Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Ale ją obchodziły. Nie potrafiła się opędzić od nawracającego pytania: co, jeśli deportacja ze Świata Snów jest równoznaczna z zerwaniem więzi łączącej ją z Rogiem Valere? Nie wiedziała, czy to w ogóle możliwe. Wiedza ta zagubiła się gdzieś wśród zatartych wspomnień.
Gdyby jednak tak miało być, to na zawsze mogła się pożegnać z Gaidalem.
W lesie, przed jaskinią, zaszeleściły zeschłe liście, zaczęły trzaskać łamane gałązki. Hałas był tak donośny, jakby tysiąc żołnierzy przechodził obok – chociaż doskonale wiedziała, że taran Trolloków liczył tylko pięćdziesiąt stworów. Tak czy siak, przewaga liczebna była po stronie tamtych. Nie przejmowała się tym szczególnie. Choć wcześniej w rozmowie z Elayne wypierała się jakiejkolwiek wiedzy na temat wojaczki, zasadzka w lesie z drużyną wyszkolonych towarzyszy nie była czymś nowym, nieznanym… robiła już to wcześniej. Dziesiątki razy. Może setki, chociaż wspomnienia były tak mgliste, że pewności nie miała.
Kiedy ostatnie Trolloki mijały wejście do jaskini, Birgitte na czele swych Aielów wypadła z ukrycia. Bestie zdążyły już złapać fałszywy trop pozostawiony przez dwójkę wojowników, więc zaatakowali je od tyłu i zanim tamte zdążyły w ogóle zareagować, wiele padło pod strzałami.
Trolloki niełatwo było zabić. Często dopiero dwie, trzy strzały w korpus spowalniały je w znaczącym stopniu. Inaczej się jednak rzecz miała, gdy trafić je w oko lub gardło. Birgitte nigdy nie chybiała. Potwór za potworem ginęły pod jej łukiem. Spóźniony atak Trolloków szedł ku jaskini, pod górę, więc ciało każdego powalonego stanowiło dodatkową przeszkodę dla żywych pobratymców.
W ciągu kilku sekund stan liczebny tarana spadł do trzydziestu stworów. Gdy doszło do zwarcia, połowa Aielów wdała się w bój na włócznie, podczas gdy druga połowa, dowodzona przez Birgitte, zaszła je z flanki.
Wkrótce z dwudziestu stworów zrobiła się dziesiątka, która zerwała się do ucieczki. Mimo że teren teoretycznie sprzyjał takiemu manewrowi, Trolloki nadzwyczaj łatwo było wyśledzić w lesie – i równie łatwo powalić podstępnymi ciosami w nogi i kark, a na ziemi włócznie już dokańczały dzieła.
Dziesiątka Aielów obchodziła pole potyczki, zadając leżącym stworom ciosy kontrolne – każdy otrzymywał cios włóczni, sprawdzający, czy naprawdę nie żyje. Pozostali zbierali strzały. Birgitte gestem przywołała do siebie Nichila i Ludina, a potem we trójkę wyruszyli na zwiad.
Wędrówka przez las kojarzyła się jakoś znajomo, sam las wydawał się znajomy. Nie tylko przez zatarte wspomnienia z przeżytych żywotów, również dlatego, że w trakcie stuleci w Świecie Snów ona i Gaidal wiele lat spędzili w tych lasach. Pamiętała, jak pieścił jej policzek. Szyję.
„Nie mogę utracić tych wspomnień” – pomyślała, bliska paniki. – „Światłości, za nic! Proszę…” Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Niejasne wspomnienia plątały się po głowie. Jak przez mgłę pamiętała rozmowę na ten temat… na jaki temat? Tego już nie pamiętała. Przecież nie da się rozerwać więzi łączącej bohaterów z Rogiem, nieprawdaż? Jastrzębie Skrzydło zapewne wiedział. Będzie musiała go zapytać. A może już pytała?
„Żebym sczezła!”
Jakiś odgłos, cień ruchu w głębi lasu, sprawił, że zamarła. Szybko przykucnęła za pobliską skałką i uniosła łuk. Zupełnie blisko zaszeleściła leśna ściółka. Nichil i Ludin rozpłynęli się wśród drzew zaraz po pierwszym odgłosie. Światłości, naprawdę byli dobrzy! Dobrą chwilę zajęło jej wypatrzenie ich kryjówek.
Uniosła do góry dłoń, palcem wskazała na siebie, a potem na teren przed nimi. Znaczyło to, że sama ruszy sprawdzić, co się dzieje, a oni mają ją osłaniać.
Ruszyła cicho naprzód. Pokaże tym Aielom, że nie tylko oni potrafią poruszać się tak, żeby nikt ich nie widział. Poza tym, to były jej lasy. Żaden syn pustyni nie będzie się tu rządził!
Poruszała się zręcznie, omijając zarośla zwiędłych kolczastych krzewów. Czy jej się tylko wydawało, czy też ostatnio było ich więcej niż kiedyś? Wydawały się jedynymi ze wszystkich roślin, które nie zeschły się z kretesem. Ściółka i grunt pachniały w sposób, w jaki żaden las pachnieć nie powinien, choć woń ledwie przebijała spod unoszącego się w powietrzu smrodu śmierci i zgnilizny. Minęła kolejną grupę rozrzuconych ciał Trolloków. Pokrywająca je krew już zaschła. Leżały tu od kilku dni.
Siły Elayne miały rozkazy zbierania swoich poległych. Ale tysiące Trolloków szły przez te lasy niczym chmara owadów. Elayne chciała, żeby trafiały na ciała swoich poległych, i żeby się bały.
Birgitte podążała w kierunku źródła odgłosów. Wreszcie na tle przyćmionego światła zobaczyła poruszające się cienie. Trolloki. Węszyły. Stwory szły niezgrabnie przez gęstwę.
Nauczyły się już unikać dróg, gdzie mogła na nie czekać śmiertelna zasadzka z udziałem smoków. W związku z czym plany Elayne przewidywały, że rozproszone komanda – jak to, którym dowodziła Birgitte – będą je wciągać w głąb lasu i tym sposobem powoli wykruszać ich liczbę.
Na nieszczęście oddział, który miała przed sobą, był zbyt liczny, aby myśleć o ataku. Birgitte wycofała się więc, po drodze zabierając swoich Aielów i we trójkę cicho powrócili do obozu.
W nocy, która nadeszła w ślad za nieudaną próbą ratowania armii Lana, Rand uciekł w sny.
Znalazł w nich przesmyk pokoju, zagubiony pośród gaju dzikich wiśni w pełnym rozkwicie, których woń, niczym koronki, zdobiła powietrze. Piękne białe kwiaty o różowych wnętrzach malowały drzewa omalże płomieniem.
Miał na sobie prosty ubiór farmera z Dwu Rzek. Po wielu miesiącach noszenia królewskich iście strojów, miękkich, w jaskrawych kolorach, luźne wełniane spodnie i lniana koszula leżały nadzwyczaj wygodnie. Na nogi wymyślił sobie mocne buty, identyczne z tymi, które nosił w dzieciństwie i młodości. Pasowały jak żadne inne nowe obuwie, nieważne jak dobrze uszyte.
W świecie jawy nie było mowy o znoszonych butach. Gdy tylko któraś para zdradzała objawy znoszenia, ten lub ów służący sprawiał, że znikała.
Wyprostował się w krajobrazie sennych wzgórz, stworzył dla siebie kostur. Potem ruszył w kierunku gór. Kraina, którą śnił, nie była odpowiednikiem żadnej realnej rzeczywistości. Już nie. Stworzył ją z pamięci i pragnień, jakimś sposobem spowijając w atmosferę równocześnie swojską i egzotyczną. W powietrzu unosiła się rześka woń świeżych liści i drzewnych soków. W poszyciu harcowały drobne zwierzątka. Z oddali dobiegał krzyk jastrzębia.
Lews Therin umiał tworzyć takie okruchy snów jak ten. Choć nie był obdarzony Talentem Śnienia, to podobnie jak większość Aes Sedai swojej epoki w taki czy inny sposób korzystał z Tel’aran’rhiod. Nauczyli się wówczas między innymi, jak z domeny snu wyodrębniać fragmenty, swego rodzaju oazy, żyjące własnym życiem, ale zdecydowanie bardziej uregulowane niż zwykłe sny. A równocześnie nauczyli się przenosić swoje medytujące dusze w te azyle, zapewniając ciału wypoczynek nieodróżnialny od prawdziwego snu.
Lews Therin znał się na tych i na wielu innych rzeczach. Jak sięgnąć do umysłu innego człowieka, który znalazł się w jego okruchu snu. Jak się zorientować, kiedy ktoś wedrze się doń przemocą. Jak ukazywać drugim swoje sny. Lews Therin lubił wiedzę i gromadził ją, niczym wędrowiec gromadzi potrzebne przedmioty w swoim plecaku.
Ale rzadko z tych narzędzi korzystał. Trzymał je w zakurzonej gablocie gdzieś w głębi głowy. Czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby każdej nocy poświęcał bodaj chwilę na przechadzkę po takiej nieziemskiej dolinie? Tego Rand nie wiedział. Poza tym, prawdę mówiąc, ta dolina nie była już ani nieziemska, ani bezpieczna. Właśnie mijał ziejący na lewo otwór głębokiej jaskini. Nie była jego dziełem. Może kolejna próba Moridina, żeby go w coś wciągnąć? Odwrócił wzrok, po czym ruszył dalej.