Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Egwene powtórzyła splot i kolejna fala nacierających padła pod metalowym deszczem. Operowanie metalem było trudniejsze niż ziemią, a skutki mniej widoczne – dlatego też kolejne szeregi, nie wiedząc, co się dzieje, postępowały zgodnie z pierwotną taktyką, tym samym powiększając rozmiary zniszczeń w szeregach.
Następnie znów zajęła się ziemią. Grunt rozerwał się pod nogami Trolloków. Było coś osobliwie podniecającego w pracy z czystą, surową Mocą niewymagającą subtelnego tkania, lecz tylko powierzchownych, wstępnych splotów. W tej chwili – kalecząc, niszcząc, rażąc śmiercią wroga – czuła się, jakby była częścią natury, częścią samej krainy biorącej pomstę na wrogu. Jakby wykonywała dzieło, które już od tak dawna domagało się wykonania. Ugór i Pomiot Cienia, który się zeń rodził, były zwyrodnieniem. Zarazą. A Egwene – rozpłomieniona Jedyną Mocą lampa sprawiedliwości i sądu – wypalała ranę, uzdrawiała świat.
Trolloki wciąż zapalczywie uderzały o sploty Aes Sedai, przez to coraz więcej ich trafiało w zasięg śmierci z ręki Białej Wieży. Zielone siostry miały wreszcie okazję sprostać reputacji, jaką cieszyły się ich Ajah, ale pozostałe radziły sobie równie nieźle – a zabójcze sploty, fala za falą, spadały na ciemne szeregi bestii.
Ziemia chwiała się, powietrze drżało od wycia konających. Rozerwane ciała. Woń spalonego mięsa. Widoki tak okropne, że niejeden z żołnierzy stojących w pierwszych szeregach nie mógł powstrzymać mdłości. Aes Sedai bez chwili wytchnienia biły w szeregi wroga. Wcześniej wyznaczono siostry, które miały zająć się Myrddraalami. Egwene sama zresztą powaliła jednego, splotem Ognia i Powietrza ścinając bezoką głowę z karku. Śmierć każdego Pomora pociągała za sobą całkowitą dezorganizację połączonych z nim trolloczych taranów.
Egwene zdwoiła swe ofensywne wysiłki: eksplodująca ziemia wyrzuciła w górę pierwszy szereg napastników. Zanim ich ciała opadły, trafiła w nie fala powietrza, spychając na następujące za nimi masy. Wyrywała dziury w podłożu, sprawiała, że wybuchały kamienie. Wydawało się jej, że okrutna rzeź, którą urządza Trollokom, trwa już wiele godzin. W końcu atak Pomiotu Cienia załamał się i – mimo desperackich wysiłków Myrddraali, mimo smagania biczami – stwory rzuciły się do ucieczki. Egwene wzięła głęboki oddech – zmęczenie powoli wkradało się w jej członki – i powaliła kolejne Pomory. W końcu one również nie dotrzymały pola i wycofały się ze wzgórz.
Zgarbiła się w siodle i opuściła rękę trzymającą sa’angreal. Nie bardzo potrafiła się zorientować, jak długo to wszystko trwało. Poczuła na sobie spojrzenia stojących w pobliżu żołnierzy i zobaczyła ich zdumienie. Powoli docierało do nich, że dziś nikt od nich nie zażąda daniny krwi.
– To było imponujące – powiedział Gawyn, podjeżdżając na koniu. – Wyglądało to tak, jakby atakowały mury miasta, próbując dotrzeć pod nie z drabinami oblężniczymi… tylko że nie było żadnych murów ani żadnych drabin.
– Wrócą – zmęczonym głosem zapewniła go Egwene. – Zabiliśmy tylko nieznaczną liczbę.
Jutrzejszego ranka, ostatecznie pojutrze spróbują znowu. Zapewne stosując inną taktykę – oczywistym pomysłem było przerzedzenie szeregów tak, aby zmniejszyć skuteczność zmasowanych uderzeń Aes Sedai.
– Zaskoczyliśmy je – tłumaczyła. – Następnym razem przybędą w większej sile. Ale na razie, na tę noc, utrzymaliśmy pozycję.
– Nie tylko utrzymałaś pozycję, Egwene – powiedział Gawyn z uśmiechem. – Ale rozgromiłaś je. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak skarconą armię.
Reszta wojsk najwyraźniej podzielała ocenę Gawyna, ponieważ wkrótce po szeregach poniosły się wiwaty, zalśniła unoszona do góry broń. Egwene odepchnęła od siebie ogarniające ją zmęczenie, wsunęła różdżkę z powrotem do sakwy. Widziała, jak pobliskie Aes Sedai chowają statuetki, bransolety, broszki, pierścienie i różdżki. Przed wyprawą na front magazyny Białej Wieży zostały całkowicie opróżnione z angreali i sa’angreali – jakkolwiek niewiele ich w sumie było – które trafiły w ręce kobiet walczących na froncie. Pod koniec każdego dnia zbierano je i przekazywano tym, które zajmowały się Uzdrawianiem.
Wreszcie Aes Sedai zawróciły i pojechały ku wiwatującej armii. Chwile radości, rzecz jasna, kiedyś dobiegną końca. Aes Sedai nie mogły toczyć za swych żołnierzy wszystkich bitew, póki co jednak, Egwene zamierzała pozwolić na nieskrępowaną radość ze zwycięstwa, ponieważ zaiste było to zwycięstwo radosne. W niczym nie uszczupliło ich szeregów.
– Lord Smok i jego zwiadowcy zaczęli rozpoznanie Shayol Ghul. – Bashere wskazał palcem jedną z pocieniowanych map. – Nasze defensywne operacje w Kandorze i Shienarze zmuszają Cień do coraz większego zaangażowania na obu frontach. Zakładamy, że wkrótce Spustoszone Ziemie zasadniczo opróżnią się z wojsk, wyjąwszy szkieletowe załogi fortyfikacji obronnych. Wtedy pomyślimy o uderzeniu.
Elayne pokiwała głową. Gdzieś w głębi umysłu czuła obecność Randa. Zamartwiał się czymś, choć odległość była zbyt duża, żeby powiedzieć cokolwiek więcej. Od czasu do czasu odwiedzał ją w obozie w Lesie Braem, w tej chwili jednak był na którymś z pozostałych frontów.
Bashere kontynuował:
– Mając na względzie liczbę zdolnych do przenoszenia Mocy, Amyrlin powinna się utrzymać w Kandorze. O nią się nie martwię…
– Martwisz się o Pograniczników – weszła mu w słowo Elayne.
– Tak. Zostali wyparci z Przełęczy Tarwina.
– Też żałuję, że musieli się z niej wycofać, ale przy tym stosunku sił nie mieli innego wyjścia. Nic nie możemy dla nich zrobić, prócz wysyłania skromnych posiłków, jakimi dysponujemy.
Bashere przytaknął.
– Być może lord Mandragoran byłby w stanie przeprowadzić manewr ofensywny, gdyby dysponował większą liczbą Aes Sedai czy Asha’manów.
Ani jednych, ani drugich posłać mu nie mogła. Kilka Aes Sedai odkomenderowanych z armii Egwene osłoniło mu odwrót w pierwszych, trudnych chwilach i ich rolę trudno było przecenić. Skoro jednak Rand we własnej osobie nie potrafił stawić czoła Lordom Strachu…
– Lord Agelmar będzie wiedział, co robić – ucięła Elayne. – Jeśli taka wola Światłości, uda mu się odciągnąć Trolloki od gęściej zaludnionych obszarów.
Bashere mruknął coś niewyraźnie i powiedział:
– Podczas takiego odwrotu… który, między nami mówiąc, bardziej przypomina ucieczkę… zazwyczaj trudno jest kierować przebiegiem bitwy. – Gestem dłoni wskazał mapę Shienaru.
Elayne przyjrzała się jej. Przewidywana trasa przemarszu armii Trolloków wiodła dokładnie przez najgęściej zamieszkane obszary. Fal Dara, Mos Shirae, Fal Moran… A przy obecności Lordów Strachu mury obronne nie przydadzą się na nic.
– Wyślij słowo do Lana i lordów Shienaru – poleciła cicho. – Każ spalić Fal Dara i Ankor Dail, podobnie jak Fal Moran i okoliczne wioski takie jak Medo. I tak decyzja o spaleniu pól uprawnych została już podjęta i jest wprowadzana w życie. Niech miasta też opustoszeją. Ludność cywilną ewakuować do Tar Valon.
– Przykro mi – szepnął Bashere.
– To jest konieczne, nieprawdaż?
– Tak.
Światłości, co za bałagan! „A czego się spodziewałaś? Schludnej prostoty?”
Rozległ się odgłos kroków zwiastujących nadejście Talmanesa, który zaraz też pojawił się w towarzystwie jednego ze swoich dowódców. Cairhienianin wyglądał na zmęczonego, czym nie różnił się od wszystkich pozostałych. Pierwszy tydzień walki dobiegał końca, ale wraz z nim ginęło podniecenie bojem i zaczynała się prawdziwa, brudna i nużąca wojenna robota. Dni spędzone na walkach lub oczekiwaniu na bitwę, noce z mieczem w dłoni.
Obecna lokalizacja kwatery głównej Elayne w Lesie była idealna – ranek zastał ją tysiąc kroków dalej na południe, niż znajdowała się wieczorem, ponieważ wycofujący się wróg narzucał konieczność ciągłego ruchu. Trzy wąskie strumienie o płaskich brzegach, przestronne polany, na których żołnierze mogli obozować, wysokie drzewa na szczytach wzgórz zapewniające dogodne punkty obserwacyjne. Szkoda, że następnego ranka znajdą się już w zupełnie innym miejscu.