Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
A może lepiej zaczekać i kontynuować obserwację?
Dręczące wahania prokuratora przerwało czyjeś delikatne pochrząkiwanie. Matwiej Bencjonowicz odwrócił się zaskoczony. Obok stał uroczyście szwajcar – w trójgraniastym kapeluszu, w mundurze z galonami i w białych pończochach. Nie tyle szwajcar, ile feldmarszałek. Przyglądając się budynkowi Senatu, Berdyczowski nie spostrzegł, jak owa figura podeszła.
– Panie radco, jest pan proszony – powiedział szwajcar-feldmarszałek z uszanowaniem, ale jednocześnie surowo, jak potrafią jedynie słudzy, którzy obracają się przy samym olimpie władzy.
Berdyczowski zwlekał.
– Kto prosi?
– Proszą i już – wyrzekł odźwierny z takim naciskiem, że prokurator o nic już nie pytał.
– Jaśnie panie, czekać? – zapytał 48-36.
– Czekaj.
Matwiej Bencjonowicz tak przygotował się na wizytę w Senacie, który mieścił się najbliżej nabrzeża, że nie od razu połapał się, o co chodzi, kiedy przewodnik pociągnął go delikatnie za rękaw.
– Tutaj zapraszam – wskazał wejście do Świętego Synodu. Dyżurnemu, który siedział przy drzwiach i leniwie opędzał się od much, szwajcar oznajmił z powagą:
– Do Konstantego Pietrewicza. Czekają.
Z ukłonem poprowadził Berdyczowskiego po schodach. Do Konstantego Pietrowicza? Och... och, tępak!
Matwiej Bencjonowicz przystanął i palnął się boleśnie w czoło – to kara za ślepotę i brak czujności. Przewodnik odwrócił się.
– Muszkę pan przyklapnął? Mamy tu z nimi. Rozmnożyły się okropnie.
Jednomyślni
Przewodnik przekazał spokojnego już Matwieja Bencjonowicza leciwemu urzędnikowi, który czekał na schodach. Ów złożył uprzejmy ukłon, ale się nie przedstawił. Gestem wskazał drogę.
W gabinecie przyjęć wielkiego człowieka, którego uważano za najbardziej wpływową osobę w cesarstwie – nie tyle nawet z racji stanowiska, ile z powodu duchowego oddziaływania na monarchę – oczekiwało półtora dziesiątka gości: byli tutaj i generałowie w paradnych mundurach, i dwaj biskupi przy orderach, ale także publiczność całkiem zwyczajna – dama z zaczerwienionymi, zapłakanymi oczyma, podenerwowany student, młody oficerek.
Urzędnik podszedł do sekretarza i wymówił znane już magiczne słowa:
– Do Konstantego Pietrowicza. Oczekują.
Sekretarz uważnie przyjrzał się Berdyczowskiemu, wyfrunął zza stołu i zniknął za wysokimi białymi drzwiami. Po chwili pojawił się znowu.
– Proszą uprzejmie...
Nie wiedząc, gdzie podziać kapelusz, Matwiej Bencjonowicz położył go bez wahania na biurku sekretarza. Jeśli już taki honor, że wpuszczają poza kolejnością, to niechaj i kapelusz dostąpi zaszczytu.
Zagryzł dolną wargę, a palce prawej ręki zacisnęły się odruchowo w pięść.
Wszedł. Na samym końcu olbrzymiego gabinetu, przy biurku gigantycznych rozmiarów, siedziały dwie osoby.
Jedna twarzą do Berdyczowskiego – i chociaż Matwiej Bencjonowicz nigdy wcześniej oberprokuratora nie widział, to natychmiast rozpoznał znaną z portretów ascetyczną twarz, surowo ściągnięte brwi i nieco odstające uszy.
Drugi mężczyzna, w wyszywanym złotem cywilnym mundurze, siedzący w fotelu, nie od razu spojrzał na gościa. Kiedy zaś odwrócił się, to tylko na chwilę. Potem znowu skierował wzrok na Pobiedina.
Konstanty Pietrowicz, znany ze swej staromodnej petersburskiej uprzejmości, wstał z krzesła. Okazało się, że ober-prokurator jest wysoki, ma wyprostowaną sylwetkę, ostre rysy twarzy i głęboko osadzone oczy, które jaśnieją rozumem i siłą. Patrząc w owe niezwykłe oczy, Berdyczowski przypomniał sobie, że ludzie niechętni oberprokuratorowi nazywają go Wielkim Inkwizytorem. Nic dziwnego – wypisz, wymaluj.
Dolinin (to on, rzecz jasna, siedział w fotelu) nie podniósł się – przeciwnie, patrzył demonstracyjnie gdzieś w bok, jakby chciał pokazać, że z tym, co się dzieje, nie ma żadnego związku.
Konstanty Pietrowicz odezwał się miękkim, dźwięcznym głosem.
– Dziwi się pan, panie Matwieju? Widzę, że tak. Niepotrzebnie. Sergiusz Siergiejewicz to zbyt cenny dla Rosji człowiek, by pozostawiać go bez ochrony i nadzoru. Wiem, wszystko wiem. Doniesiono mi. I o wczorajszej obserwacji, i o dzisiejszej. Wczoraj nikt pana nie niepokoił – trzeba było ustalić, co z pana za ptaszek. Ale dzisiaj, kiedy już wiemy, postanowiłem z panem porozmawiać. Bez obsłonek i zupełnie otwarcie. – Pobiedin przychylnie, wręcz przyjaźnie, uśmiechnął się cienkimi wargami. – I ja, i Sergiusz Siergiejewicz rozumiemy przyczyny, jakie skłoniły pana do podjęcia samorzutnego śledztwa. Jest pan człowiekiem mądrym, energicznym, odważnym – tak czy owak, dokopałby się pan prawdy, nie dziś, to jutro. Toteż postanowiłem pana zawezwać. Aby spotkać się, by tak rzec, z otwartą przyłbicą. Mnie ukrywać się nie wypada. Zapewne wydaje się panu, że pan Dolinin jest jakimś niesłychanym złoczyńcą i spiskowcem?
Matwiej Bencjonowicz niczego na to nie odpowiedział, pochylił jedynie głowę, ale wzroku nie spuścił – można by rzec, że się nastroszył.
– Proszę tutaj, naprzeciwko Sergiusza Siergiejewicza – wskazał oberprokurator. – Proszę się nie obawiać, to żaden przestępca, a ja także, jego opiekun i nadzorca, nikomu źle nie życzę, cokolwiek by kłamali na mój temat panowie liberałowie. Czy wie pan, Matwieju Bencjonowiczu, kim jestem? Jestem sługą i ofiarnikiem narodu. A co się tyczy zbrodniczego spisku, jaki z pewnością pan sobie wyobraził, to przyznaję otwarcie: tak, spisek istnieje, tyle że nie zbrodniczy, lecz święty, który stawia sobie za cel ratowanie Rosji, Wiary i Tronu. To taki spisek, w którym powinni uczestniczyć wszyscy wierzący, dobrzy i uczciwi ludzie.
Berdyczowski otworzył już usta, by odpowiedzieć: większość spisków, w tym także zbrodniczych, powołuje się na jakiś uświęcony cel, na przykład na ratowanie ojczyzny, jednakże Konstanty Pietrowicz uniósł władczo dłoń.
– Proszę zaczekać, proszę o nic na razie nie pytać i niczego nie mówić. Wcześniej powinienem panu wiele wyjaśnić. Dla wielkiego zadania, którego się podjąłem, potrzebni mi są pomocnicy. Dobieram ich rok po roku – po okruchu, po kawałeczku i tak już od wielu lat. To ludzie pewni, całkowicie jednomyślni. Oni także ze swej strony dobierają sobie odpowiednich pomocników. Poinformowano mnie, że idąc tropem takiego właśnie pomocnika, wszczął pan śledztwo. Jakże on się zwał?
– Racewicz – po raz pierwszy otworzył usta Dolinin. Siedział naprzeciwko zawołżczanina, ale jakimś cudem na niego nie patrzył. Twarz miał chmurną i jakby nieobecną.
– Tak, tak, dziękuję. Postępując śladami owego Racewicza, natrafił pan, panie Berdyczowski, na Sergiusza Siergiejewicza, jednego z moich współpracowników – niedawno pozyskanego, ale już zasłużonego. I wie pan, co panu powiem?
Matwiej Bencjonowicz nie odpowiedział na to retoryczne pytanie, tym bardziej że nie miał pojęcia, w jakim kierunku potoczy się owa zdumiewająca rozmowa.
– Wierzę w Opatrzność – oświadczył uroczyście Pobiedin. – To Ona pana tutaj przywiodła. Powiedziałem Sergiuszowi Siergiejewiczowi: „Tego prokuratora można, rzec jasna, usunąć, żeby nie zaszkodził naszej sprawie. Ale proszę przyjrzeć się jego działaniom. Ów Berdyczowski postępuje konsekwentnie, mądrze, bezinteresownie. Czyż to nie te właściwości, jakie cenimy w ludziach? Porozmawiam z nim jak dobry pasterz. Popatrzy mi w oczy, ja jemu, i bardzo możliwe, że zyskamy kolejnego współwyznawcę".