Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Cetron i Kerlan nie zadali sobie trudu, żeby choć wstać od stołu. Przywódca gildii wykazał się jednak namiastką gościnności.
– Wasza wielebność życzy sobie krzesło?
– Coś sobie znajdę.
Głos kapłana był dziwny. Młody, energiczny, silny. Dziwny przez to, że nie pasował do twarzy, która wyglądała jak maska umieszczona na dziobie steranego setką sztormów okrętu: ospowata cera, ostre płaszczyzny policzków, głębokie oczodoły rozdzielone nosem, który przypominał ptasi dziób. Usta jak ślad po uderzeniu toporem. Twarz, którą można straszyć dzieci. Tylko oczy do niej nie pasowały, łagodne, brązowe, z tańczącymi w głębi ironicznymi błyskami.
Altsin patrzył w milczeniu, jak jeden z najpotężniejszych ludzi w mieście bez wahania idzie do kąta, przysuwa sobie krzesło do stołu i siada.
– Jest czysty – mruknął kapłan. – Na pewno nie zbliżył się do niego przez ostatnie kilka dni. Ani nie miał kontaktu z nikim, kto to zrobił.
Cetron wstał i radośnie klepnął młodego złodzieja w ramię. Kerlan uśmiechnął się z wyraźną ulgą. Altsin coraz mniej rozumiał.
– No to najważniejsze mamy za sobą. – Grubas usiadł i wyciągnął spod stołu pękaty gąsiorek, i kilka kubków. – Czerwonego rennosa?
– Chętnie. – Kapłan pociągnął ostrożny łyk, uniósł zdumiony brwi i opróżnił kubek do dna. – Znakomite. To, które podają w świątyni do wieczerzy, to prawdziwy sikacz, choć też ponoć rennos.
– Radzę sprawdzić brata, który zajmuje się zaopatrywaniem świątyni.
– Będę musiał.
Altsin siedział obok dwóch ludzi, stojących na czele nieformalnych potęg rządzących miastem i jakby nigdy nic omawiających zalety jakiegoś wina, i miał wrażenie, że lada moment ocknie się na zarzyganym molo z potwornym bólem głowy. A raczej miał taką nadzieję. Niepewnie sięgnął po gąsiorek, lecz Cetron usunął mu go poza zasięg rąk.
– Masz swoją wodę, synu. Niedobrze jest mieszać ale z rennosem.
Deargon dolał sobie jeszcze.
– Znalazłeś coś?
– Nie. Miałem mało czasu.
– Ja też. Jesteś pewien, że to on?
– Tak. Chociaż teraz może na to nie wygląda.
– Zdecydowanie nie wygląda. I dlaczego tak śmierdzi?
Dopiero teraz Altsin zorientował się, że mówią o nim.
– Długa historia. Ale działał dla najlepiej pojętego dobra księstwa.
– Jak my wszyscy.
Przez dłuższą chwilę w milczeniu popijali. Cetron, jego zastępca i kapłan wino, a Altsin wodę. Zaczynał mieć jej serdecznie dosyć.
– Powiedziałeś mu?
Zrozumiał, że przechodzą do sedna. Poprawił się na krześle, przygotowując na niespodziankę.
– Nie. Czekałem z tym na waszą wielebność.
Deargon uśmiechnął się samymi wargami. Dość sympatycznie. Spojrzał złodziejowi prosto w oczy.
– Synu. – Dziś widocznie nie tylko Cetron nabrał ochoty, żeby mu ojcować. – Dzisiaj w nocy skradziono Dengothaag – Miecz Reagwyra.
Powiedział to tak, jakby chodziło o beczkę śledzi. A przecież wiadomość była tej samej wagi, co gdyby powiedział: „Dzisiaj w nocy skradziono latarnię morską”. Albo: „Postanowiłem założyć w świątyni największy lupanar po tej stronie oceanu”. Lub też: „Straż miejska przestała brać łapówki”.
Katastrofa.
Miecz, a raczej dwie trzecie Miecza, bo zgodnie z legendą złamał się, gdy został wbity w paszczę mitycznej bestii, był najważniejszą relikwią w księstwie, którego stolicą było Ponkee-Laa. Altsin uważał za dyskusyjne, czy należał do samego Reagwyra, bo słyszał o przynajmniej trzech innych miastach, które jakoby posiadały prawdziwy Miecz boga, ale ważniejsze było to, że miecz ze świątyni w Ponkee-Laa wyglądał na prawdziwy, począwszy od rozmiarów, zbyt monstrualnych, aby mógł władać nim człowiek, a skończywszy na nazwie, która według podań miała znaczyć Pożeracz Mroku. Miecz z takim imieniem musiał należeć do boga, żaden zwykły szermierz nie nazwałby tak swojej broni. To jednak nie miało znaczenia, ktokolwiek go ukradł, okazał się samobójczym głupcem. Kapłani nigdy mu tego nie darują, a Świątynia miała dość złota, wpływów i Mocy, by wygrzebać złodzieja spod ziemi.
Z wysiłkiem oderwał wzrok od twarzy kapłana. Powoli, bardzo powoli opróżnił swój kubek. Przełknął ślinę. Westchnął. Skończyły mu się pomysły na przedłużenie tej chwili.
– Więc to dlatego ściągnęliście mnie tu z nabrzeża? Od razu mówię, że to nie ja.
– Wiemy o tym. Sprawdziliśmy. Nie można dotknąć Miecza i przynajmniej przez kilka dni nie nosić jego piętna. – Kapłan wymawiał słowo „miecz” tak, że od razu dało się wyczuć, o jaki miecz chodzi. – Ale twój patron zapewnił mnie, że jesteś jedynym człowiekiem w mieście, który mógłby tego dokonać. Także ze względu na twoje wyznanie.
Dzięki, ty tłusty sukinsynu, pomyślał złodziej. Na głos zapytał:
– Wyznanie?
– Jesteś mathriartystą, prawda?
– Noo... – Właściwie nigdy dotąd tak o sobie nie myślał. – No tak.
– Możesz zacytować wyznanie wiary?
Psiakrew, jak to było?
– „Wierzę w Baelta’Mathran, Pramatkę, z której łona zrodzili się bogowie, którzy zjednoczeni wspólną wizją stworzyli świat i wszystkie rzeczy na nim, nad nim i pod nim. A na końcu stworzyli rozumnych, do których zaliczają się...”. I jakoś tak dalej. – Nagle poczuł się strasznie głupio, że nie może sobie przypomnieć reszty.
– Właśnie. Teraz rozumiesz?
– Niezupełnie.
– O Panie... – Deargon wzniósł oczy w górę. – Cetron, co ten chłopak robił w dzieciństwie?
– Nie wiem – odparł zgodnie z prawdą szef złodziei. – Poznałem go dopiero siedem lat temu, miał wtedy jakieś dziesięć czy jedenaście lat, sam nie potrafił powiedzieć ile. Przypłynął tu jedną z barek kursujących w górę rzeki i wylądował na ulicy. Próbował mnie okraść, nie udało mu się, ja próbuję zrobić z niego człowieka, z podobnym skutkiem. Pracuje na wpół niezależnie ode mnie, ale przestrzega zasad gildii. Przez ostatnie kilka lat uczył się różnych rzeczy, ale w teologii nigdy nie był dobry.
– Widać. No więc, co wiesz o Panu Bitew – Reagwyrze?
– To syn Wielkiej Matki. W czasie Wojen Bogów walczył z legionami Aneha Przeklętego. Zabił Goshtha Niechcianego – Praojca Bestii.
– Świetnie. To wszystko prawda i jest to jedna z niewielu rzeczy, co do których my i kapłani Pani się zgadzamy. Potem różnice interpretacyjne są już znaczne. Przede wszystkim faktem jest, że Reagwyr był jednym z Pięciu Pierworodnych – bogów, którzy jako pierwsi przyszli na świat. Faktem jest też, że to on na widok pierwszych rozumnych, potykających się w ciemnościach nowego świata, poczuł litość i pochylił się nad nimi, aby objąć ich łaską swojego miłosierdzia. – Chyba mimowolnie kapłan zaczął recytować religijne formułki. – Nie ulega też wątpliwości, że ze wszystkich ras szczególnie ukochał on prawdziwych ludzi i jako pierwszy wystąpił przeciw Niechcianym, gdy ci podstępnie próbowali ich wypaczyć, plugawiąc ich dusze i zmieniając w odrażające bestie.