Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Pod wieloma względami – mruknęła Edarra, popatrując na niego – jesteś wciąż dzieckiem, niezależnie od wszelkiej chwały, jaka na ciebie spłynęła. – Perrin przywykł do tego, że kobiety wyglądające na rok czy dwa lata starsze od niego zwracały się doń w ten sposób; choć, oczywiście, bynajmniej tego nie polubił. – Żadna z wędrujących po snach cię tego nie nauczy. To jest zło.
– Dlaczego? Co jest tym złem? – dopytywał się.
– Wkroczenie we własnym ciele do świata snów odbiera ci część tego, co czyni cię człowiekiem. Co więcej, jeżeli umrzesz we śnie, znajdując się w nim własnym ciałem, może być tak, że umrzesz na zawsze. Żadnego więcej odrodzenia, Perrinie Aybara. Twoja nić we Wzorze zostanie przerwana, a ciebie samego spotka ostateczna zagłada. Nie są to rzeczy, nad którymi powinieneś się zastanawiać.
– Słudzy Cienia to robią – obstawał przy swoim Perrin. – Idą na to ryzyko, żeby zdobywać władzę nad snem. Chcąc z nimi skutecznie walczyć, musimy podjąć identyczne ryzyko.
Edarra syknęła cicho, kręcąc głową.
– Nie obcina się stopy ze strachu, że ją ukąsi wąż. Nie popełniaj okropnego błędu tylko dlatego, że boisz się czegoś jeszcze gorszego. To wszystko, co mam w tej sprawie do powiedzenia.
Wstała i odeszła w mrok, zostawiając go siedzącego przy ogniu.
13
To, co konieczne.
Egwene jechała w ślad za swoją rozstępującą się armią. Przed sobą miała wzgórza południowo-wschodniego Kandoru, pośród których zaplanowane zostało spotkanie z armią wroga. Dowodziła oddziałem złożonym z ponad stu Aes Sedai, w znacznej części wywodzących się z Zielonych Ajah. Taktyczne refleksje Bryne’a, choć z początku miały charakter czysto teoretyczny, dały się wprowadzić w życie szybko i skutecznie. Wiedział przecież – wszyscy wiedzieli – że dysponuje czymś lepszym niż łucznicy do zatrzymania szarży, czymś znacznie bardziej destrukcyjnym niż ciężka kawaleria, gdy chodziło o czystą siłę uderzenia.
Nadszedł czas, aby się tym posłużyć.
Dwa skromniejsze liczebnie wydzielone oddziały Aes Sedai zajęły miejsca na flankach armii. Wzgórza, na których stacjonowały, były niegdyś zielone i pełne życia. Teraz raziły niemiłym żółtozielonym kolorem, jakby spalone przez słońce. Ale nie pozostawało nic innego, jak zastanowić się nad wykorzystaniem stanu faktycznego jako przewagi taktycznej. Bardziej stabilny grunt pod stopami. Mimo że niebo przecinały sporadyczne błyskawice, nie zapowiadało się na deszcz.
Nadchodzące Trolloki rozciągały się ciemnym morzem na wszystkie strony. Choć Egwene dysponowała ogromną armią, w obliczu wroga zdała się jej ona znienacka całkiem skromna. Na szczęście zasadnicza przewaga strategiczna była po jej stronie: armia Trolloków nie miała innego wyjścia i musiała przeć naprzód. Armie Trolloków po prostu szły w rozsypkę, kiedy nie mogły bezustannie nacierać. Dlaczego? Wewnętrzne spory. Braki żywności.
Armia Egwene stanowiła barykadę na ich drodze. I równocześnie przynętę. Pomiot Cienia nie mógł sobie pozwolić na zlekceważenie tak poważnych sił wroga, więc musiał iść tam, gdzie chciała.
Aes Sedai dotarły na linię frontu. Bryne podzielił swoją armię na duże, nadzwyczaj mobilne oddziały, dysponujące swobodą działania. Zasadniczy rozkaz był prosty: bić wroga wszędzie tam, gdzie dostrzeże się szansę zadania mu strat.
Ofensywny szyk wojsk Bryne’a najwyraźniej zbił z tropu Trolloki. Przynajmniej tak Egwene zinterpretowała lekkie zamieszanie w ich szeregach, jakby falę, która przez nie przeszła, nasilenie zgiełku. Taktyka defensywna nie należała do mocnych stron Trolloków. Naturalny porządek rzeczy był taki, że Trolloki atakowały, a ludzie się bronili. Ludzie się bali. Ludzie byli pożywieniem.
Egwene dotarła na szczyt wzgórza, objęła wzrokiem równinę w Kandorze, na której zgromadziły się stwory. Aes Sedai ustawiły się długimi szeregami z obu jej stron. W stacjonujące za nimi oddziały żołnierzy wkradła się lekka niepewność – wiedzieli, że mają do czynienia z Aes Sedai, a żaden mężczyzna nie czuł się pewnie w ich towarzystwie.
Sięgnęła dłonią do boku i ze skórzanej sakwy przy pasku wydobyła długi, biały, smukły przedmiot. Patykowata różdżka, sa’angreal Vory. Pod palcami poczuła znajomy, swojski kształt. Choć użyła go dotąd tylko raz, miała wrażenie, jakby należał do niej. A ona do niego. Był jej główną bronią podczas bitwy z Seanchanami o Białą Wieżę. Po raz pierwszy dotarło do niej, co może mieć na myśli żołnierz, który mówi o emocjonalnej więzi łączącej go z jego mieczem.
Poświata Mocy po kolei spowijała stojące szeregiem kobiety – jakby zapalały się kolejne latarnie przy ulicy. Egwene też objęła Źródło. Poczuła, jak Jedyna Moc wodospadem wlewa się do jej wnętrza, wypełniając, wyostrzając wzrok. Jakby znienacka otworzyła oczy: świat stał się przyjemniejszy, wonie naoliwionych zbroi i zdeptanej trawy ostrzejsze.
Nasycone saidarem spojrzenie wyławiało ze świata sugestie barw, które Cień chciał skryć. Trawa bynajmniej nie była ze szczętem zeschła, znaczyły ją drobniutkie pasemka zieleni, źdźbła tętniące tam, gdzie trzymała się życia. Pod zbrązowiałą powłoką myszkowały nornice. Z łatwością teraz dostrzegała korytarze, jakie drążyły w ziemi – chrupały obumarłe korzonki i one dawały im życie.
Uśmiechając się szeroko, zaczerpnęła Jedynej Mocy przez smukłą różdżkę. Poczuła, jakby porwał ją rwący strumień siły i energii, na którym była samotną łodzią, łapiącą wiatr. Trolloki wreszcie zdecydowały się ruszyć do ataku. Zawyły, runęły naprzód najeżoną bronią, zbitą masą zębów, smrodu i oczu, które były nazbyt ludzkie. Niewykluczone, że Myrddraale zdały sobie sprawę, że mają naprzeciw Aes Sedai i postanowiły jedną szarżą zgładzić kobiety zdolne do przenoszenia Mocy.
A kobiety te tylko czekały na znak od Egwene. Nie były połączone kręgiem czy wielością kręgów – krąg najlepiej sprawdzał się w wypadku, gdy zaistniała potrzeba skupionego, precyzyjnego uderzenia Mocą. A dzisiaj chodziło o coś zupełnie innego. Chodziło o brutalną niszczącą siłę.
Egwene przystąpiła do ofensywy, gdy Trolloki znalazły się w połowie drogi do ściany wzgórz. Jej Talent zawsze ciążył w kierunku Ziemi, więc w naturalny sposób zaczęła od najprostszych i najbardziej niszczących splotów. Strumienie Ziemi sięgnęły linią gruntu pod nogami Trolloków, a potem Egwene poderwała je pojedynczym gestem. Z pomocą sa’angreala Vory było to równie łatwe, co podrzucenie w górę garści kamyków.
Jakby na znak pozostałe kobiety w szeregu splotły strumienie. Powietrze zadrżało od tkanej Mocy, tchnienia czystego ognia, falowania ziemi. Podmuchy silnego wiatru uderzyły w szeregi Trolloków, łamiąc ich linię.
Ciała Trolloków wyrzucone w powietrze splotem Egwene właśnie uderzały w ziemię – wiele było okaleczonych, brakowało im nóg lub rąk – wśród trzasku pękających kości i wrzasków stworów przygniatanych ciałami swoich pobratymców, ona zaś zaczekała, aż kolejne szeregi wpadną na powstałą w ten sposób przeszkodę i uderzyła znów. Tym razem zlekceważyła ziemię, a skoncentrowała się na metalu.
Metalu w zbrojach, w broni, na ochraniaczach nadgarstków. Jej sploty strzaskały ostrza toporów i klingi mieczy, rozerwały kolczugi i – rzadziej występujące – napierśniki. Powietrze przeszyły metalowe okruchy, pędzące z ogromną prędkością. Gdziekolwiek zahaczyły ciało, tryskały fontanny krwi. Kolejne szeregi bestii próbowały się cofnąć przed nawałą odłamków, ale z tyłu naciskała na nie zbita masa armii, wpychająca je prosto w strefę śmierci, a potem depcząca upadłe.