blizny na palisadzie w kilkunastu miejscach na całej jej długości. Plamy czerni na czarnym drewnie były ledwo widoczne, ale dziury wygryzione przez żar nie pozostawiały żadnej wątpliwości. Te umocnienia szturmowano i broniono. Zaciekle i z wielkim poświęceniem.
Porucznik rozejrzał się wokół – przed nim, aż do wznoszącego się na rufie kasztelu, rozciągała się szeroka na trzysta jardów wolna przestrzeń. Usunięto z niej wszystko, co zagradzało pole ostrzału, budynki, maszty, takielunek. Mieli przed sobą historię wojny, może bratobójczej, między załogą, a może historię inwazji na ten statek i jego rozpaczliwej obrony. Ale w takim razie, z której strony nadszedł atak? Czy napastnicy zdobyli śródokręcie i umocnili się na nim, czy też resztki załogi broniły się tu przed tymi, którzy zajęli rufę?
— Sprawdzaliście na dole? — zapytał Velergorfa. — Czy zabarykadowano korytarze pod pokładem?
— Wysłałem tam Szczury, panie poruczniku. Mówią, że wszystkie przejścia, które znaleźli, zamknięto. Solidnie. Kazać im sprawdzić resztę?
Kusiło go to.
— Nie. Zaraz idziemy dalej. Jak sądzisz, Varhenn… gdybyś miał bronić takiego wielkiego, drewnianego pokładu… zastawiłbyś na nim kilka pułapek? Zamaskowanych dziur?
Dziesiętnik pokiwał głową.
— Szyk ubezpieczony? Z linami?
— Tylko ci na przedzie. Pójdzie Czwarta z psami i Szczury. Reszta w szyku. Tarcze pod ręką, strzelcy w gotowości. Borehed!
Dwóch żołnierzy przydreptało, niosąc szamana. Pokryta tatuażem, ozdobiona wystającymi kłami twarz wykrzywiała się gniewnie.
— Nie jestem twoim psem, człowieku.
— Ale moi ludzie są twoimi nogami, aherze. I dopóki tak jest, dopóty mam cię na każde zawołanie. Czujesz coś? Moc? Stare albo nowe czary? Pieprzoną magię, która może nam namieszać w planach?
Czarownik przymknął oczy. Kenneth złowił wzrok Fenlo Nura. Nie, dziesiętnik pokręcił głową, szaman nie uwalniał duchów.
— Nie oszukuj. Potrafię poznać, kiedy udajesz. Przyjmijmy, że teraz jest naprawdę źle.
Czarne oczy otworzyły się, płonął w nich ogień.
— Dobrze — szept Boreheda był niski jak pomruk niedźwiedzia. — Jeśli tego chcesz. Na twoją odpowiedzialność.
Nur zachwiał się nagle, oczy prawie wyszły mu z orbit, gdy z wpółotwartymi ustami gapił się na przestrzeń nad głową aherskiego czarownika. Kenneth niespodziewanie poczuł na języku smak zgniłego mięsa, oczy zapiekły go i wypełniły się łzami.
Moiwa Samreh krzyknęła cicho i w tej chwili jakby mroźny podmuch przewiał wszystkich na wylot, a Nur pochylił się w przód i zwymiotował, klnąc między jednym skurczem a drugim.
Kenneth nie odrywał wzroku od szamana. Źrenice Boreheda uciekły w głąb czaszki, tylko białka błyskały raz po raz w głębi oczodołów.
— Za… zabijmy go, panie poruczniku… — Fenlo Nur wyprostował się, z trudem łapiąc oddech. Po brodzie ciekła mu strużka śliny. — To, co z niego wyszło… Setrenie… jeśli on ma więcej takich duchów, to mógłby dokopać wielkiemu bitewnemu magowi.
— Żadnego zabijania bez mojego rozkazu, dziesiętniku. To Rzeźnik Borehed i wiemy, co potrafi. Wytrzyj się, bo zaraz wszyscy będziemy tu rzygać. I od kiedy to jesteś wyznawcą Byka?