Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Jak już mówiłem, jeśli będziemy cię potrzebować, lepiej, żebyś był w pełni świadom. Inaczej możesz zrobić krzywdę któremuś z moich ludzi.
— Mało spałem. Skupiałem się na leczeniu.
— I?
— Powstrzymałem większe krwotoki, przyspieszyłem zrastanie kości. Ale to potrwa.
— Jak długo?
— Zdąży nam się skończyć jedzenie. I psy.
No. Wyglądało na to, że aher dochodził do siebie. To dobrze. Porucznik wolał szamana wkurzającego i złośliwego niż wstrząśniętego, zmieszanego i przestraszonego, bo wtedy miał pewność, że ten daje z siebie wszystko.
— Pomyślałeś może o tym, że ten statek jest jak tamte rękawice?
— Co?
Chyba tylko z szybkością myślenia jeszcze nie całkiem było u Boreheda w porządku.
— Że tkwił w lodzie. Zamarznięty przez stulecia. To wyjaśniałoby wszystko, połamane maszty, dziury w kadłubie, brak załogi.
Szaman zmrużył oczy.
— Nie. Nie pomyślałem. Ale gdyby tkwił w lodzie, Anday’ya zmiażdżyłaby go i starła w proch. Ona naprawdę nie lubiła Nieśmiertelnej Floty… I jak niby miałby się uwolnić spod lodu. Teraz? Zanim przyszła wiosna? Myślę, że on ma związek z tym, co wydarzyło się daleko na Wschodzie. Na stepach. Prawie trzy miesiące temu, mniej więcej wtedy, gdy tu, za – jak wy to mówicie – Wielkim Murem, miała skończyć się zima. Przez świat duchów przetoczyła się fala, ryk. I nagle ten ryk zmienił się w skowyt, skomlenie i ucichł. Dziękowałem wtedy duchom przodków za tę ciszę, ale nie skojarzyłem jej z zimą, która nie chce odejść, ani z gniewem Pani Lodu. Głupim i obłąkanym.
— Obłąkanym?
— Wasi bogowie nie powodują zmian pór roku, pływów wód ani wschodów słońca, mimo że ich kapłani czasem tak twierdzą. Mogą jednak, nadwerężając własną potęgę do granic, wpływać na nie lokalnie. Gdyby góry nie odgradzały tych ziem od ciepłych wiatrów z południa, nawet Anday’ya nie dałaby rady utrzymać tu mrozów tak długo. To może ją kosztować więcej, niż sądziła.
Trzy miesiące temu. Bitwa między Wozakami a Ojcem Wojny. Szóstki tam były, ale jedyny ryk, jaki słyszeli, nie wydawał się ani mistyczny, ani duchowy, lecz wyrywał się z gardeł tysięcy śmiertelników. Szamanowi musiało chodzić o coś innego.
— Sądzisz, że on przybył tutaj właśnie wtedy? — zapytał porucznik. — Trzy miesiące temu? I cały czas Pani Lodu próbowała go zniszczyć?
— Tak sądzę.
Kenneth innym wzrokiem spojrzał na statek, zrujnowany pokład, połamane maszty. Na Północy Anday’ya uchodziła za jedną z najpotężniejszych bogiń. Nie miała wielu kapłanów ani własnych miejsc kultu, ale nie potrzebowała ich, bo jak powiadano, przez połowę roku każda dolina zasypana śniegiem jest posadzką jej świątyni, a każdy ubrany w biel szczyt – kolumną wzniesioną ku jej czci. Bogowie potrzebowali ludzkiej pamięci i modłów, a w górach nie dawało się zapomnieć o kimś takim jak Pani Lodu. Była obecna w podaniach, bajkach opowiadanych dzieciom, mrocznych opowieściach snutych przy kominku. Zimą przeklinano ją, latem straszono jej powrotem. Nie miała wielu czcicieli i nie dbała o tych, którzy składali jej hołdy, ale jakie to miało znaczenie, jeśli jej imię odmieniano na niezliczone sposoby w tysiącach miast, miasteczek i wiosek przez dwanaście miesięcy w roku?
I ten czarny okręt toczył z nią bój przez tyle dni? A w końcu wyrwał się jej i umknął?
Porucznik poczuł ponury, podszyty uznaniem szacunek. Twardy sukinsyn. Prawie jak góral.
— Dlaczego ty się nie boisz? — zapytał nagle Borehed. — Dlaczego twoi ludzie się nie boją? Czy to odwaga głupców? Idiotów i nierozsądnych dzieci, które nie wiedzą, co się dzieje?
Kilku strażników odwróciło się, jeden wykonał w stronę szamana obelżywy gest. Kenneth skrzywił się kwaśno.
— Założę się, czarowniku, że w drodze na rufę upuszczą cię teraz kilka razy. Przypadkiem, oczywiście. Sądzisz, że się nie boimy? Że nie wiemy, co to strach, bo jesteśmy za głupi, by wpaść na to, że dzieje się coś parszywego? Walczysz z nami tyle lat, całe życie, i ciągle nie rozumiesz Wessyrczyków. Jeden meekhański generał powiedział kiedyś, że tutejsi ludzie mają kości z kamienia. Jak góry, które stoją, nawet jeśli walą w nie pioruny i wieją na nie wichry. Nie walczymy ze światem, stawiamy mu opór. Świat może przychodzić do nas z różnymi nieszczęściami, pożarem, głodem, lawiną, chorobą, demonami, powala nas, ale my podnosimy się i robimy swoje. Góry nas tego nauczyły. Ci, którzy się tu osiedlili i nie mieli kamiennych kości, odeszli albo wymarli. Zostaliśmy tylko my.
Mówił już nie tylko do szamana. Większość żołnierzy też nadstawiała ucha, kiwała głowami, niektórzy krzywili się, jakby takie przemowy wpędzały ich w zakłopotanie. Ale słuchali.
— Walczyliśmy z opętanymi magią czarownikami, demonami i ludźmi spoza Mroku…
— I z jednym potworem, który prawie zabił nas latającymi kozami — rzucił Patyk. — Niech pan nie zapomina, panie poruczniku.
Część strażników, ta z czasów, gdy kompania liczyła tylko cztery dziesiątki, wymieniła porozumiewawcze spojrzenia. Kilka uśmiechów rozjaśniło ogorzałe gęby.
— Tak. Z nią też. Pamiętam. I jeśli przyjdą Pomiotnicy, bestie z piekieł, albo powrócą Niechciani, z nimi też będziemy walczyć. Nie upadniemy na kolana i nie będziemy wyć ze strachu przed tym, co nadejdzie, tylko poczekamy, obejrzymy sobie to coś i sprawdzimy, gdzie najlepiej wrazić mu kawałek żelaza. — Kenneth nachylił się nad szamanem, przez chwilę mierzyli się wzrokiem. — My nie bijemy się po to, by polec chwalebną śmiercią, ale by nasz wróg zginął jakąkolwiek. Więc nie nazywaj nas dziećmi ani głupcami, bo tak, czujemy strach, ale to taki strach, który każe nam ostrzyć broń i trzymać warty.
— A jeśli to nie wystarczy?
— Wtedy wymyślimy coś innego, szamanie. Znajdziemy sposób. Zawsze znajdujemy. Poradzimy sobie siłą, sprytem, podstępem albo magią. A teraz pójdziemy na rufę, znajdziemy sternika i poprosimy go grzecznie, żeby popłynął tą łajbą do brzegu.
Borehed strzelał oczyma po otaczających ich żołnierzach. Kenneth nie musiał; wiedział, że gapią się na niego i szamana z szerokimi uśmiechami na tych swoich zbójeckich gębach. Aher przeniósł wzrok na niego.