Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć Światłości
Pamięć Światłości - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć Światłości

Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:

Pamięć Światłości
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 296
Перейти на страницу:

– Chciałabym… – zaczęła Lanfear.

Dał krok naprzód, stanął tuż przy krawędzi jej więzienia. To drżenie w głosie… odczuwalnie realne. Pierwsze prawdziwe emocje od niej.

„Światłości” – pomyślał, wpatrując się w jej oczy. – „Naprawdę gotowa jest to zrobić?”

– …ale nie mogę – rzekła. – Nie mogę – powtórzyła ciszej.

Rand wypuścił wstrzymywany oddech. Zorientował się, że dłoń mu drży. Tak blisko. Tak blisko Światłości niczym bezdomny kot wśród nocy wędrujący nerwowo przed rozświetloną ogniem stodołą! Poczuł przepełniający go gniew, większy jeszcze niż przedtem. Zawsze tak mówiła! Zawsze flirtowała z tym, co słuszne, a potem szła własną drogą.

– Skończyłem z tobą, Mierin – oznajmił, odwracając się i ruszając do wyjścia z jaskini. – Na dobre.

– Źle mnie oceniasz! – zawołała za nim. – Zawsze mnie źle oceniałeś! A czy ty obnażyłbyś się przed kimkolwiek w ten sposób? Nie mogę tego zrobić. Zbyt wiele otrzymałam ciosów od tych, którym zaufałam. Zostałam zdradzona przez tych, co mieli mnie kochać.

– I na mnie zwalasz winę? – zapytał Rand, obracając się na pięcie.

Nie uciekła spojrzeniem. Nie wstając, wyprostowała się, jakby siedziała nie w więzieniu Cienia, ale na tronie.

– Tak to pamiętasz, co? – dopytywał się Rand. – Uważasz, że zdradziłem cię z nią?

– Mówiłeś, że mnie kochasz.

– Nigdy tego nie powiedziałem. Nigdy. Nie mogłem tego powiedzieć. Nie wiedziałem wówczas, czym jest miłość. Przeżyłem setki lat, nie wiedząc, póki jej nie spotkałem. – Zawahał się, ale po chwili kontynuował przyciszonym głosem, żeby nie wzbudzać echa w niewielkiej grocie. – Ale ty nigdy nie zaznałaś tego uczucia, nieprawdaż? Oczywiście. Bo kogóż mogłabyś kochać? Twoje serce jest już pełne, jesteś oślepiona potęgą, której tak bardzo pragniesz. Nie ma w nim miejsca na nic innego.

I wtedy odnalazł spokój.

Spokój, którego Lews Therin nie odnalazł nigdy. Nawet po spotkaniu Ilyeny, nawet po tym, jak już się zorientował, że Lanfear go wykorzystała – wciąż nie mógł przestać jej nienawidzić i gardzić nią. „Chcesz, żebym się nad tobą litował?” – zapytał ją Rand jakiś czas temu.

I właśnie litość do niej czuł. Litość wobec kobiety, która nigdy nie znała miłości, kobiety, która nigdy nie chciała jej zaznać. Litość wobec tej, która nigdy nie potrafiła opowiedzieć się po żadnej stronie, prócz swojej własnej.

– Chciałabym… – powtórzyła.

Rand uniósł dłoń, po czym sam się przed nią otworzył. Jego zamiary, jego myśli, całe jego JA ukazało się w wirze barw, uczuć i mocy, który zakręcił się wokół niego.

Jej oczy otworzyły się szeroko – a tymczasem zamieć obrazów rozpostarła się przed nią niczym panorama dzieł malarskich. Ujrzała jego motywacje, jego pragnienia, kształt ludzkości, za jakim tęsknił. Ujrzała jego zamiary. Najważniejszy z nich: udać się do Shayol Ghul, żeby zabić Czarnego. Zostawić po sobie świat w lepszej kondycji niż ostatnim razem.

Nie bał się zdradzić jej tego wszystkiego. Dotknął Prawdziwej Mocy, a więc Czarny tak czy inaczej znał jego serce. W tej sprawie nie było żadnych niespodzianek, a przynajmniej nic co mogłoby być niespodzianką.

Niemniej po Lanfear widać było ogromne zaskoczenie. Dla niej wszystko to było autentyczną niespodzianką. Rozdziawiła usta, gdy ujrzała prawdę – a prawdą było to, że w głębi Randa bynajmniej nie krył się Lews Therin Telamon. Że tkwił tam pasterz, wychowany przez Tama. A potem już tylko patrzyła, jak jego życie rozwija się przed nią w momentach – uczuć i wspomnień.

Na koniec pokazał jej swoją miłość do Ilyeny niczym kryształ w gablocie, przeznaczony do tego, aby go podziwiać. A potem swą miłość do Min, Aviendhy, Elayne. Trzy gorzejące ogniska: ciepłe, kojące, namiętne.

Ale miłości do Lanfear nigdzie nie było. Nawet odrobiny. Pogarda, jaką żywił dla niej Lews Therin, również zniknęła. Nie mogła nie widzieć, że jest dla niego nikim.

Jęknęła.

Aura otaczając Randa powoli blakła.

– Przykro mi – powiedział. – Naprawdę jest tak, jak mówiłem. Skończyłem z tobą, Mierin. Postaraj się nie wychylać w trakcie burzy, która nadejdzie. Jeżeli zwyciężę, nie będziesz się musiała dłużej bać o własną duszę. Nie będzie nikogo, kto mógłby cię torturować.

Odwrócił się znowu i wyszedł z jaskini, zostawiając brzemienną ciszę za plecami.

Wieczór w Lesie Braem był porą zapachów drewna palonego w ogniskach, mamrotań i jęków zmęczonych żołnierzy, dręczonych przez niespokojne sny i śpiących z bronią pod ręką. Nienaturalnego chłodu przesycającego letnie powietrze.

Perrin szedł przez obóz. Wokół siebie miał swoich ludzi.

Ostatnie dni walki były ciężkie. Jego żołnierze wykrwawiali Trolloki, ale – na Światłość! – zawsze pojawiały się kolejne zastępy Pomiotu Cienia, żeby zająć miejsce tych, co padły.

Zadbawszy wcześniej o nakarmienie swoich ludzi, o wystawienie wart i hierarchie dowodzenia na wypadek nocnego ataku, szedł teraz spotkać się z Aielami. To znaczy, przede wszystkim z Mądrymi. Przytłaczająca większość – prawie wszystkie – zamierzały pomaszerować z Randem na Shayol Ghul i teraz czekały na odpowiedni rozkaz, niemniej kilka zdecydowało się zostać z Perrinem. Wśród nich była Edarra.

Ani ona, ani pozostałe Mądre nie podlegały rozkazom Perrina. A jednak, podobnie jak Gaul, były z nim, choć ich rodacy wędrowali gdzie indziej. Perrin nie pytał, dlaczego. W istocie niezbyt go to obchodziło. Ich obecność przydawała się nadzwyczajnie, więc po prostu był wdzięczny.

Aielowie przepuścili go przez perymetr swego obozu. Edarrę znalazł obok ogniska dobrze zabezpieczonego kręgiem kamieni, żeby nie uciekła zeń nawet iskierka. Wyschnięte lasy zapłonęłyby zapewne równie łatwo jak stodoła z zeszłorocznym sianem.

Zerknęła na Perrina, gdy siadał obok niej. Mądra wyglądała stosunkowo młodo, niemniej pachniała cierpliwością, dociekliwością i panowaniem nad sobą. Mądrością. Nie zapytała o cel wizyty Perrina. Czekała, aż sam przemówi.

– Jesteś wędrującą po snach? – zapytał Perrin.

Nie odpowiedziała, tylko przyjrzała mu się badawczo w mroku, tak że odniósł niejasne wrażenie, iż takiego pytania żaden mężczyzna, znany czy obcy, zadawać nie powinien.

Zaskoczony był więc, kiedy wreszcie odpowiedziała.

– Nie.

– A wiesz co nieco na ten temat?

– Co nieco.

– Chciałbym się dowiedzieć, jak można się przenieść cieleśnie do Świata Snów. Nie tylko we śnie, ale całym ciałem. Słyszałaś o czymś takim?

Aż jej zaparło dech.

– Zapomnij o tym, Perrinie Aybara. To jest złe.

Zmarszczył brwi. Siła, jaką się dysponowało w wilczym śnie – w Tel’aran’rhiod – była dość delikatną kwestią. Zasadniczo zależała od tego, jak głęboko Perrin potrafił się zanurzyć w sen – im mocniej utkwił w tamtejszej materii, tym łatwiej przychodziło mu oddziaływać na rzeczy, kierować strukturą realności.

Rzecz jasna, wiązało się z tym określone ryzyko. Jeżeli zbyt głęboko się weszło w sen, można było zerwać połączenie z prawdziwym ciałem śpiącym w świecie jawy.

Najwyraźniej to jednak nie kłopotało Zabójcy. Zabójca był we śnie silny, ach, jakże silny! Musiał więc istnieć w nim cieleśnie. Perrin nie widział innego rozwiązania.

„Nasza walka zakończy się dopiero wówczas” – myślał – „kiedy ty staniesz się ofiarą, Zabójco. Wilczy myśliwy. Padniesz z mej ręki”.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 296
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)