Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Przywiozłeś mi dobre wieści — zapewnił go Rand. Z wielkim wysiłkiem powstrzymał się, by nie zmiażdżyć Berła Smoka zaciśniętego w garści. — Dobrze się spisałeś. — Spodziewał się, że Seanchanie powrócą, ale nie że aż tak szybko. Miał taką nadzieję. I nie przewidział, że wyskoczą znikąd, że będą połykali miasta całymi haustami. Kiedy odkrył, że kupcy w Illian wiedzieli o tym od wielu dni i że żadnemu nie przyszło do głowy, by poinformować o tym Dziewięciu (Światłości, wybacz, stracą szansę na zysk, jeśli zbyt wielu ludzi wiedziało zbyt wiele!), był o włos bliski spalenia miasta. A jednak wieści okazały się dobre albo wręcz najlepsze z możliwych w tych okolicznościach. Hopwil, który Podróżował do okolic Amadoru, dowiedział się, że Seanchanie jakby na coś czekają. Być może na razie musieli przetrawić to, co dotychczas pożarli. Oby Światłość sprawiła, aby się tym udławili! Zmusił się, by poluźnić uścisk na kikucie włóczni z grotem w kształcie Smoka. — Jeśli Morr przywiezie wieści w połowie tak dobre, to wtedy starczy mi czasu na załatwienie sprawy Illian, zanim rozprawię się z nimi. — A także sprawy z Ebou Dar! Ażeby ci Seanchanie sczeźli! Niepotrzebnie rozpraszali jego uwagę, a nie mógł sobie pozwolić na ich zignorowanie.
Hopwil nic nie powiedział, tylko patrzył.
— Zadręczasz się, bo musiałeś zabijać kobiety? — „Desora, z Musara Reyn, i Lamelle, z Miagoma Dymnych Wód i....”
Rand całą siłą woli zagłuszył w sobie tę litanię, która zaczęła dryfować po powierzchni Pustki. Na liście pojawiły się nowe imiona, a on nie pamiętał nawet, kiedy je dodał. Laigin Arnault, Czerwona siostra, która zginęła podczas próby pojmania go w Tar Valon. Z pewnością nie miała prawa do miejsca na liście, a jednak je otrzymała. Colavaere Saighan, która wolała się powiesić, niż przystać na wydany wyrok. Inne. Mężczyzn, którzy umarli z jego rozkazu albo z jego ręki były całe tysiące, ale to twarze kobiet nawiedzały jego sny. Co noc zmuszał się do konfrontacji z tymi oczyma oskarżającymi go w milczeniu. Może to właśnie ich wzrok czuł na sobie ostatnimi czasy.
— Opowiadałem ci o damane i sul’dam — przypomniał spokojnym głosem, ale w jego wnętrzu płonęła wściekłość, ogień, który niczym pajęczyna oplatał skorupę Pustki. „Ażebym sczezł w Światłości, twoje koszmary senne nie pomieściłyby wszystkich tych kobiet, które zabiłem! Moje ręce są aż czarne od ich krwi!” — Gdybyś nie rozprawił się z tym seanchańskim patrolem, to oni ani chybi zabiliby ciebie. — Nie powiedział, że Hopwil powinien był ich unikać, że powinien był unikać konieczności ich zabijania. Za późno na to. — Wątpię, by damane potrafiły oddzielić mężczyznę tarczą od Źródła. Nie miałeś wyboru. — I lepiej, że one wszystkie zginęły, zamiast uciec z wieścią o tropiącym ich mężczyźnie, który potrafi przenosić.
Hopwil roztargnionym ruchem musnął lewy rękaw swojego kaftana, czarny kolor maskował nadpalone miejsca. Seanchanie nie umierali ani łatwo, ani szybko.
— Ciała zrzuciłem razem do jakiejś dziury — oznajmił beznamiętnym głosem. — Konie, wszystko. Spaliłem na popiół. Biały popiół, który unosił się na wietrze niczym płatki śniegu. Nie mogę powiedzieć, żeby zrobiło to na mnie szczególne wrażenie.
Rand usłyszał kłamstwo, ale Hopwil musi się jeszcze wiele nauczyć. Musi, jakkolwiek by było. Byli, czym byli, i nic nie można było zmienić. Nic. Liah, z Cosaida Chareen, imię zapisane ogniem. Moiraine Damodred, kolejne imię, nie tylko płonące, ale wżarte kwasem w samą duszę. Jakaś bezimienna kobieta, Sprzymierzeniec Ciemności, którą zabił jego miecz, obecna tylko jako twarz...
— Wasza Wysokość — rzekł głośno Gregorin, wskazując przed siebie. Spomiędzy drzew rosnących u stóp najbliższego wzgórza wyłonił się samotny mężczyzna; stał i czekał na nich w wyraźnie wyzywającej pozie. W ręku miał łuk, na głowie stalowy hełm i odziany był w kolczugę z pasem, która sięgała mu niemal do kolan.
Rand pomknął na spotkanie z nim, cały ociekając Mocą. Saidin mógł go obronić przed mężczyznami.
Z bliska łucznik nie zdawał się już taki dzielny. Na jego hełmie i kolczudze widać było plamy rdzy; wyglądał na przemoczonego do suchej nitki, ubrudzony błotem po pas i z mokrymi włosami przylepionymi do pociągłej twarzy. Zanosił się głuchym kaszlem i pocierał się po nosie wierzchem dłoni. Ale cięciwa w jego łuku zdawała się naprężona, widać ochronił ją przed deszczem. I również upierzenia jego strzał były suche.
— Ty tu dowodzisz? — zapylał go władczym tonem Rand.
— Można rzec, że przemawiam w imieniu naszego dowódcy — odparł czujnie tamten. — A bo co? — Gdy śladem Randa przygalopowali pozostali, przestąpił z nogi na nogę, ale spojrzenie jego ciemnych oczu pozostało nieodgadnione.
— Strzeż swego języka, człowieku! — warknął Gregorin. — Przemawiasz do Randa al’Thora, Smoka Odrodzonego, Władcy Poranka i króla Illian! Na kolana przed królem! Jak się zwiesz?
— Niby on jest Smokiem Odrodzonym? — spytał z wyraźnym powątpiewaniem mężczyzna. Obejrzał sobie Randa od korony po buty, zawiesiwszy na chwilę spojrzenie na sprzączce z pozłacanym Smokiem, po czym pokręcił głową, jakby się spodziewał zobaczyć kogoś starszego albo bardziej majestatycznego. — I Władcą Poranka, powiadasz? Nasz król nigdy nie kazał się tak tytułować. — Nie wykonał żadnego ruchu, którym by dawał do zrozumienia, że zamierza uklęknąć, ani też się nie przedstawił. Gregorinowi na ton głosu tamtego aż pociemniała twarz, być może chodziło o podanie w wątpliwość królewskiego majestatu Randa. Marcolin nieznacznie skinął głową, jakby dawał do zrozumienia, że niczego więcej nie oczekiwał.
W poszyciu wśród drzew rozległ się stłumiony wilgocią szelest. Rand usłyszał go bez trudu i nagle poczuł, że Hopwil wypełnia się saidinem. Hopwil, który przestał się już wpatrywać w jakiś nie istniejący punkt i teraz przyglądał się drzewom z napięciem i dzikim blaskiem w oku. Dashiva, który wciąż milczał i odgarniał rozczapierzonymi palcami włosy z twarzy; wyglądał na znudzonego. Gregorin wysunął się w siodle do przodu i gniewnie otwarł usta. Ogień i lód, ale jeszcze nie śmierć.
— Spokojnie, Gregorin. — Rand nie podniósł głosu, tylko utkał sploty, by niosły jego słowa, sploty Powietrza i Ognia, by zadudniły, odbijając się od ściany drzew. — Moja oferta jest hojna. — Długonosy mężczyzna aż się zachwiał, gdy usłyszał grom słów, a koń Gregorina spłoszył się. Ukryci mężczyźni na pewno wyraźnie go słyszeli. — Złóżcie broń. Jeśli ktoś chce wrócić do domu, wolno mu. Ci, którzy zdecydują się przyłączyć, do mnie proszę. Jednak żaden człowiek nie zostanie tu pod bronią, nie stawszy się pierwej moim żołnierzem. Wiem, że większość z was to dobrzy ludzie, którzy odpowiedzieli na wezwanie waszego króla i Rady Dziewięciu, by bronić Illian, ale teraz to ja jestem waszym królem i nie pozwolę, by ktokolwiek dalej zbójował.
— A co z Zaprzysięgłymi Smokowi, którzy palą farmy? — rozległ się czyjś przerażony okrzyk zza drzew. — To są przeklęci bandyci!
— I co z Aielami? — zawołał drugi. — Słyszałem, że niszczą całe wioski! — Dołączyło do nich jeszcze więcej głosów niewidzialnych mężczyzn, wszyscy krzyczeli o tym samym, o Zaprzysięgłych Smokowi i o Aielach, o morderczych bandytach i barbarzyńcach. Rand zazgrzytał zębami.