Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 173
Перейти на страницу:

Ce­tron i Ker­lan nie za­da­li so­bie tru­du, żeby choć wstać od sto­łu. Przy­wód­ca gil­dii wy­ka­zał się jed­nak na­miast­ką go­ścin­no­ści.

– Wa­sza wie­leb­ność ży­czy so­bie krze­sło?

– Coś so­bie znaj­dę.

Głos ka­pła­na był dziw­ny. Mło­dy, ener­gicz­ny, sil­ny. Dziw­ny przez to, że nie pa­so­wał do twa­rzy, któ­ra wy­glą­da­ła jak ma­ska umiesz­czo­na na dzio­bie ste­ra­ne­go set­ką sztor­mów okrę­tu: ospo­wa­ta cera, ostre płasz­czy­zny po­licz­ków, głę­bo­kie oczo­do­ły roz­dzie­lo­ne no­sem, któ­ry przy­po­mi­nał pta­si dziób. Usta jak ślad po ude­rze­niu to­po­rem. Twarz, któ­rą moż­na stra­szyć dzie­ci. Tyl­ko oczy do niej nie pa­so­wa­ły, ła­god­ne, brą­zo­we, z tań­czą­cy­mi w głę­bi iro­nicz­ny­mi bły­ska­mi.

Alt­sin pa­trzył w mil­cze­niu, jak je­den z naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi w mie­ście bez wa­ha­nia idzie do kąta, przy­su­wa so­bie krze­sło do sto­łu i sia­da.

– Jest czy­sty – mruk­nął ka­płan. – Na pew­no nie zbli­żył się do nie­go przez ostat­nie kil­ka dni. Ani nie miał kon­tak­tu z ni­kim, kto to zro­bił.

Ce­tron wstał i ra­do­śnie klep­nął mło­de­go zło­dzie­ja w ra­mię. Ker­lan uśmiech­nął się z wy­raź­ną ulgą. Alt­sin co­raz mniej ro­zu­miał.

– No to naj­waż­niej­sze mamy za sobą. – Gru­bas usiadł i wy­cią­gnął spod sto­łu pę­ka­ty gą­sio­rek, i kil­ka kub­ków. – Czer­wo­ne­go ren­no­sa?

– Chęt­nie. – Ka­płan po­cią­gnął ostroż­ny łyk, uniósł zdu­mio­ny brwi i opróż­nił ku­bek do dna. – Zna­ko­mi­te. To, któ­re po­da­ją w świą­ty­ni do wie­cze­rzy, to praw­dzi­wy si­kacz, choć też po­noć ren­nos.

– Ra­dzę spraw­dzić bra­ta, któ­ry zaj­mu­je się za­opa­try­wa­niem świą­ty­ni.

– Będę mu­siał.

Alt­sin sie­dział obok dwóch lu­dzi, sto­ją­cych na cze­le nie­for­mal­nych po­tęg rzą­dzą­cych mia­stem i jak­by ni­g­dy nic oma­wia­ją­cych za­le­ty ja­kie­goś wina, i miał wra­że­nie, że lada mo­ment ock­nie się na za­rzy­ga­nym molo z po­twor­nym bó­lem gło­wy. A ra­czej miał taką na­dzie­ję. Nie­pew­nie się­gnął po gą­sio­rek, lecz Ce­tron usu­nął mu go poza za­sięg rąk.

– Masz swo­ją wodę, synu. Nie­do­brze jest mie­szać ale z ren­no­sem.

De­ar­gon do­lał so­bie jesz­cze.

– Zna­la­złeś coś?

– Nie. Mia­łem mało cza­su.

– Ja też. Je­steś pe­wien, że to on?

– Tak. Cho­ciaż te­raz może na to nie wy­glą­da.

– Zde­cy­do­wa­nie nie wy­glą­da. I dla­cze­go tak śmier­dzi?

Do­pie­ro te­raz Alt­sin zo­rien­to­wał się, że mó­wią o nim.

– Dłu­ga hi­sto­ria. Ale dzia­łał dla naj­le­piej po­ję­te­go do­bra księ­stwa.

– Jak my wszy­scy.

Przez dłuż­szą chwi­lę w mil­cze­niu po­pi­ja­li. Ce­tron, jego za­stęp­ca i ka­płan wino, a Alt­sin wodę. Za­czy­nał mieć jej ser­decz­nie do­syć.

– Po­wie­dzia­łeś mu?

Zro­zu­miał, że prze­cho­dzą do sed­na. Po­pra­wił się na krze­śle, przy­go­to­wu­jąc na nie­spo­dzian­kę.

– Nie. Cze­ka­łem z tym na wa­szą wie­leb­ność.

De­ar­gon uśmiech­nął się sa­my­mi war­ga­mi. Dość sym­pa­tycz­nie. Spoj­rzał zło­dzie­jo­wi pro­sto w oczy.

– Synu. – Dziś wi­docz­nie nie tyl­ko Ce­tron na­brał ocho­ty, żeby mu oj­co­wać. – Dzi­siaj w nocy skra­dzio­no Den­go­tha­ag – Miecz Re­agwy­ra.

Po­wie­dział to tak, jak­by cho­dzi­ło o becz­kę śle­dzi. A prze­cież wia­do­mość była tej sa­mej wagi, co gdy­by po­wie­dział: „Dzi­siaj w nocy skra­dzio­no la­tar­nię mor­ską”. Albo: „Po­sta­no­wi­łem za­ło­żyć w świą­ty­ni naj­więk­szy lu­pa­nar po tej stro­nie oce­anu”. Lub też: „Straż miej­ska prze­sta­ła brać ła­pów­ki”.

Ka­ta­stro­fa.

Miecz, a ra­czej dwie trze­cie Mie­cza, bo zgod­nie z le­gen­dą zła­mał się, gdy zo­stał wbi­ty w pasz­czę mi­tycz­nej be­stii, był naj­waż­niej­szą re­li­kwią w księ­stwie, któ­re­go sto­li­cą było Pon­kee-Laa. Alt­sin uwa­żał za dys­ku­syj­ne, czy na­le­żał do sa­me­go Re­agwy­ra, bo sły­szał o przy­naj­mniej trzech in­nych mia­stach, któ­re ja­ko­by po­sia­da­ły praw­dzi­wy Miecz boga, ale waż­niej­sze było to, że miecz ze świą­ty­ni w Pon­kee-Laa wy­glą­dał na praw­dzi­wy, po­cząw­szy od roz­mia­rów, zbyt mon­stru­al­nych, aby mógł wła­dać nim czło­wiek, a skoń­czyw­szy na na­zwie, któ­ra we­dług po­dań mia­ła zna­czyć Po­że­racz Mro­ku. Miecz z ta­kim imie­niem mu­siał na­le­żeć do boga, ża­den zwy­kły szer­mierz nie na­zwał­by tak swo­jej bro­ni. To jed­nak nie mia­ło zna­cze­nia, kto­kol­wiek go ukradł, oka­zał się sa­mo­bój­czym głup­cem. Ka­pła­ni ni­g­dy mu tego nie da­ru­ją, a Świą­ty­nia mia­ła dość zło­ta, wpły­wów i Mocy, by wy­grze­bać zło­dzie­ja spod zie­mi.

Z wy­sił­kiem ode­rwał wzrok od twa­rzy ka­pła­na. Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li opróż­nił swój ku­bek. Prze­łknął śli­nę. Wes­tchnął. Skoń­czy­ły mu się po­my­sły na prze­dłu­że­nie tej chwi­li.

– Więc to dla­te­go ścią­gnę­li­ście mnie tu z na­brze­ża? Od razu mó­wię, że to nie ja.

– Wie­my o tym. Spraw­dzi­li­śmy. Nie moż­na do­tknąć Mie­cza i przy­naj­mniej przez kil­ka dni nie no­sić jego pięt­na. – Ka­płan wy­ma­wiał sło­wo „miecz” tak, że od razu dało się wy­czuć, o jaki miecz cho­dzi. – Ale twój pa­tron za­pew­nił mnie, że je­steś je­dy­nym czło­wie­kiem w mie­ście, któ­ry mógł­by tego do­ko­nać. Tak­że ze wzglę­du na two­je wy­zna­nie.

Dzię­ki, ty tłu­sty su­kin­sy­nu, po­my­ślał zło­dziej. Na głos za­py­tał:

– Wy­zna­nie?

– Je­steś ma­th­riar­ty­stą, praw­da?

– Noo... – Wła­ści­wie ni­g­dy do­tąd tak o so­bie nie my­ślał. – No tak.

– Mo­żesz za­cy­to­wać wy­zna­nie wia­ry?

Psia­krew, jak to było?

– „Wie­rzę w Ba­el­ta’Ma­th­ran, Pra­mat­kę, z któ­rej łona zro­dzi­li się bo­go­wie, któ­rzy zjed­no­cze­ni wspól­ną wi­zją stwo­rzy­li świat i wszyst­kie rze­czy na nim, nad nim i pod nim. A na koń­cu stwo­rzy­li ro­zum­nych, do któ­rych za­li­cza­ją się...”. I ja­koś tak da­lej. – Na­gle po­czuł się strasz­nie głu­pio, że nie może so­bie przy­po­mnieć resz­ty.

– Wła­śnie. Te­raz ro­zu­miesz?

– Nie­zu­peł­nie.

– O Pa­nie... – De­ar­gon wzniósł oczy w górę. – Ce­tron, co ten chło­pak ro­bił w dzie­ciń­stwie?

– Nie wiem – od­parł zgod­nie z praw­dą szef zło­dziei. – Po­zna­łem go do­pie­ro sie­dem lat temu, miał wte­dy ja­kieś dzie­sięć czy je­de­na­ście lat, sam nie po­tra­fił po­wie­dzieć ile. Przy­pły­nął tu jed­ną z ba­rek kur­su­ją­cych w górę rze­ki i wy­lą­do­wał na uli­cy. Pró­bo­wał mnie okraść, nie uda­ło mu się, ja pró­bu­ję zro­bić z nie­go czło­wie­ka, z po­dob­nym skut­kiem. Pra­cu­je na wpół nie­za­leż­nie ode mnie, ale prze­strze­ga za­sad gil­dii. Przez ostat­nie kil­ka lat uczył się róż­nych rze­czy, ale w teo­lo­gii ni­g­dy nie był do­bry.

– Wi­dać. No więc, co wiesz o Panu Bi­tew – Re­agwy­rze?

– To syn Wiel­kiej Mat­ki. W cza­sie Wo­jen Bo­gów wal­czył z le­gio­na­mi Ane­ha Prze­klę­te­go. Za­bił Go­sh­tha Nie­chcia­ne­go – Pra­oj­ca Be­stii.

– Świet­nie. To wszyst­ko praw­da i jest to jed­na z nie­wie­lu rze­czy, co do któ­rych my i ka­pła­ni Pani się zga­dza­my. Po­tem róż­ni­ce in­ter­pre­ta­cyj­ne są już znacz­ne. Przede wszyst­kim fak­tem jest, że Re­agwyr był jed­nym z Pię­ciu Pier­wo­rod­nych – bo­gów, któ­rzy jako pierw­si przy­szli na świat. Fak­tem jest też, że to on na wi­dok pierw­szych ro­zum­nych, po­ty­ka­ją­cych się w ciem­no­ściach no­we­go świa­ta, po­czuł li­tość i po­chy­lił się nad nimi, aby ob­jąć ich ła­ską swo­je­go mi­ło­sier­dzia. – Chy­ba mi­mo­wol­nie ka­płan za­czął re­cy­to­wać re­li­gij­ne for­muł­ki. – Nie ule­ga też wąt­pli­wo­ści, że ze wszyst­kich ras szcze­gól­nie uko­chał on praw­dzi­wych lu­dzi i jako pierw­szy wy­stą­pił prze­ciw Nie­chcia­nym, gdy ci pod­stęp­nie pró­bo­wa­li ich wy­pa­czyć, plu­ga­wiąc ich du­sze i zmie­nia­jąc w od­ra­ża­ją­ce be­stie.

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)