Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 210
Перейти на страницу:

— Jak już mó­wi­łem, je­śli bę­dzie­my cię po­trze­bo­wać, le­piej, że­byś był w peł­ni świa­dom. Ina­czej mo­żesz zro­bić krzyw­dę któ­re­muś z mo­ich lu­dzi.

— Mało spa­łem. Sku­pia­łem się na le­cze­niu.

— I?

— Po­wstrzy­ma­łem więk­sze krwo­to­ki, przy­spie­szy­łem zra­sta­nie ko­ści. Ale to po­trwa.

— Jak dłu­go?

— Zdą­ży nam się skoń­czyć je­dze­nie. I psy.

No. Wy­glą­da­ło na to, że aher do­cho­dził do sie­bie. To do­brze. Po­rucz­nik wo­lał sza­ma­na wku­rza­ją­ce­go i zło­śli­we­go niż wstrzą­śnię­te­go, zmie­sza­ne­go i prze­stra­szo­ne­go, bo wte­dy miał pew­ność, że ten daje z sie­bie wszyst­ko.

— Po­my­śla­łeś może o tym, że ten sta­tek jest jak tam­te rę­ka­wi­ce?

— Co?

Chy­ba tyl­ko z szyb­ko­ścią my­śle­nia jesz­cze nie cał­kiem było u Bo­re­he­da w po­rząd­ku.

— Że tkwił w lo­dzie. Za­mar­z­nię­ty przez stu­le­cia. To wy­ja­śnia­ło­by wszyst­ko, po­ła­ma­ne masz­ty, dziu­ry w ka­dłu­bie, brak za­ło­gi.

Sza­man zmru­żył oczy.

— Nie. Nie po­my­śla­łem. Ale gdy­by tkwił w lo­dzie, An­day’ya zmiaż­dży­ła­by go i star­ła w proch. Ona na­praw­dę nie lu­bi­ła Nie­śmier­tel­nej Flo­ty… I jak niby miał­by się uwol­nić spod lodu. Te­raz? Za­nim przy­szła wio­sna? My­ślę, że on ma zwią­zek z tym, co wy­da­rzy­ło się da­le­ko na Wscho­dzie. Na ste­pach. Pra­wie trzy mie­sią­ce temu, mniej wię­cej wte­dy, gdy tu, za – jak wy to mó­wi­cie – Wiel­kim Mu­rem, mia­ła skoń­czyć się zima. Przez świat du­chów prze­to­czy­ła się fala, ryk. I na­gle ten ryk zmie­nił się w sko­wyt, skom­le­nie i ucichł. Dzię­ko­wa­łem wte­dy du­chom przod­ków za tę ci­szę, ale nie sko­ja­rzy­łem jej z zimą, któ­ra nie chce odejść, ani z gnie­wem Pani Lodu. Głu­pim i obłą­ka­nym.

— Obłą­ka­nym?

— Wasi bo­go­wie nie po­wo­du­ją zmian pór roku, pły­wów wód ani wscho­dów słoń­ca, mimo że ich ka­pła­ni cza­sem tak twier­dzą. Mogą jed­nak, nad­we­rę­ża­jąc wła­sną po­tę­gę do gra­nic, wpły­wać na nie lo­kal­nie. Gdy­by góry nie od­gra­dza­ły tych ziem od cie­płych wia­trów z po­łu­dnia, na­wet An­day’ya nie da­ła­by rady utrzy­mać tu mro­zów tak dłu­go. To może ją kosz­to­wać wię­cej, niż są­dzi­ła.

Trzy mie­sią­ce temu. Bi­twa mię­dzy Wo­za­ka­mi a Oj­cem Woj­ny. Szóst­ki tam były, ale je­dy­ny ryk, jaki sły­sze­li, nie wy­da­wał się ani mi­stycz­ny, ani du­cho­wy, lecz wy­ry­wał się z gar­deł ty­się­cy śmier­tel­ni­ków. Sza­ma­no­wi mu­sia­ło cho­dzić o coś in­ne­go.

— Są­dzisz, że on przy­był tu­taj wła­śnie wte­dy? — za­py­tał po­rucz­nik. — Trzy mie­sią­ce temu? I cały czas Pani Lodu pró­bo­wa­ła go znisz­czyć?

— Tak są­dzę.

Ken­neth in­nym wzro­kiem spoj­rzał na sta­tek, zruj­no­wa­ny po­kład, po­ła­ma­ne masz­ty. Na Pół­no­cy An­day’ya ucho­dzi­ła za jed­ną z naj­po­tęż­niej­szych bo­giń. Nie mia­ła wie­lu ka­pła­nów ani wła­snych miejsc kul­tu, ale nie po­trze­bo­wa­ła ich, bo jak po­wia­da­no, przez po­ło­wę roku każ­da do­li­na za­sy­pa­na śnie­giem jest po­sadz­ką jej świą­ty­ni, a każ­dy ubra­ny w biel szczyt – ko­lum­ną wznie­sio­ną ku jej czci. Bo­go­wie po­trze­bo­wa­li ludz­kiej pa­mię­ci i mo­dłów, a w gó­rach nie da­wa­ło się za­po­mnieć o kimś ta­kim jak Pani Lodu. Była obec­na w po­da­niach, baj­kach opo­wia­da­nych dzie­ciom, mrocz­nych opo­wie­ściach snu­tych przy ko­min­ku. Zimą prze­kli­na­no ją, la­tem stra­szo­no jej po­wro­tem. Nie mia­ła wie­lu czci­cie­li i nie dba­ła o tych, któ­rzy skła­da­li jej hoł­dy, ale ja­kie to mia­ło zna­cze­nie, je­śli jej imię od­mie­nia­no na nie­zli­czo­ne spo­so­by w ty­sią­cach miast, mia­ste­czek i wio­sek przez dwa­na­ście mie­się­cy w roku?

I ten czar­ny okręt to­czył z nią bój przez tyle dni? A w koń­cu wy­rwał się jej i umknął?

Po­rucz­nik po­czuł po­nu­ry, pod­szy­ty uzna­niem sza­cu­nek. Twar­dy su­kin­syn. Pra­wie jak gó­ral.

— Dla­cze­go ty się nie bo­isz? — za­py­tał na­gle Bo­re­hed. — Dla­cze­go twoi lu­dzie się nie boją? Czy to od­wa­ga głup­ców? Idio­tów i nie­roz­sąd­nych dzie­ci, któ­re nie wie­dzą, co się dzie­je?

Kil­ku straż­ni­ków od­wró­ci­ło się, je­den wy­ko­nał w stro­nę sza­ma­na obe­lży­wy gest. Ken­neth skrzy­wił się kwa­śno.

— Za­ło­żę się, cza­row­ni­ku, że w dro­dze na rufę upusz­czą cię te­raz kil­ka razy. Przy­pad­kiem, oczy­wi­ście. Są­dzisz, że się nie bo­imy? Że nie wie­my, co to strach, bo je­ste­śmy za głu­pi, by wpaść na to, że dzie­je się coś par­szy­we­go? Wal­czysz z nami tyle lat, całe ży­cie, i cią­gle nie ro­zu­miesz We­ssyr­czy­ków. Je­den me­ekhań­ski ge­ne­rał po­wie­dział kie­dyś, że tu­tej­si lu­dzie mają ko­ści z ka­mie­nia. Jak góry, któ­re sto­ją, na­wet je­śli walą w nie pio­ru­ny i wie­ją na nie wi­chry. Nie wal­czy­my ze świa­tem, sta­wia­my mu opór. Świat może przy­cho­dzić do nas z róż­ny­mi nie­szczę­ścia­mi, po­ża­rem, gło­dem, la­wi­ną, cho­ro­bą, de­mo­na­mi, po­wa­la nas, ale my pod­no­si­my się i ro­bi­my swo­je. Góry nas tego na­uczy­ły. Ci, któ­rzy się tu osie­dli­li i nie mie­li ka­mien­nych ko­ści, ode­szli albo wy­mar­li. Zo­sta­li­śmy tyl­ko my.

Mó­wił już nie tyl­ko do sza­ma­na. Więk­szość żoł­nie­rzy też nad­sta­wia­ła ucha, ki­wa­ła gło­wa­mi, nie­któ­rzy krzy­wi­li się, jak­by ta­kie prze­mo­wy wpę­dza­ły ich w za­kło­po­ta­nie. Ale słu­cha­li.

— Wal­czy­li­śmy z opę­ta­ny­mi ma­gią cza­row­ni­ka­mi, de­mo­na­mi i ludź­mi spo­za Mro­ku…

— I z jed­nym po­two­rem, któ­ry pra­wie za­bił nas la­ta­ją­cy­mi ko­za­mi — rzu­cił Pa­tyk. — Niech pan nie za­po­mi­na, pa­nie po­rucz­ni­ku.

Część straż­ni­ków, ta z cza­sów, gdy kom­pa­nia li­czy­ła tyl­ko czte­ry dzie­siąt­ki, wy­mie­ni­ła po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Kil­ka uśmie­chów roz­ja­śni­ło ogo­rza­łe gęby.

— Tak. Z nią też. Pa­mię­tam. I je­śli przyj­dą Po­miot­ni­cy, be­stie z pie­kieł, albo po­wró­cą Nie­chcia­ni, z nimi też bę­dzie­my wal­czyć. Nie upad­nie­my na ko­la­na i nie bę­dzie­my wyć ze stra­chu przed tym, co na­dej­dzie, tyl­ko po­cze­ka­my, obej­rzy­my so­bie to coś i spraw­dzi­my, gdzie naj­le­piej wra­zić mu ka­wa­łek że­la­za. — Ken­neth na­chy­lił się nad sza­ma­nem, przez chwi­lę mie­rzy­li się wzro­kiem. — My nie bi­je­my się po to, by po­lec chwa­leb­ną śmier­cią, ale by nasz wróg zgi­nął ja­ką­kol­wiek. Więc nie na­zy­waj nas dzieć­mi ani głup­ca­mi, bo tak, czu­je­my strach, ale to taki strach, któ­ry każe nam ostrzyć broń i trzy­mać war­ty.

— A je­śli to nie wy­star­czy?

— Wte­dy wy­my­śli­my coś in­ne­go, sza­ma­nie. Znaj­dzie­my spo­sób. Za­wsze znaj­du­je­my. Po­ra­dzi­my so­bie siłą, spry­tem, pod­stę­pem albo ma­gią. A te­raz pój­dzie­my na rufę, znaj­dzie­my ster­ni­ka i po­pro­si­my go grzecz­nie, żeby po­pły­nął tą łaj­bą do brze­gu.

Bo­re­hed strze­lał oczy­ma po ota­cza­ją­cych ich żoł­nier­zach. Ken­neth nie mu­siał; wie­dział, że ga­pią się na nie­go i sza­ma­na z sze­ro­ki­mi uśmie­cha­mi na tych swo­ich zbó­jec­kich gę­bach. Aher prze­niósł wzrok na nie­go.

1 ... 84 85 86 87 88 89 90 91 92 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)