Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 197
Перейти на страницу:

— Pokonałam zbyt daleką drogę i zainwestowałam w ciebie zbyt wiele, by teraz patrzeć, jak umierasz, i to na darmo — oznajmiła obcesowo. Rosana, nie głupsza od Tolmerana, uczestniczyła w radach Wysokich Lordów, mimo iż taireniańskie arystokratki rzadko to robiły, a określenie „obcesowa” znakomicie do niej pasowało. Tairenianki wdziewały wprawdzie zbroje, ale żadna tak naprawdę nie prowadziła żołnierzy do boju, podczas gdy Rosana mocowała do swego siodła maczugę okutą żelazem i Rand odnosił niekiedy wrażenie, że miała ochotę się nią posłużyć. — Wątpię, by tym Illiańczykom brakowało łuków — powiedziała. — A wystarczy tylko jedna strzała do zabicia Smoka Odrodzonego. — Marcolin, który wydął wargi, robiąc zamyśloną minę, przytaknął jej odruchowo, po czym oboje wymienili zaskoczone spojrzenia, każde bardziej zdziwione od drugiego, że oto myśli podobnie jak odwieczny wróg.

— Ci chłopi nie znaleźliby w sobie dość ambicji, by zostać pod bronią bez czyjejś zachęty — ciągnął gładko Weiramon, ignorując Rosanę. W ignorowaniu innych był prawdziwym mistrzem. Kiedy chciał, potrafił niczego nie widzieć ani nie słyszeć. Był skończonym durniem. — Czy wolno mi zasugerować, że Lord Smok powinien szukać źródła owej zachęty wśród tych tak zwanych Dziewięciu?

— Protestuję przeciwko impertynencjom tej taireniańskiej świni, wasza wysokość! — warknął Gregorin, niemalże wchodząc tamtemu w słowo i sięgając dłonią do miecza. — Protestuję z całego serca!

— Tym razem jest ich zbyt wielu — stwierdził w tym samym momencie Semaradrid. — W każdym razie większość rzuci się na ciebie, gdy tylko staniesz do nich plecami. — Sądząc po jego wymownym grymasie, mógł równie dobrze mówić nie tylko o mężczyznach ukrytych wśród wzgórz, ale i o Tairenianach. Może zresztą tak było. — Lepiej ich zabić i raz na zawsze rozwiązać problem!

— Czy ja pytałem kogoś o zdanie? — odwarknął ostro Rand. W tym momencie zapadła cisza, przerywana jedynie donośnym trzaskaniem płaszczy i sztandarów targanych podmuchami wiatru. Naraz te pozbawione wyrazu twarze zwróciły się ku niemu, niejedną powlekła szarość. Nie wiedzieli, że on obejmuje Moc, ale znali go. Wprawdzie nie znali całej prawdy, ale liczyło się przede wszystkim to, w co wierzyli. — Pojedziesz ze mną, Gregorin — powiedział normalniejszym głosem, nadal jednak twardym. Stal była jedyną rzeczą, którą rozumieli; gdyby zmiękł, natychmiast zwróciliby się przeciwko niemu. — I ty też, Marcolin. Reszta zostanie tutaj. Dashiva! Hopwil!

Wszyscy nie wymienieni z imienia ściągnęli wodze i pospiesznie zawrócili konie, podczas gdy dwaj Asha’mani podjechali do Randa; Illiańczycy przyglądali się mężczyznom w czarnych kaftanach takim wzrokiem, jakby oni też woleli zostać. Zwłaszcza że Corlan Dashiva jak zwykle robił groźne miny i mruczał coś do siebie. Wszyscy wiedzieli, że saidin prędzej czy później doprowadza mężczyzn do szaleństwa, a obdarzony pospolitą twarzą Dashiva, z tymi prostymi, nie przystrzyżonymi włosami rozwianymi na wietrze, który stale oblizywał wargi i potrząsał głową, z pewnością wyglądał jak ktoś, kogo być może już to dotknęło. A skoro już o tym mowa, Eben Hopwil, zaledwie szesnastoletni, z twarzą, na której wciąż pojawiały się pryszcze, patrzył takim wzrokiem, jakby ścigał coś niewidzialnego. W jego przypadku Rand wiedział przynajmniej, czym to należy tłumaczyć.

Kiedy Asha’mani podjechali bliżej, Rand mimo woli przekrzywił głowę, nasłuchując tego, co działo się we wnętrzu jego głowy. A tam, oczywiście, była Alanna i ani Pustka, ani Moc nie mogły tego zmienić na jotę. Dzieląca ich odległość redukowała to wrażenie — do wiedzy, że ona istnieje, że jest gdzieś daleko na północy — a jednak tego dnia pojawiło się coś jeszcze, coś, co już zdarzało mu się ostatnimi czasy odczuwać, mgliście i ledwie na skraju pola świadomości. Jakby szept wyrażający oszołomienie albo może wściekłość, oddech czegoś ostrego, czego nie potrafił do końca uchwycić. Cokolwiek to było, źródłem musiały być jakieś bardzo silne uczucia wobec niego, skoro docierały do niego mimo tak wielkiej odległości. Może za nim tęskniła. Nieprzyjemna myśl. On za nią nie tęsknił. Ignorowanie Alanny było łatwiejsze teraz niż kiedyś. Ona tam była, ale nie ten głos, który zwykł krzyczeć o śmierci i zabijaniu za każdym razem, gdy w zasięgu wzroku pojawił się jakiś Asha’man. Lews Therin zniknął. Chyba że to wrażenie, jakby ktoś wpatrywał się w tył jego czaszki, jakby ktoś dotykał palcem jego łopatki, to był on. Czy naprawdę głęboko, w toni jego myśli, rozlegał się ochrypły śmiech szaleńca? Czy raczej był to jego własny śmiech? Ten człowiek tam był! Był!

Dotarło do niego, że Marcolin oraz Gregorin przyglądają mu się, ten drugi zwłaszcza bardzo się starał, żeby tego nie robić nazbyt otwarcie.

— Jeszcze nie — zapewnił ich rozdrażnionym tonem i omal się nie roześmiał, widząc, że zrozumieli od razu. Ulga na ich twarzach malowała się zbyt czytelnie, by mogło być inaczej. Jeszcze nie postradał zmysłów. Na razie. — Ruszamy — zarządził i zaczął zjeżdżać galopem w dół zbocza. Mimo że tamci jechali za nim, czuł się samotny. Mimo wypełniającej Mocy, czuł się pusty.

Między granią a wzgórzami rozciągały się kępy gęstych zarośli i długie połacie uschłej trawy, połyskująca plątanina brązu i żółci całkiem stratowana przez deszcz. Zaledwie kilka dni temu grunt był tak spieczony, że zdaniem Randa mógł wchłonąć rzekę i nic by to nie zmieniło. A potem nadeszły nawałnice zesłane przez Stwórcę, który nareszcie się zmiłował, albo może przez Czarnego, który miał przypływ czarnego humoru. A teraz galopujące konie na każdym kroku rozbryzgiwały błoto. Liczył, że to nie potrwa długo. Wiedział, na podstawie raportu od Hopwila, że ma trochę czasu, ale przecież nie wieczność. Może kilka tygodni, jeśli mu szczęście dopisze. Potrzebował kilku miesięcy. Światłości, toż on potrzebował lat, których miał nigdy nie otrzymać!

Dzięki temu, że Moc wyczuliła jego słuch, mógł częściowo usłyszeć to, o czym rozmawiali podążający za nim mężczyźni. Gregorin i Marcolin jechali obok siebie, osłaniając się płaszczami przed wiatrem i rozmawiając zniżonymi głosami o ludziach, z którymi zaraz mieli się spotkać, o swych obawach, czekającej ich być może walce. Żaden nie wątpił, że w razie oporu ulegną miażdżącej przewadze liczebnej, ale bali się, jaki to może mieć wpływ na Randa i co on z kolei zrobi, gdyby Illiańczycy przystąpili do walki z nim teraz, kiedy Brend nie żył. Nadal nie potrafili nazywać Brenda jego prawdziwym imieniem, Sammael. Sam pomysł, że jeden z Przeklętych władał Illian, przerażał ich jeszcze bardziej niż fakt, że rządził tu teraz Smok Odrodzony.

Dashiva garbiący się w siodle swego siwka niczym człowiek, który nigdy wcześniej nie widział konia na oczy, mruknął coś gniewnie pod nosem w Dawnej Mowie, którą posługiwał się w mowie i piśmie z wprawą uczonego. Rand znał trochę Dawną Mowę, ale nie tak dobrze, by zrozumieć, co tamten mamrocze. Zapewne narzekał na pogodę; mimo iż był farmerem, nie lubił przebywać poza domem, chyba że niebo było czyste.

Jedynie Hopwil jechał w milczeniu, krzywiąc się do jakichś iluzji za horyzontem, wiatr rozwiewał mu włosy i płaszcz równie dziko jak Dashivie. Co jakiś czas odruchowo chwytał rękojeść swego miecza. Rand musiał przemawiać do niego trzy razy, ostatnim razem ostrym tonem, zanim zdziwiony Hopwil wzdrygnął się i uderzył podeszwą buta swego ciemnobrązowego wierzchowca, jadącego tuż obok Tai’daishara.

Rand przyjrzał mu się uważnie. Ten młody mężczyzna — już nie chłopiec, niezależnie od wieku — nabrał ciała od tamtego razu, kiedy Rand zobaczył go po raz pierwszy, aczkolwiek jego nos i uszy nadal wydawały się stworzone dla kogoś roślejszego. Podobnie jak u Dashivy, smok ze złota i czerwonej emalii stanowił równowagę dla srebrnego Miecza przypiętego do drugiego kołnierza. Powiedział kiedyś, że z radości będzie się śmiał cały rok, gdy dostanie Smoka, a tymczasem spoglądał na Randa, nie mrugając, jakby patrzył przez niego na wylot.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)